środa, 5 września 2018

Wrzesień

Mamy wrzesień i Junior wrócił do przedszkola, a tym samym my wróciłyśmy do normalnego rytmu dnia.Wreszcie możemy odetchnąć przez kilka godzin (szczególnie Lusia, bo Junior non stop ją całuje i przytula jak tylko jest w domu) i chodzić na dłuuugie spacery. Wczoraj zrobiłyśmy 8km Ołłłł jeeeee :) Zresztą Junior głośno tego nie przyzna, ale też bardzo się cieszy z powrotu do przedszkola i swoich ulubionych kolegów. Kumpluje się z bardzo fajnymi chłopcami, więc my też się z tego cieszymy :) Także jest fajnie.

Ostatnio jesteśmy zabiegani, bo za tydzień chrzciny i mamy jeszcze kilka spraw do załatwienia. My stroje mamy już od dawna, Lusia swoje ubranko też, ale trzeba było jeszcze wystroić Juniora, zwłaszcza, że przez wakacje urósł kilka cm. Pojechaliśmy w weekend na zakupy i nasz elegant wybrał sobie typowo garniturowe spodnie, szelki i muchę :) Lusia też ma sukienkę w stylu Kopciuszka, a Mężu i ja śmiejemy się, że wypadniemy przy tej dwójce jak ubodzy krewni :P I dobrze, niech się maluchy cieszą. W ogóle mamy nowego księdza i powiem Wam, że dawno chyba na takiego nie trafiliśmy. Tak się życie czasem toczy, że oboje chrzestni mają tylko śluby cywilne. Ten ksiądz nie robił z tego absolutnie żadnego problemu, a jak zapytałam czy dostaniemy karteczki do spowiedzi czy mamy poprosić księdza przy spowiedzi powiedział, żebyśmy się nie wygłupiali, bo on nie jest policjantem, żeby nas sprawdzać i jeśli mamy życzenie to do spowiedzi i tak pójdziemy, a jak nie, to nie. Byliśmy mega zaskoczeni, bo poprzedni proboszcz tego wymagał. A już największe oczy zrobiliśmy na koniec, kiedy zapytaliśmy o "ofiarę" za chrzest i usłyszeliśmy "Dajcie sobie ludzie spokój, niech Wam się córeczka dobrze chowa". No po prostu mega szok. Mamy zamiar rzucić kopertę na tacę właśnie za takie podejście. Ksiądz w poprzedniej parafii rzuciłby konkretną kwotą i jeszcze dołożyłby koperty dla chrzestnych (bo tak właśnie robi). Także zdarzają się jeszcze normalni księża, choć to zdecydowanie gatunek na wymarciu.
No, a oprócz tego w tym tygodniu byłam w restauracji ustalić co i jak, dziś muszę jeszcze zamówić tort, zrobić listę zakupów do ciast (bo pieczemy swoje) i jutro muszę kupić świecę. I chyba to wszystko.

A tak poza tym wszystkim ostatnio chodzę zła, bo i teściowa, i moi rodzice tak mi działają na nerwy, ze najchętniej zapakowałabym ich wszystkich do jednej rakiety i wysłała na inną planetę, serio. Teściowa zawsze mnie wkurza, bo to taki typ, więc to żadne zaskoczenie, ale moi rodzice przechodzą ostatnio sami siebie. Junior dość często do nich jeździ, czy to na popołudnie, czy na weekend. Nie raz powtarzam im, żeby nie jeździli z nim ciągle po sklepach, bo on już tak się do tego przyzwyczaił, że ciężko jest go wyciągnąć na jakąkolwiek wycieczkę, bo jemu zaraz się nudzi i chce do galerii "coś" sobie kupić. I im się wydaje, że to nic złego. Już pominę to, że pasą go tonami słodyczy i wodami smakowymi, ale najbardziej wkurza mnie to, że robią wszystko tak, jak Junior chce. Ostatnio byliśmy u nich i Junior wymyślił sobie, że chce się pobawić autkiem, które ma w domu, mimo tego, że tam ma milion innych zabawek. I wiecie co moja mama na to? "To zaraz tata ci przywiezie". No myślałam, że szlag mnie trafi na miejscu i nie omieszkałam tym razem powiedzieć co na ten temat myślę. Jak Junior był mały byliśmy zmuszeni pomieszkać z nimi przez krótki czas przed przeprowadzką do siebie i to był koszmar. Ciągle się o coś czepiali, zwłaszcza Męża, który naprawdę nigdy im nic złego nie zrobił, doszło nawet do tego, że według nich Mężu za głośno gasił światło w łazience po drugiej stronie mieszkania i na pewno Junior się obudzi. No obłęd, mówię Wam. Ostatnio znowu zauważyłam, że coś do niego czują, bo ile razy wspomnę cokolwiek na temat Męża, to przechodzi to kompletnie bez echa i generalnie traktują go jak powietrze. Z jednej strony ciekawa jestem o co im chodzi tym razem, ale chyba jednak wolę się dodatkowo nie denerwować, bo jestem pewna, że skończyłoby się kłótnią dużego kalibru, a nie chcę psuć atmosfery przed chrzcinami. Ja w ogóle mam wrażenie, że im się niesamowicie nudzi wieczorami i wymyślają różne niestworzone historie, żeby mieć się o co przyczepić. A mój umysł jednak tego nie ogarnia...

No musiałam sobie ulżyć, bo już mi się wewnętrznie ulewało. Obiecuję, że teraz będę pisać częściej, bo wreszcie mam jak :)
Miłego dnia, uciekamy z psem na szybkie siku.

piątek, 17 sierpnia 2018

Trzy

Patrzę na tą naszą Lusinkę i wierzyć mi się nie chce, że dziś to Serduszko skończyło 3 miesiące. Przełomowe trzy miesiące  po których niby ma być już łatwiej. A nam generalnie już jest tym razem dużo łatwiej. Przy Juniorze wszystko było nowe i bardziej się człowiek stresował każdym drobiazgiem. A teraz pełen luuuzzz :-)
Jaka jest ta nasza 3-miesięczna dziewczynka? Cudowna. Wszyscy znajomi się dziwią, że jest taka spokojna. Sąsiadka ostatnio się śmiała, że gdyby nie wiedziała  to w życiu by nie zgadła, że mamy w domu niemowlę  Co prawda nie sasiadujemy ze sobą ścianami, a ogrodami, ale zazwyczaj jesteśmy na zewnątrz w tym samym czasie, więc wie :-P. Ale to prawda, Lusia jest bardzo grzeczna. Rośnie jak na drożdżach, śmieje się z każdego drobiazgu, płacze tylko jak coś jej bardzo nie pasuje i jest bardzo ciekawa świata. Najchętniej cały czas siedziałaby na rękach i zwiedzala świat. Nie powiem, czasem jest to trochę upierdliwe, bo ciężko jest coś zrobić z domu z takim misiem koala, ale ja to lubię. Kiedy trzyma się ja na rękach siedzi sztywno jak drucik, a trzy dni temu pierwszy raz odwróciła się z pleców na brzuszek, więc skończyły się czy, kiedy można było na moment spuscic ja z oka. Kombinowala już dawno ale dopiero ostatnio jej się to udało. Lusia jest wpatrzona w starszego brata jak w obrazek, Junior zakochany po uszy w siostrze, ciągle na tuli i całuje, a my się śmiejemy, że musimy ich teraz nagrać i bedziemy im to pokazywać jak zaczną się tluc :-P
I jest tak jak ma być. Chwilo trwaj.

Tymczasem zmykamy na nadmorskie gofry, a jutro świętujemy rocznicę ślubu :-) już 6 ;-) niedługo Junior wraca do przedszkola, a ja będę miała więcej czasu na pisanie, bo mnóstwo tematów czeka. 

piątek, 13 lipca 2018

Nasza nowa rzeczywistość

Patrzę w kalendarz i oczom nie wierzę. Za 4 dni Lusia będzie na nami już i dopiero 2 miesiące. Już - bo wydaje mi się, że dopiero się urodziła, zupełnie jakby to było wczoraj. Dopiero - bo mam wrażenie, jakby była z nami od zawsze i ciężko mi się przypomnieć czasy, kiedy Jej nie było, a przecież to było całkiem niedawno. A jak nam się żyje we czworo? Super! Jako podwójna mama czuje się naprawdę spełniona i cieszę się, że Lusia jest z nami. Jakby wróciła do domu po długiej podróży, takie brakujące ogniwo, wiecie co mam na myśli. To tak w kwestii uczuć. A od strony technicznej radzimy sobie całkiem nieźle. Baliśmy się trochę reakcji Juniora na pojawienie się siostry, od początku ciąży przygotowaliśmy go na to, jak wiele się zmieni i wygląda na to, że się udało, choć przyznaję, że rzeczywistość przerosła moje najśmielsze oczekiwania i marzenia, bo... Juniorowi odbiło i to całkiem konkretnie. Na punkcie siostry mu odbiło :) Nie odstępuje Jej na krok, cały czas za Nią chodzi, przytula Ją,całuje, pilnuje i nie daj Boże, żeby ktoś obcy zajrzał do Niej do wózka, albo (o zgrozo!!) wziął Ją na ręce. Czai się wtedy jak rasowy pitbull gotowy do ataku w razie najmniejszych oznak zagrożenia. Serio :) Takiej reakcji na Lusię ani trochę się nie spodziewaliśmy i naprawdę cieszymy się, że tak wyszło.
A jaka jest Lusia? Póki co bardzo spokojna. Bardzo dużo śpi, w nocy budzi się tylko raz około 3, a zdarza się, że przesypia całą noc licząc od północy. Wstaje zazwyczaj koło 7-8 i zaczyna swoje ulubione zajęcie dnia - jedzenie. I ma to swoje efekty, bo 8-tygodniowa Lusia prawie podwoiła swoją wagę z dnia wypisu ze szpitala. Waży już 5400 i nosi ubranka w rozmiarze 62/68. Zaczynaliśmy od rozmiaru 50, bo wszystko co mieliśmy w domu było na Nią za duże i musieliśmy szybko kupować mniejsze ubranka, a później nagle koleżanka nagle wskoczyła w 62, kompletnie pomijając 56. Kończymy też Pampersy 2 i przechodzimy na 3, bo 2 zaczęły się robić przyciasne w pasie :) Także możecie sobie wyobrazić jaka z Niej kluseczka :) No i uwielbia być na rękach, a najlepiej śpi Jej się na kimś, stąd też taka długa przerwa od mojego ostatniego posta, bo nie za bardzo miałam możliwość pisania, nawet jak Lusia spała. Mogłabym napisać na telefonie, ale mam nowy model i jest jakiś dziwny. Komentarz da się na nim napisać, ale posty już trochę trudniej. Poza tym Junior ma teraz wakacje w przedszkolu, więc też jest trochę absorbujący, bo co chwilę chce jeść, pić albo jeszcze coś innego. No i z nim też muszę coś porobić od czasu do czasu, żeby nie czuł się odrzucony. Na początku sierpnia jedziemy nad morze, więc znowu pewnie mnie tu nie będzie, ale po powrocie postaram się pisać w miarę regularnie.
Byłam ostatnio u ginekologa i dostałam zielone światło na wysiłek fizyczny. Wszystko wróciło do normy, podobno nie ma nawet śladu po szwach, więc powoli zaczynam ćwiczyć. Do tej pory chodziłam na długie spacery (z Juniorem jest to trochę utrudnione), a teraz chcę zacząć robić dodatkowe ćwiczenia, żeby zrzucić to co wyhodowałam sobie przed ciążą. Cel - do zrzucenia 10 kg i będę się czuła naprawdę fajne przy wadze docelowej. Niby niewiele i powinno jakoś gładko pójść, zwłaszcza, że karmię piersią. Trzymajcie kciuki. Nawet kupiłam sobie wagę, co w moim przypadku jest już czystą desperacją, bo waga łazienkowa to dla mnie największe złoooo… :)

