poniedziałek, 11 grudnia 2017

Jest dobrze

Od wizyty w szpitalu minęły już prawie dwa tygodnie. Jest dobrze. Przynajmniej tam myślę. Od tamtej pory nic się nie działo. Trzy razy dziennie biorę leki i mam nadzieję, że pomagaja i że wszystko wróci do normy, a my do normalnego rytmu. Staram się leżeć ile się da, od czasu do czasu wstaje na trochę bo boli mnie już każda pojedyncza kosteczka, ale zawzielam się i choćbym miała leżeć do końca to damy radę. Za 9 dni wizyta u Doktorka i dowiemy się jak się sprawy mają.
Powiem Wam, że przez tą cala sytuację zrozumiałam dokładnie co to znaczy, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Rodzice i babcia wiadomo dzwonią codziennie zapytać co tam. Teściowa tradycyjnie na wszystko w doopie, nawet mnie to nie zaskoczyło, choć zastanawiam się jak można być taka zimna osoba. Ale cóż jej wybór. Mam za to taka przyjaciółkę, którą znam od dziecka. Różnie między nami bywało. Najpierw byłyśmy nierozlaczne, później miałyśmy bardzo poważny kryzys i nasza przyjaźń zawisła na włosku. Wydawało się, że wszytko runie z hukiem, ale jakoś przetrwalysmy i powoli odbudowalysmy wszystko kamyk po kamyku. Co prawda teraz nie spotkamy się tak często jak kiedyś. Wiadomo dzieci, praca, dom, ale cały czas jesteśmy w kontakcie. I to właśnie ona codziennie dzwoni i pyta czy wszytko ok, dotrzymuje mi towarzystwa wirtualnie, a trzy razy wpadla w ciągu dnia z babeczkami i z pomaranczami ot tak na chwilę. I powiem wam, że to dla mnie prawdziwa przyjaźń. Nie taka lukrowana, tylko taka, na którą można liczyć własne w takich chwilach.

Oprócz tego przygotowana do świąt zaczynają nabierać intensywnosci. Zamówiłam dziś prezent pod choinkę da Męża, dla Juniora szukam jakiejś fajnej gry i jakiegoś drobiazgu. Nie mam jeszcze konkretnego pomysłu, ale w tym tygodniu trzeba ogarnąć temat prezentów dla wszystkich. W sobotę chłopaki wybierają się po choinkę i wtedy już naprawdę poczujemy święta. Żeby tak jeszcze choć trochę śniegu spadło... szkoda, że na to nie mamy wpływu.

A ja w międzyczasie czytam. Czytam, czytam i czytam. Kończę właśnie trzecią książkę, jak już ja przeczytam napisze post o tym swoich wrażeniach z ostatnich książek. Może pod choinkę dotrze jakaś świeża dostawa pachnących nowością czytadel? Mikołaju, poproszę 😉

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Niespodziewanie...

Posta na telefonie pisałam tylko raz z porodowki, ale tamten był krótki, więc szybko poszło. Teraz będzie nieco dłużej, ale damy radę.
Czy ja ostatnio coś wspominałam, że u nas ciągle coś się musi dziać i że oddam królestwo za spokój? Otóż podtrzymuję to w całej rozciągłości. Co się zmieniło od ostatniego wpisu? Hmm sporo. Junior już zdrowy śladu nie ma po bostonce i poszedł dziś wreszcie do przedszkola, a już kota w domu dostawał, a my razem z nim. A jak poszedł do przedszkola, to i ja mam trochę spokoju. Jak to? A tak to, że całkiem niespodziewanie wylądowałam na przymusowym L4. We wtorek wieczorem gnaliśmy prawie na sygnale do szpitala z krwawieniem. Wszystko przez cały czas było ok, Junior u dziadków, my obejrzeliśmy ostatni odcinek Diagnozy, po nim poszłam do łazienki siku, umyć się i miałam iść spać. I dobrze, że zachciało mi się siku, bo nawet nie wiedziałabym, że krwawie, bo kompletnie nic nie czułam, ani nic mnie nie bolało. A krwi było sporo. W 3 minuty byliśmy w aucie, po kolejnych 7 pod szpitalem. Mężu po drodze złamał wszystkie przepisy, ale byliśmy szybko na miejscu. Na szczęście mój lekarz miał akurat dyżur. Szybko wziął mnie na usg i uspokoił, że z maluchem wszystko ok, żebym się nie denerwowala. Zrobił mi się krwiak, stad to krwawienie. Dostałam leki, zwolnienie do świąt i zalecenie - leżeć plackiem, wstawać tylko do toalety. No to leżę. Na szczęście od tamtej pory nic się nie dzieje i każdy spokojny dzień jest dla nas teraz na wagę złota. Doktorek mówił, że krwawienie mogę jeszcze wrócić, ale generalnie jest dobrej myśli. I tego się trzymam. Musi być dobrze. Będziemy leżeć ile będzie trzeba. Mężu przejął wszystkie moje zajęcia, Junior na szczęście jest wyrozumialy, więc jakiś damy radę. Rano teleportuje się do salonu, gdzie uwilam sobie już całkiem niezłą bazę, a wieczorem wracam na górę do sypialni. I mam taka schize, że co chwilę chce biegać do łazienki i sprawdzać czy wszystko ok. Także tego... czy już mówiłam, że oddam królestwo za spokój? Mówiłam? No to powtarzam. Trzymajcie za nas kciuki.