Zaczęliśmy też organizować chrzest Lusi. Największym wyzwaniem był wybór rodziców chrzestnych. Chcieliśmy wybrać kogoś, z kim mamy w miarę częsty kontakt, żeby nie było tak, że Lusia będzie ich widywać raz w roku albo jeszcze rzadziej. W sumie Juniorowi też tak wybieraliśmy chrzestnych, ale nie trafiliśmy, bo o ile z chrzestną widuje się w miarę często i ma z nią świetny kontakt, tak chrzestny generalnie ma wszystko gdzieś i jak zjawi się na jego urodziny to wszystko. Nie spodziewałam się tego, bo wcześniej naprawdę często się widywaliśmy i było jakoś inaczej, a tu nagle zonk. Ale w sumie czego ja oczekuję, skoro jego żona w momencie jak go poprosiliśmy o bycie chrzestnym Juniora powiedziała "no tym razem Ci jeszcze pozwolę, ale masz już za dużo chrześniaków". Bez komentarza...

Chyba muszę zacząć notować to, o czym chcę napisać, bo jeszcze wczoraj wieczorem miałam mnóstwo tematów w głowie i zastanawiałam się jak to ze sobą połączyć w jednym poście, a tu napisałam trochę i nie pamiętam co miało być dalej. Standardowo...

poniedziałek, 18 czerwca 2018

O tym jak urodziła się Lusia :-)

Po informacji, że przenoszą mnie na salę przedporodowa, po obdzwonieniu Męża i mamy spakowana czekałam na przeprowadzkę. Trochę to trwało, bo było kilka cesarek, trochę wypisow, trochę przyjęć, więc ostatecznie na nowym oddziale wylądowałam przed 13. Tam standardowa papierologia podczas przyjęcia i badanie. To było najgorsze. Przy 1cm rozważenia bolało jak jasna cholera i myślałam, że rozpłaczę się na tym fotelu. Było strasznie, ale nie narzekałam, bo przynajmniej coś zaczęło się dziać. Ordynator zarządził założenie balonika. Wbrew temu co czytałam i co słyszałam nie było to takie tragiczne. Wcześniejsze badanie było dla mnie dużo gorsze. Położne zrobiły mi ktg i kazały mi jak najwięcej chodzić. No to chodziłam... Od 15 do 22 tylko z przerwami na siku,  aż w końcu po 22 pogoniły mnie do spania, bo to co miałam wychodzić już wychodziłam. Dziewczyny na sali mówiły, że zazwyczaj ten balonik szybko wypada, więc jak w nocy wstałam do toalety pilnowałam, żeby go po drodze nie zgubić, ale nadal mocno tkwił w miejscu. Do rana nic się nie zmieniło i straciłam nadzieję na szybki rozwój zdarzeń. O 9 był obchód. Po nim kazali mi przyjść na badanie i nie pozwolili jeść śniadania. Pomyślałam sobie, że może planują cc, skoro nie mogę jeść. I jak wcześniej robiłam wszystko, żeby cc uniknąć, tak wtedy po 2 tyg na patologii byłam gotowa dobrowolnie stanąć pod drzwiami sali operacyjnej i powiedzieć tnijcie. Było mi już wszystko jedno. A że przez ten czas naczytalam się i nasłuchałam o porodzie baaaardzo dużo, to zaczęłam mieć cykorii,  mimo, że jedno dziecko już urodziłam. No normalnie się bałam ;-) super, co nie? No ale do rzeczy... Po obchodzie poszłam na to badanie, wyjęli mi ten balonik i okazało się, że jak był 1 cm, tak 1 cm został. Mieli zrobić mi dzień przerwy i następnego dnia podać kroplówkę. Wróciłam więc na salę. Pół godziny później przyszła położna. Kazała mi wziąć ze sobą wodę i telefon, żeby mi się nie nudziło i powiedziała, że zrobią mi test, żeby zobaczyć jak reaguje na oksytocynę. No to poszłam. O 10 podpięli mi pompę z oksytocyną i tak sobie leżałam i gadałam z przyjaciółką na messengerze, pisałam smsy do męża i do mamy, a godziny mijały. Kompletnie nic się nie działo. Położna przychodziła co jakiś czas podkręcać dawki i śmiała się, że jestem odporna, skoro nic nie czuje. A ja naprawdę nie czułam żadnej różnicy. O 11:30 strasznie chciało mi się siku i pozwolili mi iść do łazienki. Tam złapał mnie pierwszy skurcz, a jak wróciłam na salę porodowa był drugi. Od razu co 3 minuty. Nagle wszystko się rozkręciło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Była 12. Zaczęło mnie dość mocno boleć, położna mnie zbadała, w panice zawołała swoją koleżankę i padły słowa, których się nie spodziewałam "pełne rozwarcie, czuję już główkę, niech pani szybko dzwoni po męża". No i zaczęła się jazda bez trzymanki... Co chwilę ktoś przebiegał z narzędziami, grzali łóżeczko dla Lusi.. Szaleństwo :-) a ja zapomniałam jak się prze :-) kilka nieudolnych parć później otworzyłam oczy i... Zobaczyłam Lusię :-) w porównaniu do Juniora była taka malutka, że nie mogłam w to uwierzyć. wszyscy byli w szoku, że to już, bo przecież nic się nie działo i nagle bum :-P a mężu nie zdążył dojechać .... :-) i w ten sposób 17 maja 2018 roku o 12:15 staliśmy się czteroosobową rodziną :-)))

środa, 13 czerwca 2018

Relacja ze szpitalnego spa

Nasz pobyt w szpitalu był kompletnie niespodziewany. Przez całą ciążę nastawiałam siebie i Juniora na kilkudniowy pobyt w szpitalu związany wyłącznie z narodzinami Lusi. Jak widać wyszło inaczej.

A było tak...

30.04. rano pojechałam zrobić standardowe wyniki. Poza tym moja zgaga osiągnęła już taki poziom, że nie mogłam spać, do tego zaczęły swędzieć mnie dłonie i podeszwy stóp. Mniej więcej wiedziałam co to może oznaczać, bo kiedyś sporo czytałam na ten temat. Wysłałam smsa do Doktorka, a on kazał mi zrobić dodatkowe badania. Wyniki odebrałam 02.05. Oczywiście wartości podwyższone, choć nie jakoś strasznie, więc nie przejmowałam się jakoś bardzo. Doktorek kazał przyjechać do siebie na dyżur do szpitala z wynikami 04.05. rano. Ok, nie ma problemu. Odstawiliśmy Juniora do dziadków i pojechaliśmy do szpitala. Byłam pewna, że Doktorek obejrzy wyniki, ewentualnie zrobi mi ktg, usg, przepisze tabletki i wrócimy do domu. A on owszem zrobił badania, ale tabletek nie dał i powiedział, że to cholestaza i zostaję w szpitalu. To był piątek. Nie podobał mi się taki rozwój sytuacji, ale miałam zostać tylko do wtorku, więc stwierdziłam, że jakoś wytrzymam. Mężu pojechał do domu po moje rzeczy, a mnie przyjmowano na patologię ciąży. Pielęgniarka pobrała mi krew, założyła gustowną bransoletkę, od której dostałam takiego uczulenia, że do tej pory mam ślad na ręce i zaprowadziła na salę, na której były już dwie dziewczyny. Mężu przywiózł mi rzeczy, posiedział chwilę i wysłałam go do domu, bo płakać mi się chciało, że muszę tam zostać. Ale stwierdziłam, że dam radę, w końcu to tylko KILKA dni. Mhm… ładne mi kilka. Dobrze, że mój Doktorek pracuje w tym szpitalu, bo inaczej nie wiedziałabym kompletnie nic z tego, co się działo, ordynator powtarzał tylko, że będzie informował na bieżąco, a tak naprawdę nie mówił nic. Doktorek przychodził do mnie po 2-3 razy dziennie, mówił jakie są wyniki i co planują dalej. Zlecił mi ktg 2 razy dziennie, tabletki na uspokojenie kwasów w żołądku, ścisłą dietę (wszystko gotowane, bez przypraw, nic słodkiego, jednym słowem bleeee…) i kazał czekać do wtorku na wyniki. Dobrze, że miałam fajne towarzystwo na sali, bo inaczej bym tam zwariowała już pierwszego dnia. Jakimś cudem dotrwałam do wtorku i jak na szpilkach czekałam na poranny obchód. Przyszli. Byłyśmy w sali we trzy. Pierwsza dziewczyna - do domu, druga - do domu. Przyszła moja kolej - Pani wyniki są dwa razy takie jak w piątek ( z 56 zrobiło się 118), zostaje Pani bezwzględnie do porodu. Załamka. Dzwoniłam po kolei do Męża, do rodziców i ryczałam w słuchawkę, że ja chcę do domu. I tak do popołudnia. Załapałam doła, bo jak to? Mam siedzieć w szpitalu, jak do porodu jeszcze 4 tygodnie (według pierwotnych obliczeń), a w domu przecież czeka mój syneczek. Wiedziałam, że w przypadku cholestazy poród wywołuje się wcześniej, w okolicach 39 tc, bo im wyższy tydzień, tym większe ryzyko dla dziecka, takie jak przedwcześnie starzejące się łożysko, zatrucie toksynami, niedotlenienie czy nawet obumarcie dziecka. Ale nikt mi nic konkretnego nie mówił. Do diety i tabletek doszły jeszcze kroplówki 2 razy dziennie. I tak mijał dzień za dniem. Mężu przyjeżdżał codziennie, Junior też był kilka razy. Dzięki Bogu, moje dziecko stanęło na wysokości zadania i było bardzo dzielne. Gdyby za mną płakał czy coś, to już chyba całkiem padłoby mi na głowę, a i bez tego było wystarczająco ciężko. W dni powszednie jakoś czas leciał, najgorzej było w weekendy. W tygodniu po korytarzu kręcili się lekarze, był jakiś ustalony rytm dnia, w weekend można było zobaczyć tylko lekarza dyżurnego, a z pielęgniarkami była totalna rozpierducha. Minął kolejny tydzień. Na poniedziałkowym obchodzie ordynator stwierdził, że w tym tygodniu będziemy próbować rodzić, prawdopodobnie w piątek. No i wtedy jakoś lepiej mi się zrobiło, bo miałam konkretny cel, jakiś plan, termin, cokolwiek czego mogłam się trzymać. W środę rano, 12 dnia pobytu w szpitalnym SPA, na obchodzie usłyszałam, żebym się pakowała, bo przenoszą mnie na porodówkę, na salę przedporodową i będziemy powoli działać. No euforia. Obdzwoniłam Męża i mamę i spakowana czekałam na przeprowadzkę...

Ciąg dalszy nastąpi niebawem ;)

Nie piszę dziś o samym porodzie, bo był tak niecodzienny (przynajmniej dla nas), że to temat na osobną opowieść :P

Miłego dnia :)

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Jesteśmy, żyjemy...

... i mamy się bardzo dobrze 😁

według pietwotnego planu Lusia powinna urodzić się właśnie dziś, ale że wyszło tak jak wyszło to ma już 2,5 tygodnia. Można powiedzieć, że ogarnęliśmy nową rzeczywistość we czworo i wchodzimy na w miarę ustalone tory. Lusia jest naprawdę kochana, praktycznie tylko je i śpi, robi sobie tylko krótkie przerwy na czuwanie i póki co prawie nie wiemy , ze mamy w domu takiego maluszka. Przesypia całe noce (yeah!!!), karmię ją i przewijam w nocy w zasadzie na spiąco i wstajemy o 6:30, calkiem wyspani. Po trylionie juniorowych pobudek w tym wieku to prawdziwy luksus 😜 Lusie uwielbia jeść, caly dzień mogłaby wisieć na cycku. Po tygodniu wróciła do wagi urodzeniowej, a w dwa tygodnie przybrala w sumie 500g.

Junior zdaje egzamin na starszego brata na 6+. Baliśmy trochę jego reakcji, w koncu przez 4,5 roku był jedynakiem, ale jest super. Na początku trzymał się na dystans, ale teraz sam przychodzi do Lusi, całuje ją, glaszcze, przykrywa kocykiem, wozi na spacerze i generalnie jest bardzo troskliwy. a najbardziejj lubi porę lusiowej kąpieli i bardzo chętnie przy tym pomaga. Bardzo nas to cieszy.

Ja też szybko doszłam do siebie, nawet bardzo szybko, ale o tym następnym razem. Ciążowe kilogramy już spadły, wchodzę w swoje zwykłe spodnie, teraz muszę już "tylko" pozbyć się tych nadprogramowych sprzed ciąży bez specjalnej diety. Trzymajcie kciuki 😜

Dziś tylko tyle, bo zbieramy się za chwilę odebrać Juniora z przedszkolnej wycieczki, a następnym razem opowiem Wam jak to z nami było i co właściwie się stało.

sobota, 12 maja 2018

Bez zmian

Gdyby ktoś się zastanawiał my dalej w szpitalu. I dalej w dwupaku. 9 doba. Wyniki poleciały jeszcze bardziej. Po weekendzie okaże się co dalej. Jest spora szansa, że Lusia dolączy do nas już w przyszłym tygodniu. A ja póki co stwierdzam, że nie nadaję się do chorowania, a już zwłaszcza w szpitalu. Boli mnie każda część ciała od tego łóżka, na korytarzu wydeptuję coraz głębsza ścieżkę od chodzenia tam i z powiem, znam już wszystkich lekarzy, położne i salowe, pochłaniam książki szybciej niż kiedykolwiek, a Mężu został moim osobistym bibliotekarzem. Przybieranie na wadze zakończę na +9 kg, bo na szpitalnym wikcie nie sposób przytyć. Dobrze, że chociaż śniadania i kolację sa dobre. Poza tym jestem na ścisłej diecie, więc nawet nie mogę sobie podjadac. Czadowo. Lusia nie lubi ktg i za każdym razem wierzga próbując strącić głowice z mojego brzucha. Ma to po bracie, bo on też tak robił. Synuś dzielnie znosi rozstanie, ja zdecydowanie gorzej, bo mimo codziennych odwiedzin tęsknię jak diabli i generalnie chce do domu.
Trzymajcie kciuki, żeby nasza męka dobiegła niedługo szczęśliwego końca i żebyśmy wróciły z Lusia do domu.

wtorek, 8 maja 2018

Zwrot akcji

Majówka, majówka i po majówce. Nie powiem minęła nam dość pracowicie, staraliśmy się wykorzystać czas do maksimum na ogarnięcie koło domu tego co było do ogarnięcia, na wycieczki cala trójką. I jak się ostatecznie okazało bardzo słusznie, bo zakończyliśmy majówkę z przytupem. Tzn ja i Lusia, boooo... jesteśmy w szpitalu. Jeszcze w dwupaku. Trochę poleciały mi wyniki, w piątek akurat miałam wizytę u Doktorka, który zarządził pobyt w szpitalnym SPA, czyli patologia ciąży welcome to. I tak kiblujemy. Nic specjalnego się nie dzieje, badanie dwa trzy dziennie, tabletki i tyle. Lusia jest już duża, przekroczyła magiczną granicę 3kg, więc jest ok. Dobitnie pokazuje, że jest ze mną w tej niedoli i harcuje w brzuchu na całego. Jeśli jutro wyniki będą lepsze to wyjdziemy, a jak nie, to mi wtedy powiedzą co dalej. Trzymajcie kciuki, żebym jeszcze mogła pobyć w domu przed porodem. Przy okazji wyszła taka niespodzianka, że okazało się, że jednak jestem o tydzień do przodu, więc zaczynam już 38 tc. Więc już blisko, coraz bliżej.
Do dziś rana miałam fajne dziewczyny na sali, a dzis dostałam nową dostawę. Jakieś takie dziwne sa. W ogóle powiem wam, że przez tych kilka dni to widziałam tu tyle różnych osobowości, że starczyłoby tematów na kilka kolejnych postów 😜 jak chcecie to mogę wam opisać następnym razem.
Także kochane moje trzymajcie za nas kciuki. Albo niech nas puszczą albo niech tną - już mi wszystko jedno.

środa, 25 kwietnia 2018

Z rodziną najlepiej na zdjeciu...

Od wczoraj siedzi mi w głowie refren piosenki Maleńczuka:

Gdzie jesteście przyjaciele moi
Odpłynęli w sinej mgle               
Kogo to obchodzi kiedy boli       
Tylko ciebie kiedy idzie źle

Jakie to prawdziwe...

Wczoraj tak siedziałyśmy sobie z Mamą przy herbatce na tarasie i doszłam w sumie do smutnego wniosku. Mieszkamy u siebie już 4 lata i zauważyłam, że grono naszego towarzystwa przez ten czas wyraźnie się skurczyło. Nawet bardzo wyraźnie. I co ciekawe nie wykruszyli się przyjaciele, bo Ci akurat zostali w niezmienionym składzie, co niesamowicie mnie cieszy, a wykruszyła się rodzina. Przykre, bo wychodzi tu czarno na białym, że z rodziną najlepiej na zdjęciu. A co takiego się zmieniło? Ano to gdzie mieszkamy. I nie chodzi o to, że mieszkamy gdzieś na zadupiu, czy że wyprowadziliśmy się na drugi koniec kraju, nie - mieszkamy 5 km od poprzedniego miejsca, więc to praktycznie żadna różnica. Chodzi dokładnie o dom sam w sobie. O to, że ten dom mamy. Dość długo wmawiałam sobie i tłumaczyłam, że sama się nakręcam, dopóki w święta nie usłyszeliśmy tego dosłownie. Wprost. Od kuzynki Męża. Z wrażenia już dokładnie nie pamiętam o co dokładnie chodziło, coś tam o wakacjach rozmawialiśmy i mówiliśmy, że w tym roku nie wiemy czy gdzieś pojedziemy, bo Lusia będzie bardzo malutka, ale za to zaoszczędzimy sobie do przyszłego roku i może wybierzemy się gdzieś za granicę. Co kuzynka Męża podsumowała słowami "No jak to, nie stać Was? Przecież macie dom, to bogaci jesteście". Szczęka opadła mi na podłogę i nawet nie wiem co Mężu jej odpowiedział, ale wtedy dosadnie dotarło do mnie o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi i że jednak sobie nie wkręcam. I powiem Wam, że smutne to jest i przykre. Owszem, mamy dom, całkiem ładny nawet, ale sami ciężko sobie na ten dom zapracowaliśmy. Z nieba nam nie nakapało. Tylko my i nasi najbliżsi wiedzą ile wyrzeczeń nas to kosztowało. Ile musieliśmy i nadal musimy z siebie dawać w pracy, żeby zarabiać tyle ile zarabiamy. A żeby mieć taką, a nie inną pracę też musieliśmy na to ciężko zapracować. Szkoła, studia, języki itd., ale tego nikt nie bierze pod uwagę. Liczy się to, ze MAMY DOM. Akurat ta kuzynka Męża za wiele się w życiu nie napracowała, ani w szkole, ani w pracy. Przez jakiś czas wynajmowali z mężem mieszkanie, ale stwierdzili, że za drogo i wrócili do rodziców, którzy ich w dużym stopniu utrzymują (wiemy to z pierwszej ręki, od mamy tej dziewczyny), a młodzi latają z jednej imprezy na drugą. My co miesiąc płacimy ratę kredytu i każdą zaoszczędzoną kwotę wkładamy w rzeczy, które zostały nam na wykończenie rzeczy, które jeszcze czekają na swoją kolej. Moja rodzina wcale nie jest lepsza. Kiedy pierwszy raz padło hasło, że będziemy się budować reakcja była "oo super, będzie gdzie grilla robić i przyjeżdżać na kawę na świeżym powietrzu, dzieci będą się razem bawić na podwórku, czad!" No zapowiadało się naprawdę nieźle. I taka wersja się utrzymywała, do pierwszej wizyty po naszej przeprowadzce. Niby uśmiechy, no fajnie zrobiliście, fajnie, ale... od tamtej pory z dnia na dzień wszyscy po kolei zaczęli się robić strasznie zapracowani, już rozmyślili się co do kawki i grilla, no brak czasu i w ogóle zarobieni jesteśmy. I to kilkoro moich kuzynów i kuzynek. Dzwoniłam, pisałam Smsy, pytałam co słychać, zapraszałam, proponowałam spotkania to u nas, to u nich, to na neutralnym gruncie. Albo nikt nie miał nagle czasu, albo w ogóle nie było odpowiedzi. W końcu dałam sobie spokój, bo ile można się komuś narzucać. Już mi głupio było, że to ja ciągle pierwsza zagaduję i odpuściłam. Tłumaczyłam sobie, że może faktycznie, czasy takie, a nie inne, ale teraz już wiem o co chodzi i moja Mama wczoraj potwierdziła moje przypuszczenia, bo też słyszała dokładnie takie same słowa, jak my w święta. Na szczęście mamy ten przywilej, że trafili nam się prawdziwi przyjaciele i mamy 5-6 takich par, na które zawsze można liczyć, jak to mówią w zdrowiu i w chorobie. Takich na którzy są z nami, mimo że jesteśmy tacy "bogaci". I to mnie bardzo cieszy.

Miłego dnia życzy Wam śpiąca na kasie "bogaczka" ze spuchniętymi stopami :P

czwartek, 19 kwietnia 2018

Do startu...