wtorek, 28 listopada 2017

Trzecie wieści od Pędraczka i nieproszony "gość" z Hameryki...

Powiem tak... u nas chyba zawsze musi się coś dziać, inaczej byłoby nudno. Ale ja naprawdę za taką nudę wiele bym oddała. Piątek rano w pracy - koleżanka przysyła smsa, że nie przyjdzie, bo jej syn jest chory - jelitówka. Czekała mnie kupa roboty swojej, jeszcze więcej jej, a po drodze szkolenie, na którym MUSIMY być. A w perspektywie wizyta u doktorka prawie zaraz po pracy. Cudownie. Przez większość dnia biegałam na maksymalnych obrotach, żeby ze wszystkim zdążyć, ale koło 14 wyczerpały mi się bateryjki i stwierdziłam, że pierdzielę - nie robię. Ile zdążę, tyle zdążę. Reszta poczeka.
14:30 - telefon od babci, że Junior mówi, że głowa Go boli. Gorączki nie ma, ale jakiś taki nieswój jest.
14:45 - telefon od babci, że Junior śpi. No super, wiem jak wygląda jego wybudzanie z głębokiego snu, więc już mi słabo na samą myśl. A nie ma czasu na sentymenty, bo przecież lekarz.
16:15 Przyjeżdżam do babci - dalej śpi. Na szczęście dobudził się w miarę szybko i bez problemu, więc odetchnęłam z ulgą. Mówił, że już się dobrze czuje, więc tym bardziej odetchnęłam. Zapakowaliśmy się do auta i jazda do domu. W domu znowu biegiem, żeby się ogarnąć przed lekarzem, z Mężem minęliśmy się w drzwiach i pognałam do Doktorka. Na miejscu 1 godzina opóźnienia. Spoko, będzie czas odpocząć. U Doktorka na szczęście bezproblemowo. Pędraczek ma 6,3 cm długości i jest bardzo ruchliwy. Doktorek musiał się nieźle nakombinować, żeby go zbadać i zmierzyć. Już już miał w miarę dobry i wyraźne ujęcie z dobrze ułożonym Pędrakiem, a ten nagle myk spod głowicy- i już Go nie ma :) i tak kilkanaście razy. Na szczęście wszystko jest ok, rozwija się prawidłowo i oby tak dalej. Oficjalnie wkroczyliśmy już w II trymestr, więc i ja powinnam się już o niebo lepiej czuć przynajmniej przez kilka miesięcy. Teraz dopada mnie tylko senność o każdej porze dnia i nocy i coraz trudniej jest mi z nią walczyć. Zwłaszcza w pracy, gdzie nie dość, że nie można się zdrzemnąć, to jeszcze trzeba pracować :P Kto to wymyślił? :P No, ale wracając do tematu... Doktorek pomierzył Pędraka, zbadał mnie, przeanalizował wyniki i przepisał antybiotyk na te nieszczęsne bakterie. Reszta wyników książkowa :) W domu byłam przed 19. Junior brykał jak zwykle, więc już całkiem się uspokoiłam, ciśnienie ze mnie zeszło, wreszcie coś zjadłam i spokojnie usiadłam.
20:40 - Junior śpi
20:45 - "Mamaaa..."
21:05 - Junior śpi
21:08 - "Mamaaaa... nie mogę zasnąć".
W końcu poszłam się umyć i położyłam się spać razem z Nim i wreszcie spokojnie spał aż do rana.
Sobota, 07:00 - "Mama, wstajeeemyyyy..." Junior siedział nade mną wesolutki jak skowronek i strasznie mi ulżyło, że wszystko z nim ok, a już się bałam, że coś go rozkłada. Ale zaraz, co |On ma na rączce? jakieś krostki, chyba uczulenie.
07:20 - takie same krostki wokół ust. NOSZ &*()_$*%(%*^)$*#(%(#)%(#%*# !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Jak w mordę strzelił bostonka... Słyszałam o tym parchu jeszcze jak Junior był malutki, córka koleżanki to wtedy miała. Poczytaliśmy na internetach - nic się nie podaje oprócz syropu na zbicie gorączki w razie potrzeby i coś przeciwwirusowego. Spoko, wszystko mamy. ALE UWAGA - choroba jest bardzo zaraźliwa i szczególnie niebezpieczna dla kobiet w ciąży. No ja ... dobra, nie będę kląć. Szybki telefon do mojego Doktorka - zalecenie: trzymać się z daleka od Juniora. Telefon do Dziadków - przywozić jak najszybciej. A ja całą sobotę przepłakałam, bo jak to tak?? Mój Synuś jest chory, a ja go oddałam? Co ze mnie za matka? I tak cały dzień w ten deseń. Junior zachwycony, bo przymusowe "wakacje" u Dziadków są Mu jak najbardziej na rękę. Tym bardziej, ze dobrze się czuje, nie ma gorączki i szaleje jak zawsze. Wizyta u naszej pediatry tylko potwierdziła diagnozę i chwilowo żyjemy na dwa domy - Junior tam, a my u siebie. Jutro po południu wraca, a my tęsknimy jakbyśmy Go nie widzieli przynajmniej miesiąc.
Także tak nam minął weekend. Królestwo za spokój i zwykłą nudę...
Trzymajcie się i niczego nie łapcie!!!!