Mogę głośno powiedzieć, że nam się udało i ryzyko cc zostało zażegnane. Nasza Lejdi prawidłowo ustawiła się w blokach startowych i czekamy. Zostało 6 tygodni z małym haczykiem. Lusia okazuje się jest całkiem spora, bo na tych 6 tygodni przed wyjściem waży już 2400g (!!), więc w ciągu 3 tygodni przybrała na wadze 700g, Doktorek powiedział, że to dużo. Mam nadzieję, że przy urodzeniu pójdzie jednak w ślady brata (3700g), bo jak się za bardzo z wagą rozhula, to znowu wróci ryzyko cc. No ale poczekamy, zobaczymy. Póki co niech sobie grzecznie czeka i zdrowo rośnie. Damy radę.
Mamuśka (czyli ja) rozkręciła się w przygotowaniach. Wszystko wyprane, wyprasowane czeka w komodzie na Małą użytkowniczkę, ja czekam na dostawę ostatnich rzeczy i będę pakować torbę do szpitala, w poniedziałek zamawiamy wózek i fotelik i zostanie nam tylko przygotowanie łóżeczka i końcowe sprzątanie chałupy już przed samym wykluciem się Lusinki. Jaaaaa.... Normalnie zaczynam czuć, że to prawie już :) Junior też zaczął odliczanie i codziennie dopytuje się za ile dni siostra się urodzi. Ten i kolejny tydzień poświęcam za załatwienie spraw, które muszą już teraz być załatwione, a później planuję spokojnie czekać na rozwój zdarzeń.

Na koniec tego tematu opowiem Wam coś śmiesznego, co niedawno usłyszałam.
Otóż moje drogie, wyobraźcie sobie, że najnowsze "badania" dowodzą, że ból porodowy jest tak silny, że rodząca kobieta NIEMAL jest w stanie poczuć co czuje przeziębiony mężczyzna :))))))

Powiem Wam, że dopiero teraz, 4 lata po przeprowadzce do naszej chałupki w pełni doceniłam uroki mieszkania w tym miejscu. Dopiero jak wylądowałam na nieplanowanym L4 i spędzam większość czasu na miejscu. No bo wcześniej do domu wracaliśmy tak naprawdę się przespać, a w weekendy nadrabialiśmy zaległości z całego tygodnia, kiedy byliśmy w pracy. No ok, na początku mojego L4 pogoda była pod psem, a i ja leżąc byłam cała w nerwach i strachu, więc za bardzo tego nie odczułam. Ale teraz, jak przyszła wiosna pokochałam to miejsce jeszcze bardziej. No bo na przykład w tej chwili siedzę sobie z herbatką i laptopem przy stole na tarasie i piszę. Wyłączyłam wszelkie źródła dźwięku w domu. Żadnego z naszych najbliższych sąsiadów nie ma w domu, bo wszyscy są w pracy. A ja co robię? Rozkoszuję się ciszą. Jest bosko. Świeci słońce, na niebie nie ma ani jednej chmurki, ptaki śpiewają jeden przez drugiego, wieje lekki wiaterek no normalnie wiejska sielanka. Wczoraj wieczorem jak położyłam się spać około 23 uchyliłam lekko drzwi balkonowe w sypialni, noce ciepłe, to niech wpada świeże powietrze, lepiej się wtedy śpi. I wiecie co robiłam? Przez jakąś godzinę leżałam w łóżku i słuchałam żabiego koncertu. No mówię Wam, coś pięknego. Nawet Mężu łaskawie nie sapał ani nie chrapał, więc mogłam sobie spokojnie słuchać.
I pomyśleć, ze po kilku miesiącach mieszkania tutaj miałam taki kryzys, ze miałam ochotę rzucić to wszystko w cholerę i wrócić skąd przyszliśmy. Wcześniej nie mieszkaliśmy w jakimś dużym mieście, raczej w miasteczku, niespełna 10 tys mieszkańców. Teraz też nie mieszkamy w buszu, do Miasteczka mamy 5 minut jazdy samochodem, pieszo to jakieś 30 minut marszu, może trochę mniej. A ja wtedy czułam się jak na totalnym odludziu. Wszędzie było mi daleko, brakowało mi ludzi, samochodów, sklepów itd. A teraz jak większość niedzieli spędzamy u rodziców w Miasteczku, a później wracamy do domu czuję się zmęczona jak po maratonie i odpoczywam w tej naszej ciszy. Mamy widok na pola, las i góry w tle, więc jak z obrazka. Lubię tak sobie usiąść i po prostu patrzeć. I nie zamieniłabym tego miejsca na żadne inne. No chyba, że nad morzem :P


czwartek, 12 kwietnia 2018

Uwaga! Baba (w ciąży) za kółkiem!

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Należę do tych osób, które drą japę za kierownicą... wróć! Należę do tych osób, które niebywale pięknie śpiewają za kierownicą 😁 generalnie żadna siła nie zmusi mnie do śpiewania, no chyba, że jestem sama w domu, a radio nadaje coś super hiper albo sama sobie nadam ulubioną płytę. Ale jak tylko wsiadam za kółko przeskakuje mi jakiś pstryczek elektryczek w głowie i ujawniam ukryte pokłady mojego muzycznego "talentu". Wtedy głośność na max i jedziemy. Oczywiście jak nie mam publiczności, bo wtedy pstryczek nie działa 😜 przyznajcie się, która też tak ma? 😁
Ale poza talentem muzycznym mam jeszcze jedna przypadłość w aucie. Otóż... za kierownicą wychodzi ze mnie demon, zwłaszcza w ciąży. Nie demon prędkości, bo tego już pogoniłam odkąd wożę na pokładzie małych pasażerów. Taki inny demon, który nie popusci kierowcom-przyglupom, którzy nie potrafią jeździć. Wtedy trąbię, wyzywam i pukam się w czoło. Serio 😜 tylko w tym tygodniu strąbilam kierowcę wywrotki, który wyjechał mi wprost przed maskę, choć to ja byłam na głównej w myśl zasady jestem większy, kto mi podskoczy. A no ja podskoczę. I kilka innych aut też strąbiłam. 100% ich kierowców to byli faceci oczywiście. Mężu mówi, że obciach ze mną jeździć, ale co ja poradzę, że tylu debili jest na drogach 😜 a już do szału doprowadzają mnie Ci, którzy parkują na środku chodnika byle bliżej drzwi do sklepu. Oooojjj tylko czekam aż na spacerze z wózkiem natknę się na takiego gagatka. Biada mu 😁😁😁

Co u nas poza chamstwem na drogach? Ano kulam się z Lusią w brzuchu coraz bardziej pokracznie i coraz bardziej obolała. W nocy nie mogę spać, bo mi niewygodnie, a przewrót z boku na bok to jak wejście na Giewont czy inne K2. Lusia jak siedziała z nogami w dole tak siedzi dalej. Liczę na to, że jeszcze okaże mamusi łaskę i ułoży się jak trzeba, choć powiem Wam, że już się pogodziłam z tym, że jakby coś bedzie cc i tyle. Nie będę się przejmować tym na co nie mam wpływu. Zaczynam już odczuwać dreszczyk emocji. Zostało (teoretycznie) 7 tygodni z malutkim haczykiem, więc to prawie już. Muszę wreszcie wyprać ubranka, za jakieś 2 tygodnie spakować torbę, przed majówka jedziemy zamówić wózek no i musimy wreszcie zrobić zakupy dla Lusi. Juniorowi też już udzielają się emocje, bo co chwilę mówi o siostrze i widać, że jest dumny, że będzie starszym bratem. Oby tak mu zostało 😜
A w ogóle to zjadłabym loda czekoladowego... albo rożka francuskiego z serem...

środa, 4 kwietnia 2018

Święta, święta i po

Jak w tytule. Święta tradycyjnie minęły błyskawicznie i wracamy do codzienności. Pogoda jaka była wszyscy wiedzą, choć przyznaję w poniedziałek nie było źle. Świąteczne dni minęły nam dość towarzysko. Niedziela u rodziców i u teściowej, a w poniedziałek my mieliśmy gości. Wpadła moja kuzynka z mężem i dwójką dzieci i całą trójkę z Juniorem na czele roznosiła energia. Bawili się super i nawet było przy tym grzeczni, a wieczorem Junior padł jak betka. Pozostała dwójka podobno odpłynęła w samochodzie w drodze do domu. Dostaliśmy też zaproszenie na wesele, ale nie wiem czy pójdziemy, bo to w pierwszy weekend sierpnia i szczerze mówiąc jakoś nie widzę tego typu imprezy z dwumiesięczną Lusią. No ale zobaczymy. Póki co nie mówimy ani tak, ani nie.

Moi panowie ruszyli dziś do pracy i przedszkola po świątecznej przerwie. Jak zamknęły się za nimi drzwi zapadła taka błoga cisza, która się teraz rozkoszuję 😁 i biorę się powoli za wicie gniazdka Luśki. Muszę przejrzeć rzeczy, które już mamy, w przyszłym tygodniu biorę się za pranie ubranek i pieluszek tetrowych, bo 33 tc to już chyba najwyższa pora. Luśka rośnie, waży już prawie dwa kilo, więc nie wiadomo kiedy postanowi się wykluć. Trochę się zestresowalam, bo maly uparciuch twardo siedzi na pupie zamiast przyjąć już pozycję a'la nietoperz. Doktorek ostatnio powiedział, że biorąc pod uwagę jej wielkość będzie miała problem, żeby zmienić pozycję i może się to skończyć cesarką. Wolałabym jednak tego uniknąć, ale jak mus to mus. Okaże się za kilka tygodni.

Wczoraj skończyłam czytać książkę "Cudowny chłopak". Przyznaję, że spodziewałam się czegoś innego, ale i tak mi się podobała. Książka z morałem, mogę polecić z czystym sumieniem.

Uciekam wypić ciepłą herbatkę i idę prasowac, póki mam natchnienie 😜 miłego dnia.

wtorek, 27 marca 2018

Zapach Wielkanocy

Bardzo lubię ten czas w roku, tak przed Bożym Narodzeniem, jak i przed Wielkanocą. Powietrze tak pięknie pachnie przygotowaniami i ten zapach jest jedyny w swoim rodzaju. Przed Bożym Narodzeniem choinka, pierniki, pomarańcze i bigos, a teraz przed Wielkanocą babki drożdżowe, hiacynty i biała kiełbaska. Mmmm uwielbiam. W sumie u nas w tym roku za wiele w święta nie będzie się działo, bo w oba dni i tak będziemy poza domem, więc nawet nic nie gotuję. Mężu coś mi miauczał, że zjadłby mojego sernika (ot taka "subtelna" aluzja :P), to się zlituję i szybko mu ten sernik zakręcę. Mam taki przepis od Mamy. Mało roboty, a efekt powalający i jakoś tak fajnie mi wychodzi, że zawsze wszystkim bardzo smakuje i znika w mgnieniu oka. Mama robi z tego samego przepisu, a wychodzi całkiem inny. Wczoraj umyłam swoją połowę okien dostępnych z podłogi, dziś Mężu ma ogarnąć te, do których trzeba się wspinać, wieczorem powiesimy firanki na dole i praktycznie po robocie. Zostanie tylko posprzątać w sobotę. W piątek obiecałam Juniorowi wagary od przedszkola i będziemy robić pisanki. W sobotę przed południem pójdziemy z koszyczkiem i będziemy gotowi na świętowanie.