poniedziałek, 20 listopada 2017

Etap pierwszy (prawie) zakończony

Moje drogie, wyobraźcie sobie, że kończymy właśnie powolutku I trymestr. Jejuuu, słyszałam, że druga ciąża mija szybciej, ale nie myślałam, że aż tak. Jestem teraz na takim etapie, którego w ciąży najbardziej nie lubię. Ten mój brzuch nie jest już taki normalny, nie jestem w stanie go wciągnąć, ale nie jest też jeszcze taki typowo ciążowy. Wyglądam bardziej jak przejedzona klucha i jak ktoś nie wie jaki jest tego powód, to raczej się nie domyśli, prędzej stwierdzi "Ale się spasła". Serio, nie mogę się już doczekać TEGO PRAWDZIWEGO bebzola. W sobotę wygrzebałam kilka ubrań jeszcze z czasów Juniorowego pobytu w brzuchu. Problem jest taki, że większość tamtego czasu przypadło na lato, a teraz na zimę, więc wykorzystam na razie tylko jedne spodnie i maksymalnie ze 3 bluzki. Te spodnie miałam jeszcze odłożyć na jakiś bliżej nieokreślony czas, ale dziś w pracy stwierdziłam, że pierdzielę, niewygodnie mi już siedzieć w takich normalnych, bo guzik mi się wpija, a nie będę przecież pomykać po firmie w rozpiętych gaciach :P Póki co ratuję się gumką recepturką :P Jeśli maj będzie ciepły, to mam jeszcze trzy superowe sukienki, ale kto to wie jak to z tą pogodą będzie. Zobaczymy. Więc wszystko wskazuje na to, że trzeba ruszyć na allegrowe łowy (chyba, że ktoś ma namiary na jakiś fajny sklep internetowy). W weekend obskoczyłam kilka H&Mów, ale nic mi się nie podobało, a na koniec stwierdziłam, że 129 zł za bluzkę, którą ponoszę przez kilka miesięcy na pewno nie dam. Więc przerzucam się na zakupy online. Coś w sam raz dla mnie, czyli dla osoby która reaguje ciężką alergią i stanami depresyjnymi na myśl o zakupach ubraniowych. Już taka moja natura... ;)