W zeszłym tygodniu Mężu marnotrawny powrócił z drugiego końca świata na łono rodziny. Powiem Wam, że dwutygodniowa delegacja dała nam obojgu w kość. Mężowi psychicznie, bo tęsknił, a mi dodatkowo jeszcze fizycznie, bo wszystko było tylko i wyłącznie na mojej głowie. Nic takiego, ale w 7. miesiącu ciąży ogarnianie choćby pieca w kotłowni, szalonego psa i Juniora jest nieco utrudnione :P Nie było źle, broń Boże nie narzekam i nie mam zamiaru żalić się jaka to ja biedna jestem :P Miałam w planie wziąć się za nową książkę, ale nie dałam rady, bo wieczorami padałam zazwyczaj razem z Juniorem. Jak Mężu wrócił działałam jeszcze na podwyższonych obrotach, ot siła przyzwyczajenia, ale po dwóch dniach czułam się jak króliczek Duracell, któremu ktoś bez żadnego ostrzeżenia wyjął baterie. I tak przez kilka dni. Na szczęście wróciłam już do normalności :P

Po świętach planujemy wybrać się na zakupy dla Mniejszej, która od tej pory na potrzeby bloga będzie nazywana Lusią. Nie ma to nic wspólnego z jej imieniem, po prostu kiedyś w jakiejś książce bohaterka była Lusią i tak mi się jakoś dziś przypomniało i wpadło w ucho. Więc będzie Junior i Lusia :) W każdym razie planujemy wreszcie zakupy. Nie powiem, uległam już pokusie i kilka dziewczęcych ubranek kupiłam, no nie mogłam się oprzeć, bo były takie słodkie, że nie mogłam przejść obok obojętnie :P. Teraz zostały do kupienia takie rzeczy jak butelki, smoczek, kilka bodziaków, kosmetyki i tego typu rzeczy. Lista zrobiona, czeka na realizację. A za kilka tygodni zacznie się wielkie pranie, prasowanie i pakowanie torby do szpitala. Bo to już ostatnia prosta, 31 tydzień już trwa. Nie wiem kiedy to zleciało :)

Tymczasem uciekam na herbatkę. 

sobota, 17 marca 2018

Czasem słońce, czasem... śnieg

Nosz w dupę jeża, że tak powiem. Po kiego czorta ta zima wróciła? Jeden wiosenny weekend tak mnie nakręcił, że teraz ciężko mi się pogodzić z tym, że nas totalnie zasypało. Przez całą zimę nie było ani płatka, a tu nagle niespodzianka na koniec sezonu. W ciągu jednej doby spadło tyle śniegu, że sięga mi do połowy łydki. Wiedziałam, że ma być biało, ale nie sądziłam, że aż tak. Jak zaczęło u nas sypać wczoraj koło 13, tak skończyło dziś koło 15. Zanim przed południem odśnieżyłam auto miałam pełno śniegu w butach 😜 ale wszystkie negatywne emocje poszły w zapomnienie jak zobaczyłam jaką Junior miał z tego radość. W zasadzie nie widział jeszcze takiej ilości śniegu. Odkąd się urodził nie było prawdziwej zimy, a jak już pojawiał się śnieg to raczej symbolicznie. Więc jak dziś wypuściłam się z Pierworodnym na podwórko, tak nie mogłam go zagonić do domu. Wytarzał się w śniegu od stóp do głów. Policzki miał czerwone jak dojrzałe pomidory i tak się cieszył jak tylko tylko dzieci potrafią. Aż samej mi się udzieliło 😜 ciekawe jak długo ten śnieg poleży.

W poniedziałek odbieramy Męża z lotniska.  W końcu, bo już zatęskniliśmy. My za nim, a on za nami. Mam nadzieję, że do tej pory drogi będą doprowadzone jako tako do porządku. Na lotnisko mamy 40km, niby niewiele, ale przy takiej pogodzie to jednak trochę. Oby się poprawiło, to jakoś dotrzemy 😉

Ok, Junior już śpi, a ja zabieram się za nową książkę, bo mruga do mnie z regału 😜 tym razem biblioteczka serwuje książkę "Cudowny chłopak". Podzielę się wrażeniami jak skończę.

Miłej niedzieli 🙂

środa, 14 marca 2018

Nie rozumiem

Jeszcze dziś będzie tematyka dzieciowa, ale obiecuję, że następnym razem dam Wam odetchnąć :P Po prostu dowiedziałam się o czymś, czego kompletnie nie rozumiem i być może Wy rozjaśnicie mi w głowie.

Moi rodzice mają sąsiadów. W sumie wszyscy mają jakichś sąsiadów (:P), ale tamci są dość specyficzną rodziną. Przede wszystkim są bardzo, bardzo, BARDZO religijni, ale nie w tym rzecz, choć może ma to zasadniczy wpływ na to, o czym chcę napisać. Normalna rodzina, żadna patologia. Oboje mają lat 48. Przez wiele lat mieli tylko jedną córkę, która dziś ma 21 lat. Jakieś 6-7 lat temu urodziło im się drugie dziecko i chyba wtedy wszystko się zaczęło. Zaznaczam, że oboje byli wtedy już po 40stce, ale wiadomo, zdarza się i tak. Żadna sensacja. Po niecałych dwóch latach urodziło się kolejne dziecko. Niecały rok później kobieta znowu była w ciąży, ale nie donosiła jej i dziecko zmarło. Po kolejnym roku urodził się chłopczyk z zespołem Downa i dość poważną wadą serca. Kobieta miała wtedy już lat 45. Dziś ten chłopczyk ma około 3 lat. W zeszłym roku mając lat 47 nie donosiła kolejnego dziecka (już szóstego w kolejności). W tamtym tygodniu rozmawiałam z jej mamą. Okazało się, że najstarsza córka tych ludzi miesiąc temu urodziła dziecko, więc oni zostali dziadkami. Spoko, taka kolej rzeczy. A kobieta, mając teraz lat 48, znowu jest w ciąży...
Żeby nie było - ja broń Boże nie mam nic przeciwko rodzinom wielodzietnym. Wręcz przeciwnie - jeśli ktoś chce, ma ku temu odpowiednie warunki i środki, żeby zapewnić dzieciom godziwy byt, to proszę bardzo. Niech mają tyle dzieci ile chcą. ALE... w pewnym momencie, jak ten, o którym pisałam do głosu powinien dojść zdrowy rozsądek. Prawie 50 lat na karku to moim zdaniem nie jest już odpowiedni wiek na rodzenie dzieci, tym bardziej jeśli natura daje znać, że hola hola, nie tędy droga. Jeśli dzieci rodzą się chore, albo jeśli nie jest się w stanie ciąży donosić, to chyba najwyższa pora powiedzieć dość. Nie mam pojęcia i nie potrafię zrozumieć czym Ci ludzie się kierują. Wiara wiarą, nawet najbardziej zagorzała, ale czasem trzeba spojrzeć na życie trzeźwym okiem. 
Przynajmniej tak uważam. A może się mylę? Co myślicie?

poniedziałek, 12 marca 2018

Ufff...

Jak w tytule... ufff... wreszcie udało mi się jako tako ogarnąć. Nie mogłam zebrać się do pisania, nie miałam natchnienia, a jak już miałam natchnienie, to nie miałam siły. Wyprawiliśmy z Juniorem Męża i Tatę w daleki świat na wyjazd służbowy i urzędujemy w domu sami. Przez ten czas kiedy mnie tu nie było, a w zasadzie byłam tylko z doskoku, starałam się ogarnąć rzeczywistość, w której wszystko jest tylko na mojej głowie. Wszystko, czyli to co zwykle plus piec, kompleksowa obsługa Juniora nierozłożona na dwie osoby, zawożenie, przywożenie, pies i wiele, wiele innych. Wieczorami generalnie padam na twarz i nie mam siły ruszyć ręką. Jeszcze 10 dni takiego kołowrotka, a później Mężu wraca na łono rodziny. Rok temu też mieliśmy taki czas, że był w dłuższej delegacji, ale wtedy było zdecydowanie łatwiej, bo nie byłam w 7 miesiącu ciąży :P i  nawet za bardzo nie odczuwałam jakiegokolwiek zmęczenia. No ale co, my nie damy rady??? Jasne, że damy :P

A co u nas nowego? Hmm... mniejsza rośnie, fika w brzuchu bardzo śmiało. Jest już całkiem spora, tydzień temu ważyła już ponad kilogram, a ja od początku ciąży mam tylko 5 kg na plusie. Całkiem nieźle jak na 7. miesiąc ciąży. Ostatnio mam problem z jedzeniem. Jem bo muszę, ale tak naprawdę wcale mi się nie chce, więc moja waga ma z tym związek. Nie pamiętam ile przytyłam na tym etapie z Juniorem, ale na finiszu miałam +15 kg, ciekawe jak będzie tym razem. Przed nami ostatnia prosta. Doktorek kazał mi już zacząć liczyć ruchy, a mi powoli zaczyna włączać się syndrom wicia gniazda. Jak Mężu wróci mam zamiar zacząć ogarniać przestrzeń. Musimy porządnie posprzątać jedno pomieszczenie po drugim, umyć okna i wyprać firanki. Łatwo dostępne okna mam zamiar umyć sama, ale z resztą będzie musiał sobie poradzić Mężu, bo nie jestem na tyle zgrabna, by skakać po meblach :P Zresztą nawet nie mam nawet takiego zamiaru :P Jak by nie patrzeć niedługo święta, więc tak czy siak trzeba zrobić porządne wiosenne porządki. Za jakiś miesiąc chcę zamówić wózek, żeby mieć go w domu na początku maja. Biorąc pod uwagę czas oczekiwania akurat się wyrobimy. Po świętach chciałabym też wybrać się na zakupy dla Mniejszej, żeby mieć już wszystko to, czego nam brakuje i nie biegać po sklepach na ostatnią chwilę.