Junior pognał dziś do przedszkola jak na skrzydłach. Ja nie wiem co oni tam robią, ale jest przeszczęśliwy jak idzie do przedszkola. Tydzień temu miałam dzień wolnego i mówię mu, że zostaniemy sobie razem w domu, a on spojrzał na mnie oburzony i mówi "Jak wolne?? Ja idę do przedszkola!!" Ale ponieważ był przeziębiony to jednak został. Dobrze, że tak tam pędzi. To znaczy że jest mu tam dobrze i lubi przedszkole. Zresztą nawet dziś rano opowiadał mi, że ma tylu kolegów i tak fajnie się bawią. Dobrze, oby tak dalej. Za to o szkole nie chce słyszeć. Za każdym razem na wzmiankę o szkole mówi, że on do szkoły chodzić nie będzie, tylko będzie pracował a dziadkiem. Hmm... chciałbyś Synu :P

Pogoda u nas prezentuje dziś wszystkie możliwe opcje.Rano był mróz, że aż zęby dzwoniły po wyjściu z domu. Póżniej niby sie ociepliło, ale zaczęło wiać i padać - na zmianę deszcz i śnieg. A teraz są popielate chmury i słońce świeci jak w szczycie lata. Super. A wczoraj wieczorem mieliśmy burzę i to tak całkiem znienacka. Oglądaliśmy sobie film z Mężowatym i nagle jak nie huknie błyskawica i grzmot w tym samym momencie, aż oboje podskoczyliśmy. Dobrze, że nie oglądaliśmy horroru :P

Powiem Wam, że niedługo zacznę dopiero 4 miesiąc ciąży, a już mam lenia. W sensie, że do roboty mi się nie chce chodzić. W sumie ostatnio nawet się nad tym zastanawiałam. Jak powiedziałam szefowi, że jestem w ciąży powiedziałam mu, że postaram się być najdłużej jak to możliwe biorąc pod uwagę mój stan zdrowia. I tak najpierw planowałam sobie, że będę pracować do końca marca (termin mam na pierwsze dni czerwca), ostatecznie jednak stwierdziłam, że pobędę tu do końca lutego, jeśli wszystko będzie ok. A dziś mam takiego niechcieja, że nie wiem jak ja tu wysiedzę jeszcze 3 miesiące :P  Nie jestem typem, który biegnie na L4 od razu po zrobieniu testu (choć to też sprawa indywidualna, bo jeśli kobieta z przyczyn zdrowotnych na to L4 iść musi czy też pracuje w niekorzystnych warunkach, to bez dwóch zdań jest to jedyne logiczne rozwiązanie). W każdym razie wracając do tematu. Z Juniorem w pakiecie pracowałam do połowy 6 miesiąca, tak jak planuję teraz. A ile faktycznie wytrzymam to się okaże. Nie wiem, może to przez to, że miałam jednak prawie 5 lat mniej, albo przez jesienno-zimową pogodę za oknem, ale ciężko mi się zebrać do pracy. Najchętniej zakopałabym się w dresiku pod kocykiem z kubkiem gorącej herbatki. Ach... marzenia...

poniedziałek, 13 listopada 2017

Wieści od Pędraczka - cz. 2

W środę byłam na wizycie u Doktorka. U Pędraka wszystko ok, ma już 3,5 cm długości, serduszko pięknie bije i generalnie wszystko jest w porządku. Z moim ciśnieniem wszystko wydaje się być ok, ale i tak sama dla siebie nadal je sprawdzam. Lepiej dmuchać na zimne.Gorzej z moimi wynikami. Morfologia w porządku, wszystko w normie, gorzej z wynikami moczu, bo nie wyszły za dobre. W każdym razie mam je powtórzyć i wtedy zobaczymy co dalej. Prawdopodobnie dostanę jakiś antybiotyk i tyle. W ciąży z Juniorem było tak samo. Cały czas coś było nie tak z tymi wynikami, a morfologia była książkowa. Tym razem Doktorek pobrał mi też cytologię, więc znowu będę się stresować wynikami. Ja tak zawsze mam. Nie lubię robić takich badań, bo później siedzę i myślę jakie wyjdą mi wyniki. Ale robię, żeby nie było. Także zobaczymy na następnej wizycie. Ja ogólnie czuję się całkiem dobrze, czasem tylko boli mnie głowa i muszę się położyć, a tak to jest ok. No i jeszcze mam jedną niefajną dolegliwość, nie jest to typowa zgaga, ale taki dziwny kwaśny posmak w ustach bez pieczenia w przełyku. Nie wiem jak to dokładniej określić. Póki co nie odkryłam jeszcze skutecznego sposobu na to. Woda pomaga tylko na chwilę, soki owocowe powodują tylko mega wzrost tej kwaśności i tyle. Jeśli któraś z Was miała coś takiego i zna sposób jak to dziadostwo przegonić, będę wdzięczna za rady :))

Junior strasznie się cieszy z Malucha. Zastanawialiśmy się jak będzie reagował, ale póki co jest naprawdę super. Oby tak mu zostało jak dzidziuś już się urodzi. Junior odłożył już dla Pędraczka całe pudło swoich zabawek z "młodych" lat i co chwilę opowiada co będą razem robić itd. Super :)

A tak w ogóle to zapomniałam Wam wspomnieć, że moja przyjaciółka jeszcze z czasów dzieciństwa też jest w ciąży, tylko rodzi dwa miesiące przede mną. Także będziemy mogły sobie chodzić razem na spacerki i pewnie nasze dzieci będą chodzić razem do szkoły. Jej córka jest o 7 miesięcy młodsza od Juniora, są już z dwóch różnych roczników, więc w przedszkolu są w dwóch różnych grupach. Znają się z takich naszych spotkań, ale te drugie maluchy mają szansę na wspólną szkołę. Super :) Fajnie by było, gdyby też się zaprzyjaźniły :)

A poza tematami dzieciowymi, przez ostatni tydzień całą trójką chodzimy zasmarkani. Przyplątało się do nas przeziębienie i nie chce puścić. My z Juniorem wychodzimy już na prostą. Juniorowi już prawie nic nie jest, ja jeszcze trochę kaszlę i mam resztki kataru, ale już jest git. W porównaniu do piątku, kiedy to zdychałam całkowicie i najchętniej cały dzień bym przespała (ale, że byłam sama z Juniorem, to nie było takiej opcji), dziś już czuję się całkiem dobrze. Do następnego razu kiedy Junior przywlecze coś z przedszkola.

A jeszcze coś mi się przypomniało odnośnie Pędraczka. Wreszcie odważyłam się powiedzieć w pracy. Co prawda dwie osoby wiedziały już wcześniej i to właśnie one cały czas mi truły, że muszę powiedzieć szefom. No i w końcu się odważyłam. Na początku byli w ciężkim szoku, później mi gratulowali, a teraz się śmieją, że to będzie nasze pierwsze "firmowe" dziecko". Tak więc przecieram szlak jak jakiś pionier ;) Umówiliśmy się, że popracuję do wiosny, a w międzyczasie znajdziemy kogoś na zastępstwo, żebym miała czas tą osobę dobrze przeszkolić. No chyba, że sytuacja zmusi mnie do pójścia na zwolnienie wcześniej. Do marca chciałabym dociągnąć, ale zobaczymy jak będzie.
Miłego tygodnia! :)