Junior póki co bardzo, bardzo, bardzo cieszy się na pojawienie się siostry. Nie jest jeszcze świadomy tego, jak wiele rzeczy się zmieni. Staramy się go maksymalnie na to przygotować, opowiadamy jak to będzie mniej więcej wyglądać w praktyce, włączamy go maksymalnie we wszystko co jest związane z Mniejszą, żeby poczuł się jak ważny Starszy Brat. Sam wybrał dla niej kolor wózka (na szczęście ma taki sam gust jak Mamusia :P), przegląda ze mną rzeczy, które musimy kupić dla Mniejszej, mówi co Mu się podoba. Ostatnio jak byłam z nim na zakupach to sam z własnej inicjatywy przyniósł mi skarpetki dla Niej, "bo one są takie słodkie". Swoją drogą wybrał naprawdę śliczne ;) Bardzo chciałabym, żeby mu tak zostało, ale psychicznie przygotowuję się na to, że kryzys nadejdzie i trzeba będzie jakoś sobie z nim poradzić. Póki co doszkalam się teoretycznie w tym temacie, a jakie metody zadziałają w praktyce to się dopiero okaże. Jeśli macie jakieś sprawdzone sposoby dajcie znać, będę robić notatki ;)

Tiaaa... miałam skończyć pisać posta i iść na spacer, ale nic z tego. Właśnie zaczęło padać... super. Wczorajsza piękna pogoda trochę nas rozpieściła i liczyłam na to, że już tak zostanie, ale jak widać nic z tego. A jak rano usłyszałam, że w weekend ma padać śnieg, to myślałam, że się rozpłaczę. Tak mi się już chce ciepełka i słońca. Chcę wskoczyć już w lekkie balerinki i sweterki, bo ostatnio wiązanie butów sprawia, że sapie jak stary parowóz i zanim ubiorę się do wyjścia mam dość ;P

Ok, pora kończyć. Muszę się zaraz zbierać na zakupy, a później po Juniora do przedszkola.
Miłego poniedziałku.

wtorek, 27 lutego 2018

Hu hu ha...

Łoooo ale przymroziło, co? W sumie to nic dziwnego, przecież zima jest, to musi być zimno. Jeszcze parę lat temu takie temperatury to przecież była norma, a teraz jak się posłucha wiadomości, to człowiek ma wrażenie, że armageddon nadchodzi. Pamiętam jak chodziłam do liceum i co rano czekało się na autobus na takim mrozie, że włoski w nosie zamarzały przy każdym oddechu 😁 śmiesznie wtedy było. W każdym razie póki jest tak zimno wychodzę z domu tylko na chwilę, na przykład do sklepu albo przytransportowac Juniora z przedszkola. I grzejemy się z Mniejszą w domu. Ostatnio miałam nawet twórcze zajęcie, bo w firmie potrzebowali pomocy w pewnej kwestii i pracowałam zdalnie z domu. W ramach rozrywki 😁

Poza tym jakoś się kulamy, choć przyznaję bez bicia, że hormony dalej świrują. Wszystko mnie denerwuje, wystarczy mała iskra, żebym wybuchła żałosnym płaczem... rzeźnia normalnie. Mężu ewakuuje się do innego pokoju albo do garażu jak tylko widzi co się święci i czeka aż mi przejdzie 😜 za tydzień wybywa na zagraniczne służbowe tournee, więc oboje odpoczniemy i zatęsknimy.

Dałam sobie jeszcze dwa tygodnie i zaczynam wielkie zakupy dla Mniejszej. To znaczy nie będą znowu takie wielkie, bo większość rzeczy mamy. Zrobiłam listę i oprocz butelek, smoczka, kosmetyków i typowo dziewczęcych rzeczy większym wydatkiem będzie tylko wózek i fotelik, bo te po Juniorze sprzedaliśmy dawno temu. Także załatwimy temat na luzie. Wózek wybrany, fotelik prawie wybrany, pozostaje tylko zamówić, ale to już w drugiej połowie kwietnia. No i czekamy. Już 27 tc, więc coraz bliżej. Naprawdę czas chyba ostatnio przyspieszył.

No, a tak na koniec powiem wam, że ostatnio (w sumie już jakiś czas temu, ale zawsze zapominałam napisać) dowiedziałam się, że jestem rasistką, homofobką, osobą dyskryminującą otyłe osoby itp. A czemuż to? Bo oglądam "Przyjaciół". Ba! Nie dość że oglądam, to jeszcze kocham ten serial miłością dozgonną. Obejrzałam ze sto razy wszystkie odcinki i obejrzę jeszcze ze trzysta razy. Bo lubię. Czytałam ostatnio kilka artykułów, że tzw. Milenialsi przeżyli szok po obejrzeniu kilku odcinków i według nich ten serial jest właśnie rasistowski, homofobiczny, dyskryminujacy osoby otyłe, narusza ich strefę komfortu i wiele wiele innych. Hmm świat schodzi na psy, serio... bez obrazy dla psów oczywiście. No trudno, muszę pogodzić się z tym, że jestem degeneratką i będę oglądać dalej, a co!
Miłego dnia, idę wstawić wodę na herbatkę. Paaa

czwartek, 22 lutego 2018

Coś mnie łupie w kręgosłupie

Ależ nowość odkryłam normalnie... (to ironiczne było jakby coś). Wstałam dziś rano i jak mnie nie zacznie kręgosłup łupać, masakra. Ostatnio pogoda sprzyja, to duuuuużo spacerujemy po świeżym powietrzu. Myślę sobie dzisiaj idę na chwilę z psem. Pochodziłam trochę - nic, położyłam się... nic. Zaczęłam już marzyć o masażu (i nadal marzę), ale wtedy przypomniało mi się hasło "joga dla ciężarnych". Szybki rzut oka na ćwiczenia dozwolone w 3 trymestrze (tak tak, w poniedziałek wskakujemy w 3 trymestr!!), muzyka relaksacyjna na yt i heja. 15 minut ćwiczeń na dobry początek i... EUREKA. Jak nowonarodzona, serio. Trochę w plecach pochrupało, wszystko wskoczyło na swoje miejsce i odżyłam. Bosko 😁 postanowiłam sobie, że teraz będę tak codziennie. Ostatnio znalazłam też zdjęcia z wycieczki do zoo jak Junior miał 10 miesięcy i jak zobaczyłam siebie na tych zdjęciach to obiecałam sobie, że jak urodzę to powieszę sobie takie zdjęcie na lodówce i MUSZĘ do takiego stanu wrócić. Daję sobie czas do Bożego Narodzenia, o! Plan ambitny, ale jak najbardziej realny. I tego się trzymajmy.

A tak a propos zdrowia to chce mi się warzyw. Ale takich prawdziwych, co to smak mają i kolor, i zapach... ach... slinotoku zaraz dostanę. Ostatnio kupiłam pomidory, bo nawet pachniały mi w sklepie. Błąd, duży błąd. Smaku to to w ogóle nie miało, a zapach jakimś dziwnym sposobem się ulotnił. Czary normalnie. Póki co ratuję się twarożkiem ze szczypiorkiem i marzę dalej. Zastanawiam się nad tym jak rozszerzać dietę Mniejszej jak już przyjdzie na to czas, bo przypadnie to akurat zimą, kiedy jadalnych warzyw brak. Trzeba będzie kombinować i czasem ratować się słoiczkiem. Albo zrobić zapasy mrożonek latem.

P.s. kto może polecić dobry krem do rąk na mega suchą skórę?

poniedziałek, 19 lutego 2018

Hormony rządzą

Wczoraj miałam taki dzień, że bez kija nie podchodź. Serio. Chłopaki oberwali obaj na tyle, że później sami z własnej woli schodzili mi z drogi. Mi to było na rękę, bo mnie nie denerwowali, a oni byli bezpieczni z daleka od linii ognia. Przeszło mi dopiero po południu po długim spacerze w lesie. Zebraliśmy się całą trójką, wzięliśmy psa i dopiero jak porządnie się zmęczyłam i przewietrzyłam hormony mi odpuściły. Wykończą mnie dziady w tej ciąży. W ciąży z Juniorem też się wkurzałam, ale wtedy mieliśmy na głowie budowę i obrywało się raczej naszemu wykonawcy 😜 jeszcze jakieś 15 tygodni i wrócę do normalności (mam nadzieję).

W piątek byłam w Firmie zawieźć zwolnienie i odebrać PIT. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem o tej porze jeszcze normalnie chodziłabym do pracy, ale że wyszło jak wyszło już prawie 3 miesiące jestem w domu. I powiem Wam, że trochę mi brakuje tego firmowego zamieszania. Wiadomo, siła wyższa, nie siedzę w domu dlatego, że taki miałam kaprys, ale po to, żeby Mniejsza była bezpieczna i żebyśmy szczęśliwie dotarły do porodu. Moi szefowie naprawdę to rozumieją i czuć od nich psychiczne wsparcie. Jest jedynie jedna koleżanka, która mam wrażenie uważa, że "zagrażające poronienie" to takie nowoczesne wytłumaczenie tego, że specjalnie poszłam na zwolnienie. Rzeczywiście, o niczym innym nie marzyłam niż on krwotoku i przymusowym areszcie domowym. Ostatnio usłyszałam stwierdzenie "kobieta kobiecie kobietą" i chyba coś w tym jest. Faceci doskonale rozumieją tą sytuację, a dziewczyna mniej więcej w moim wieku (ciut młodsza), która w dodatku sama jest mamą doszukuje się drugiego dna. Standard. Ale co ja się będę denerwować. Szkoda myślenia na coś takiego.

A poza tym dni płyną nam coraz szybciej. Niedługo muszę wziąć się powoli za zakupy dla Mniejszej, bo ani się nie obejrzymy, a nadejdzie godzina zero, a my będziemy w proszku. No i koniecznie musimy zdecydować się wreszcie na imię, bo póki co Mniejsza ciągle jest bezimienna. Z Juniorem było dużo łatwiej, bo imię mieliśmy jeszcze na długo przed ciążą, a teraz jest zdecydowanie bardziej pod górkę.

wtorek, 13 lutego 2018

Jestem stara...

Jak w tytule - jestem stara. Podejrzewałam to już od jakiegoś czasu, ale czas spojrzeć prawdzie w oczy. Jestem stara. Dlaczego tak nagle mnie olsnilo? Ano dlatego, że wczoraj byłam w kilku sklepach i tak się złożyło, że spotkałam kilka osób z mojej klasy z podstawówki. I właśnie wtedy mnie oswiecilo. Wspominam tą klasę naprawdę bardzo fajnie i mogę śmiało powiedzieć, że 6-8 klasa to był należy czas w mojej szkolnej karierze pod względem atmosfery. Szczególnie 8 klasa. Co tam się działo... ach fajnie powspominac... 😜 no ale do rzeczy. Byłam sobie na tych zakupach i spotkałam właśnie kilkoro szkolnych znajomych. Najpierw koleżankę z czteromiesiecznymi bliźniakami. Później drugą koleżankę z córką lat 14 (!) - urodziła ja miesiąc przed maturą, a na koniec spotkałam jeszcze dwóch kolegów. Jeden miał brodę, a drugi ogólnie jakoś tak zmężniał. No i co mnie tak dziwi? W końcu wszyscy w tym roku kończymy 33 lata. Tylko, że ja ich wszystkich zapamiętałam właśnie z czasów 8 klasy. Mimo, że dość często ich spotykam. Mimo, że wiem jak teraz wyglądają. Mimo, że jestem świadoma upływu czasu. Zawsze kiedy rozmawiamy o kimś z nich np. Z mężem mam przed oczami ludzi w wieku powiedzmy 15-16 lat. No góra 18. I naprawdę wiem, że mamy dwa razy tyle lat, to jednak jakoś to do mnie nie dociera. Nawet jak patrzę w lustro widzę dorosła osobę i nie mogę uwierzyć, że to ja. Kiedy moi rodzice byli w tym wieku albo jak kończyli czterdziestkę myślałam, że są w wieku mocno średnim, a teraz sama jestem na tym etapie i kompletnie tego nie czuję. To chyba dobrze, bo najważniejsze to czuć się młodo duchem, ale nie mogę uwierzyć jak czas szybko leci. Teraz doskonale rozumiem co miał na myśli mój dziadek. Nawet w wieku 70 lat mówił, że czuje się jakby miał 18 lat. I naprawdę teraz wiem jakie to uczucie.