środa, 8 listopada 2017

Nie mam pomysłu na tytuł :P

Kiedy minęły te 2 tygodnie od ostatniego posta to ja nie mam pojęcia. Wydawało mi się, że dopiero co pisałam, a jak spojrzałam na datę to aż się zdziwiłam.
U nas w zasadzie ostatnio niewiele się dzieje, dlatego chyba nie pisałam, ale nie chcę robić zbyt długich przerw, więc jestem ;)
W ciągu tych ostatnich dni zaliczyliśmy Mężowe urodziny. Kupiliśmy z Juniorem prezent, schowaliśmy go głęboko i czekaliśmy na TEN dzień.  Nasze dziecko pod tym względem jest prawdziwym mistrzem, bo zawsze dochowuje tajemnicy i nie pusci pary z buzi choćby nie wiem co. Tak było np. na Dzień Mamy. Kilka dni wcześniej w drodze z przedszkola kupił z babcią kubek z napisem Kocham Cię Mamo, schowali go u babci i czekali. Junior nie pisnął ani słówka, że coś dla mnie ma, więc miałam prawdziwą niespodziankę. Naprawdę go za to podziwiam, bo w sumie to jeszcze małe dziecko, a potrafi dochować sekretu kiedy trzeba :) W przeciwieństwie do swojego Taty, bo ten to zawsze albo wygada od razu, a w przypadku prezentów, wręcza je od razu po kupieniu, ewentualnie następnego dnia, bo już nie może wytrzymać :P
No ale wracając do tematu, to urodziny się udały, moje ciasto może troszkę mniej, ale gościom podobno smakowało. Albo tak tylko mówili przez grzeczność :P
Później był dzień Wszystkich Świętych i muszę Wam powiedzieć, że dla mnie jakiś dziwny był w  tym roku. To, że było zimno, to już standard i wcale mnie nie zdziwiło, ale jakoś nie odczuliśmy tej atmosfery. W tym roku jakoś zabrakło tej magii, którą tak lubię w tym święcie. Ludzi na cmentarzu było mniej niż zazwyczaj (albo tak mi się wydawało), z rodziny spotkaliśmy tylko kilka osób i to też tylko w przelocie. Może to dlatego, że sami nie byliśmy długo, bo kropił deszcz, było strasznie zimno i nie chcieliśmy przeziębić Juniora, który dodatkowo tego dnia kompletnie nie miał humoru i dawał tego wyraz na każdym kroku. Juniora nie przeziębiliśmy, ale mnie już tak :)) Tak więc kicham, prycham i generalnie jestem pociągająca. Ale jeszcze tylko jutro i będę mieć 3 dni wolnego na wykurowanie.
Junior trochę nam się rozbrykał w przedszkolu - w tym gorszym tego słowa znaczeniu i rozrabia. Wzięliśmy go w obroty, do znudzenia tłumaczymy, że tak nie wolno, aż w końcu dotrze do tej mądrej łepetynki. On wie, że źle robi. Pani potwierdza, że jak Młody narozrabia, to zaraz przytula poszkodowanego i przeprasza, ale musimy nad tym popracować bo tak nie może być. Poza tym Panie bardzo Go chwalą, ale jednak wolałabym nie wysłuchiwać skarg na Niego. To pewnie taki etap i musimy go przetrwać, ale nie możemy dopuścić do tego, żeby za bardzo się w tym zachowaniu rozkręcił, bo będziemy mieć wtedy duży problem.
Dziś mam drugą wizytę u Doktorka. Będziemy podglądać Pędraka. Ciekawe co tam u Niego albo u Niej słychać. Zrobiłam zalecone badania, wyniki idealne nie są, ale z Juniorem było podobnie, więc pewnie wyląduje na prochach, tak jak wtedy. Najważniejsze, żeby Pędrak dobrze się rozwijał, resztę przecież można przeżyć. Poza wynikami przechodziłam istną huśtawkę nastrojów. Albo wpadałam w nerwy jak któryś z moich chłopaków mnie wkurzał w domu, albo płakałam (np. jak mówiłam dwójce znajomych, że jestem w ciąży). Także pełen kalejdoskop uczuć. Najgorsze były te nerwy. Teraz już jest lepiej, ale wystarczyła iskra, ba! iskierka nawet, żebym wybuchła. Naprawdę, wszystko mnie wyprowadzało z równowagi i wcale dobrze się z tym nie czułam. Z innych rzeczy to rzygać nie rzygałam, ale mdliło mnie 24 godz / dobę. Straszne uczucie, ale w sumie gorszy był kwaśny posmak w buzi, praktycznie co chwilę i nic na niego nie pomagało. W końcu kupiłam sobie siemię lniane i piję codziennie i niby jest trochę lepiej. Oby jak najdłużej. Jednak to prawda co mówią, że każda ciąża jest inna :) I wiecie co? To dopiero 10 tydzień (lub 11 wg kalendarze, dziś się okaże), a ja już się nie dopinam w dżinsy. Czy to prawda, że w drugiej ciąży brzuch pojawia się szybciej??