A poza rozkminami nad upływem czasu wreszcie dochodzimy do siebie. Ja jeszcze trochę kaszlę, ale leczę się herbatkami. Junior wreszcie poszedł do przedszkola, bo już kota w domu dostawał, a ja, razem z nim 😜 zabrałam się wreszcie za przeglądanie neta w poszukiwaniu brakujących rzeczy dla Mniejszej. Chce sobie wszystko wybrać na spokojnie, a w okolicach kwietnia zamówię co będzie trzeba. Największy problem mam z wózkiem, bo nic konkretnego nie wpadło mi jeszcze w oko. Jutro chcę podskoczyc do sklepu i spokojnie pooglądać, może coś mi się spodoba. Idę się ogarnąć, bo zaraz muszę odebrać Juniora z przedszkola. Miłego popołudnia 😉

czwartek, 8 lutego 2018

Grrr....

Nie macie pojęcia jak mój ojciec działa mi na nerwy. Nigdy nie byliśmy w jakichś dobrych relacjach, ale z wiekiem jego parszywy charakter przybiera na sile, serio. Nigdy nie wiadomo co  mu przypasuje, a co nie. Jednego dnia mówi, że coś jest białe, a następnego że czarne, albo nawet jeszcze tego samego dnia. Przy tym jest tak fałszywy, że głowa mała. Najpierw po kimś jedzie jak po burej kobyle, a później jak widzi ta osobe to w dupe jej wchodzi bez mydła. A już nie wspomnę o tym, że wszystko co sobie kupi jest najlepsze na rynku. Chocbysmy mieli to samo, to jego i tak jest lepsze. Taki typ. A już najbardziej nie lubię jak do nas przyjeżdża. Wizytę u nich raz w tygodniu w niedzielę jestem w stanie przeżyć, bo on i tak bawi się z Juniorem w drugim pokoju, a my siedzimy z mama. Jak mama przyjeżdża sama to jest spoko, pośmiać się można itd. Ale jak on się tu zjawia, to szału dostaję. Czuję się jak na ciągłej inspekcji. Wszystko musi skomentować, a kiedy to zrobicie, a kiedy tamto, kiedy siamto. Mężu wszystko robi sam i się nie rozdwoi, a on ma dwie lewe ręce do jakiejkolwiek roboty. Nawet głupiej listwy nie potrafi przykleić ani dokrecic zawiasu w szafce, serio. Ale ja nie o tym chciałam. Dziś po prostu rozwalił system na maksa. Jak ostatnio pisałam jesteśmy z Juniorem chorzy. Junior powoli zaczyna wychodzić na prostą (chyba), ale ja kaszle tak, że już płuca wypluwam. Próbowałam się ratować domowymi sposobami, ale bez lekarza się nie obejdzie. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że Mężu jest na wyjeździe służbowym, wraca dziś późnym wieczorem. Wczoraj byli u nas z mama i mówiłam, że chciałabym iść do lekarza, żeby mi coś przepisał. Ustaliliśmy na którą godzinę mniej więcej mam się zapisać i powiedział, że przyjedzie chwilę posiedzieć z Juniorem póki nie wrócę. Rano zadzwoniłam do przychodni, zapisałam się tak jak mówiliśmy i dzwonię, że wizytę mam na tą i na tą godzinę czy da radę być? (Ma taka pracę, że sam sobie ustala godziny) a co on na to? "A czy mam inne wyjście?" (Oczywiście z fochem). Nosz k*****wa!!!!!! Było mówić od razu wczoraj, że nie to wymyslilabym coś innego. Nie wiem jeszcze co, ale musiałabym znaleźć inne rozwiązanie. Przecież nie wychodzę sobie dla przyjemności na szybki "shopping" do galerii, tylko do lekarza,  Już ledwo żyje. Specjalnie idę o takiej godzinie, żeby nie było kolejki i żeby szybko załatwić sprawę,  nie, focha trzeba strzelic. Naprawdę nie wyrabiam z tym człowiekiem choć nawet go nie widuje na codzień. Moja mama jest biedna, bo musi go znosić codziennie, a on im jest starszy, tym jest gorszy.
No... wygadalam się i trochę mi lepiej. Idę powiesić pranie i trochę się ogarnąć przed lekarzem.

wtorek, 6 lutego 2018

Rozłożyło nas na łopatki

Najpierw chory był Junior, później sprzedał chorobę Mężowi, a sam wyzdrowiał. Mężu odchorował swoje i też szybko wyszedł na prostą. Junior wrócił do przedszkola, a po czterech dniach obudził się w nocy z gorączką. Przez weekend  siedzieliśmy w domu z gorączką przez bite dwa dni, wczoraj poszliśmy z ciekawości do lekarza, żeby sprawdzić czy mu przechodzi. Szmery w oskrzelach. Jeszcze nie zapalenie, ale blisko. Dostał antybiotyk i mam nadzieję, że postawi go na nogi. A wczoraj po południu rozłożyło mnie. Najpierw bolała mnie głowa, ale myślałam, że przez to ze prawie całą noc nie spałam. Po południu doszła powódź z nosa, ból gardła i gorączka choć ja jestem gatunkiem bezgorączkowym. Nie pamiętam kiedy miałam ostatnio. Trzęsłam się tak, że nie byłam w stanie się przykryć. Dziś na szczęście jest o niebo lepiej. Jednym słowem sezon chorobowy w pełni.

Poza tym wszystko ok. Mniejsza bryka, ja wreszcie posegregowalam ubranka po Juniorze i o dziwo większość ubranek do mniej więcej roku wykorzystamy, bo są całkowicie neutralne. Trzeba tylko dokupić trochę dziewczecych wyjściowych rzeczy i tyle. Muszę jeszcze zrobić listę pozostałych rzeczy do kupienia i tyle. Będziemy mogli spokojnie czekać. Mam wrażenie, że ostatnio czas zdecydowanie przyspieszył, mniej więcej od 20 tc. Teraz mamy już 24 tc. Z Juniorem chyba tak szybko mi nie leciało. Ale wtedy nie miałam tego małego absorbujacego zabijacza czasu 😜

środa, 24 stycznia 2018

Domowa codzienność we dwoje... a właściwie we troje 😜

Zostawiłam Juniora w domu do końca tygodnia. Nie jest chory, ale brało go przeziębienie i wolałam go wyleczyć zanim coś się z tego rozwinie, zwłaszcza, że za tydzień ma imprezę w przedszkolu. Szkoda by było, gdyby go ominęła. I tak dzis siedzimy razem. Malowalismy już farbami, graliśmy w planszowki, zrobiliśmy obrazek z plasteliny i zaczęliśmy gotować obiad. Juniora roznosi energia, ale na szczęście znajduje sobie zajecie i póki co nie było mojego ulubionego "nudzi mi się" 😜
Dostałam od kuzynki przepis na pyszne ciasteczka i jutro będziemy piec 😁 ciekawe jak nam wyjdą.

Wczoraj tak sobie liczyłam i wyszło mi, że przez ostatnie dwa miesiące przeczytałam 11 książek. Nieźle. Ostatnią skończyłam przedwczoraj i czuję się jak narkoman na głodzie, bo chwilowo nie czytam żadnej. Zostały mi dwie nowe książki na półce i dwa e-booki. A później będę musiała brać się za powtórki tego, co czytałam już dawno. No chyba, że w moje łapki wpadnie coś nowego 😜 jakiś czas temu pisałam wam, że bardzo spodobały mi się książki Charlotte Link i zdanie to podtrzymuję. Przeczytałam już prawie wszystkie jej książki, zostały mi tylko dwie (to właśnie te e-booki) i bardzo mi szkoda, że więcej na razie nie ma. Mam nadzieję, że niedługo napisze coś nowego 😜

Dziś udało mi się też wreszcie uporządkować papiery, które czekały na mnie już dość długo. No ok, prawie to zrobiłam, bo część z nich czeka aż Mężu wróci z pracy, bo musi mi powiedzieć co mogę już wyrzucić, a czego bedzie potrzebował. Ale większość już za mną.
Jutro chcę przeglądać ubranka Juniora i wybrać to co będziemy mogli wykorzystać dla Malutkiej. Myślę, że będzie tego całkiem sporo, przynajmniej na początek, bo Junior miał sporo ubranek w neutralnych kolorach, więc na dziewczynkę też będą pasować.
Wybór imienia idzie nam jak krew z nosa. Jak ktoś coś zaproponuje, to ten drugi mówi, że nie bo mu się kojarzy z kimś albo mu się nie podoba i wracamy do punktu wyjścia. Było już kilka opcji, ale przy żadnej z nich nie czułam, że to jest TO imię. Dziś zrobiłam listę imion, których nie braliśmy jeszcze pod uwagę, ale które mi się podobają, może coś wybierzemy. Jakoś nie potrafię ciągle mówić Ona albo Malutka 😁 chcę, żeby miała imię. Z Juniorem było łatwiej, bo imię wybraliśmy jeszcze zanim w ogóle zaszłam w ciążę, więc nie było żadnego problemu. A może wy macie jakieś propozycje? Są tylko dwa warunki - imię ma być zwykle i w miarę krótkie. Ciekawe jakie macie pomysły 😁


piątek, 19 stycznia 2018

Nie porwalo nas i rozwiązanie zagadki 😉

Powiem Wam, że wczorajsza wichura napędziła nam niezłego stracha. Mieszkamy na bardzo otwartej przestrzeni i każdy wiatr jest u nas bardzo odczuwalny, a takie wichury brzmią jak jakiś armageddon. Na zewnątrz huczało, więźba dachowa trzeszczała od naporu wiatru, a ja mało zawału nie dostałam jak tego słuchałam. Mężu rano posprawdzał wszystko, ja też obeszlam cały dom trzy razy, ale całe szczęście jest ok. U sąsiadów widzę siedzą na dachu i coś poprawiają. Nie lubię takiej pogody. Junior wybrał najlepszą strategię i całą akcję przespał. W sumie dobrze, bo to taki panikarz, że głowa mała. Gdyby jeszcze doszło nam jego cudowanie, to byłby bardzo ciężki wieczór 😜 na szczęście jak obudziłam się o 2 w nocy już nie wiało, teraz też spokój, pada za to bardzo mokry śnieg, który pewnie się roztopi i zostanie tylko błoto. Cudownie.

A ja właśnie gotuję ziemniaki. Kuchnia serwuje dzis pierogi ruskie na specjalne zamówienie chłopaków. Odkąd skończył się mój areszt obudził się we mnie instynkt kuchary 😜 właściwie ja zawsze lubiłam gotować, ale jak się wraca z pracy o 16:30, człowiek zmęczony i głodny to zazwyczaj robiłam coś na szybko, a jakieś bardziej konkretne dania zostawiałam na sobotę. Teraz mam czas, więc wyskakuję sobie na zakupy i eksperymentuję 😁 robię potrawy, których nigdy nie robiłam i o dziwo nawet mi wychodzą. Ostatnio pierwszy raz robiłam rolady śląskie. Wyszły niczego sobie. A i Mężu wygląda na zadowolonego 😁 tylko Junior marudzi, bo ciągle coś mu nie pasuje, ale do tego już się przyzwyczaiłam i jednym uchem wpuszczam, a drugim od razu wypuszczam 😜

No, a teraz punkt kulminacyjny programu. Pora uchylić rąbka tajemnicy, bo już wszystko jasne 😉 Jak wiecie byłam w środę u Doktorka. Ostatnio ledwo chodzę, bo bolą mnie pachwiny i okazało się,  poluzowaly mi się jakieś łączenia i chrząstki. Powiedział, że tak jak jest teraz to nic groźnego,  musimy monitorować. No i będzie boleć. I boli.  Na szczęście mamy już z górki. Miałam USG połówkowe, więc wizyta trwała ponad pół godziny. Doktorek pomierzył wszystkie organy, wykluczył wszystkie potencjalne wady, które byłby w stanie wykryć i wszystko jest prawidłowe. Po krwiaku też nie ma śladu, więc odetchnęliśmy z wielką ulgą. I zlecił mi moje ulubione badanie - test obciążenia glukozą. Bleeee... na samą myśl dostaję gęsiej skórki. No i Pędraczek w końcu ujawnił kim jest. Zdania w rodzinie i wśród znajomych były bardzo podzielone. Jedni obstawiali chłopca, inni dziewczynkę. Ja na początku obstawiałam dziewczynkę, później byłam przekonana, że to chłopczyk. I jak myślicie zgadłam? A no nie zgadłam. Tadam tadam... to dziewczynka 😁 przyznaję, zaskoczenie było spore, ale bardzo się cieszę. Z chłopczyka też bym się cieszyła. Najbardziej baliśmy się reakcji Juniora, bo on marzył o bracie, ale o dziwo na wieść o siostrze powiedział tylko "aha" i po sprawie. I też się cieszy. W sklepach wybiera dla niej zabawki, kaszki i generalnie jest zadowolony 😁 ufff. Co do imienia to będzie problem, bo każdy ma inny pomysł, ja osobiście nie mam żadnego, więc trzeba będzie coś wymyślić.

Ok, lecę robić farsz. Miłego weekendu 😁

czwartek, 11 stycznia 2018

Grunt to dobra organizacja

Muszę wam powiedzieć, że strasznie mnie rozleniwiło to moje L4, zwłaszcza na tym etapie leżącym. Wtedy wiadomo musiałam leżeć i pachnieć, bo nie wolno mi było robić nic innego. Siła wyższa. Później były święta, więc też czas maksymalnego rozluźnienia, między świętami a Nowym rokiem, a także w kilka pierwszych dni tego roku mieliśmy trochę do ogarnięcia, więc wypoczywać za bardzo się nie dało. Ale w końcu nadszedł ten tydzień, chłopaki odesłani do pracy i do przedszkola, a ja wreszcie mam upragniony spokój przez kilka godzin. Ale... w poniedziałek nie potrafiłam się w tym odnaleźć. Nie umiałam zorganizować sobie dnia w taki sposób, żeby go całkowicie nie zmarnować. I tak zaczęłam robić kilka rzeczy, ale niewiele z nich skończyłam, a wieczorem miałam wyrzuty sumienia, że bez sensu przebimbałam tyle godzin. We wtorek musiałam wyskoczyc na chwilę do pracy, żeby wytłumaczyć coś koleżance, która mnie zastępuje, więc ten dzień trochę był już bardziej poukładany, a później przeczytałam wpis Ani z viva la życie i jakby , ktoś zapalił światło. Lista rzeczy do zrobienia na dany dzień. No jasne, dlaczego na to wcześniej nie wpadłam?? W pracy funkcjonuję własne na takiej zasadzie. Mam swój kalendarz, w którym zawsze piszę listę rzeczy do zrobienia w danym dniu i po kolei odhaczam to, co już zrobiłam. I to się zawsze sprawdza, bo nie umykają mi różne drobiazgi. I za rada Ani wczoraj zrobiłam sobie taką listę od razu do piątku. Wczoraj zrobiłam wszystko co zaplanowałam i bardzo dobrze się z tym czułam. Lista rzeczy na dzis już czeka i aż chce mi się zabierać za to co mam zrobić, bo mam niesamowitą satysfakcję z tego kiedy lista zaczyna się kurczyć. Jasne, że mam też czas na zwykle leniuchowanie, przecież muszę korzystać póki mam taką możliwość. Ale teraz mam pewność, że dzięki dobremu planowi wreszcie zrobię np porządek w dokumentach, który odkładam już zdecydowanie za długo. Albo uzupełnię album Juniora. Albo przejrzę jego ubranka, bo znowu wyrósł z mnóstwa rzeczy. I tak dalej... także wracam na swoje tory i bardzo mi z tym dobrze.

A tymczasem dotarliśmy do półmetku ciąży. Jestem teraz w połowie 20 tygodnia i można powiedzieć, że mamy już z górki. Maluch coraz śmielej sobie poczyna w brzuchu, brzuch też rośnie. W sumie myślę, że jak na 5 miesiąc mam ten brzuch całkiem spory. Moja koleżanka jest teraz w 8 miesiącu i ma niewiele większy 😜 nic złego się nie dzieje, dobrze się czuje, choć czasem czuje się strasznie ciężko. Przy myciu zębów wyglądam jak wampir, bo krwawia mi dziąsła, ale jest ok. No i w kościele płaczę na kolędach 😁 w środę wizyta u Doktorka, usg połówkowe i może dowiemy się co tam Pędrak chowa między nóżkami 😜

A jeszcze powiem wam tylko jaj było na kolędzie. Byliśmy w szoku. Z poprzednim księdzem była to wizyta na zasadzie wpaść, odklepać modlitwę, zawinąć kopertę i w długą. Rok temu był u nas dokładnie 4 minuty. Sprawdzałam 😜 Nowy ksiądz przyszedł z uśmiechem na twarzy, na spokojnie, rozmowa na luzie i bardzo sympatyczna, Junior dostał smakołyki, czym ksiądz ostatecznie go kupił. Siedział 15 minut i naprawdę byliśmy mile zaskoczeni, że tak może wyglądać kolęda.
Dobra koniec gadania, czas zebrać się w sobie i realizować listę 😜  miłego dnia.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Bezsenność nie w Seattle

Tak, dopadła mnie małpa. Prawie tydzień mało co śpię w nocy. Cały dzień chodzę zmęczona, a że w dzień w życiu na zasnę, po południu jestem ledwo żywa jak zombie, a jak przychodzi pora spania to koniec. Po spaniu. I nie mogę zasnąć. A jak już zasnę, to budzę się po dwóch, góra trzech godzinach i przewracam się z boku na bok. A później od nowa. Zmęczona już jestem jak nie wiem, ale nie mogę nic na to poradzić. Znacie dobry sposób, żeby spać normalnie?

Kolędę dziś mamy. Ciekawe co to za ksiądz przyjdzie. Ciekawe, bo nowy jest i nie wiemy jak to u niego wygląda. Długo pewnie nie zabawi, bo zaczyna od nas, a ma do zaliczenia sporo  domów. Także zobaczymy. Dobrze, że już dziś przyjdzie, będziemy mieć z głowy.
Powiem Wam, że ostatnie dwa tygodnie mieliśmy na mega obrotach. Ruszyliśmy z kopyta do realizacji planu "kończymy chałupę" i jesteśmy na dobrej drodze. Jeździliśmy po sklepach (ikea rządzi 😁), kupowalismy, skręcalismy, ustawialismy, a później sprzatalismy. Ale efekt jest mega. Mogę śmiało powiedzieć, że efekt przeszedł moje wyobrażenia. W pewnym momencie myślałam, że wyjdzie kaszana i że to nie ten kierunek, który chciałam, ale Mężu się uparł i trzymał się twardo pierwszej wersji i dobrze, bo wyszło super. Góra prawie skończona, zostało założyć listwy i jedne drzwi zrobić, bo muszą być na zamówienie, ale to może w przyszłym miesiącu. No i kilka drobnych rzeczy na zewnątrz jak przyjdzie wiosna. I wreszcie usiądziemy na doopce. Po 3,5 roku mieszkania 😜 także jest dobrze.
Miałam wziąć zaraz psa i iść na dluuugi spacer, ale po pierwsze primo pogoda dzis do bani, a po drugie primo muszę trochę dom ogarnąć na tego księdza, więc spacer taki raczej symboliczny będzie, bo później po Juniora do przedszkola. Także kończę, bo trzeba ruszyć zadek do roboty. Już prawie 10, a ja w lesie. Miłego dnia.

środa, 3 stycznia 2018

I mamy 2018 rok

Powiem Wam, że nie mam pojęcia kiedy tren 2017 rok minął. Wydaje mi się jakby dopiero był tamten Sylwester, a tu minął już kolejny. Jak siedziałam jeszcze w areszcie domowym zanim lekarz pozwolił mi wychodzić z domu zrobiłam sobie w głowie małe podsumowanie tamtego roku i pierwszy raz od dwóch lat bilans wyszedł mi na plus. I to zdecydowanie na plus.
 Po pierwsze dobrze zaaklimatyzowalam się w nowej pracy, jestem tam doceniana, dostałam wreszcie umowę na stałe i jestem naprawdę bardzo zadowolona.
Po drugie Junior zdecydowanie mniej chorował i chyba powoli nabiera odporności. To dobrze, bo wcześniejszy rok minął nam pod znakiem ciągłych chorób.
Po trzecie jakoś tak w miarę spokojnie było pod względem kłótni i z mężem i z rodzicami. Nie mówię, że nie było żadnych spięć, bo były, ale jakieś takie w miarę nieszkodliwe.
Po czwarte roboty przy domu jest coraz mniej. W sumie zostały trzy rzeczy do zrobienia i będzie można wreszcie usiąść na dupce i cieszyć się odpoczynkiem.
Po piąte udało mi się przełamać i wrócić do pisania. Okazało się, że brakowało mi tego bardziej niż podejrzewałam. I cieszę się, że wróciłam.
No i po szóste i najważniejsze czekamy na Pędraczka. Mimo miesiąca strachu i obaw udało się przetrwać i teraz w miarę możliwości na spokojnie czekamy na malucha. Choć jakiś niepokój cały czas bedzie dopóki Pędrak cały i zdrowy nie opuści mojego brzucha.
Z minusów doliczylam się w sumie tylko jednego. Przed ciążą niestety przybyło mi kilka nadprogramowych kg. Nie chodzi o to, że jakos monstrualnie sie zapaslam, ale generalnie nie zakladalam takiego rozwoju wypadków. No cóż po porodzie trzeba będzie ostro wziąć się za sobie i tyle 😜
A jakie plany na 2018?
Właściwie tylko trzy - szczęśliwie urodzić, później schudnąć i skończyć wreszcie chałupę 😉
No i pisać... 🙂
Szczęścia w Nowym Roku wam życzymy!!!