środa, 25 października 2017

Dzisiaj krótko...

... bo jak nie napiszę teraz, to znowu zapomnę :P
Przez imprezą urodzinową Juniora wczytałam się dokładnie w przepis na tort. Tort składa się 6 placków, każdy w innym kolorze. No i tak się zastanawiałam w czym ja tyle tych placków upiekę. Mam jedną tortownicę i nie uśmiechało mi się wstawiać jej 6 razy do piekarnika, za każdym razem na 20 minut plus czas na wyjęcie gorącego placka i wlanie kolejnej porcji ciasta, bo nie skończyłabym chyba do północy. W przepisie była opcja użycia takich jednorazowych aluminiowych foremek. Myślę sobie czad, porozkładam wszystko osobno i będę wkładać kilka na raz do piekarnika. Jak dla mnie bomba. Tylko pojawił się problem - gdzie ja to cholerstwo kupię. Zaczęłam od dwóch małych sklepików - nie ma. Objechałam dwa tesca, polo market i dwie biedronki - nie ma. Został mi tylko kaufland - dzięki Bogu były. Wzięłam tyle, ile było mi trzeba, zapłaciłam - jedziemy do domu. Zatrzymaliśmy się na światłach. Czekamy, czekamy... aż tu nagle rzucił mi się w oczy napis nad wejściem do jednego ze sklepów. Oczom nie wierzyłam, więc mówię do Męża, żeby mi to przeczytał, bo nie wiem czy mam zwidy czy jak. Przeczytał, nie chce wyjść inaczej. Jaki to napis? "Karp żywy"... 12 października.... Ok, myślę sobie co kto lubi, może ktoś zamierza hodować zwierzątko w wannie przez 2,5 miesiąca. Jedziemy dalej. Następne światła. Reklama w radio - "Zapraszamy na koncert kolęd i pastorałek...".......aha........ Przez kolejnych 10 minut jazdy do domu czekałam tylko kiedy zagrają "Last Christmas" :))) Ale spoko, zacznie się w przyszłym tygodniu po Wszystkich Świętych ;)

Miłego popołudnia!

wtorek, 24 października 2017

4 lata minęły...

W minioną sobotę Junior skończył 4 lata. Niesamowite to jest. Wiem, że często to powtarzam, ale naprawdę nie mam pojęcia jak to możliwe, że to tak szybko minęło. Przez ostatni rok zmienił się niesamowicie. Stał się bardziej otwarty na przygody i inne dzieci, ma tak bogate słownictwo, że niejeden dorosły mógłby się on Niego uczyć (swoją drogą nie wiem gdzie on to wszystko łapie). I stał się małym dużym chłopcem. To już nie taki mały dzidziuś, ale chłopczyk, świadomy tego co go otacza i chłonący każdy najdrobniejszy szczegół.

Świętowaliśmy oczywiście w sobotę. Tym razem tort robiliśmy sami, bo trochę zaspałam i za późno się za ten temat zabrałam. W efekcie wszystkie sprawdzone miejsca nie miały już dostępnego terminu. No więc co było robić. Zakasałam rękawy i zrobiłam mu tort sama. Pierwszy raz w życiu :P Serio. Robiłam już różne różniste ciasta, ale tortu jakoś jeszcze nigdy. No ale zawsze musi być ten pierwszy raz, co nie? Nie był może jakimś majstersztykiem cukiernictwa, ale Juniorowi się podobał. Bo to nie był zwykły tort, tylko rainbow cake :) Junior był już zachwycony jak zobaczył 5 kolorowych placków czekających na przełożenie masą, a jak dmuchał świeczki, poinformował wszystkich wszem i wobec, że "On jest kolorowy w środku!!!" :) W każdym razie tortowy debiut za nami. Za rok może wyjdzie lepiej :P Junior zebrał mnóstwo książek i teraz co wieczór mamy seans czytania nowych opowieści. A że teraz został fanem Neli małej reporterki, więc co wieczór podróżujemy po świecie. Nie powiem, samej mi się to podoba, bo lubię tego typu książki. No chyba, że dane opowiadanie czytamy po raz 28, to wtedy już nieco irytujące i czytam trochę automatycznie :P Ale generalnie jest git. Oczywiście zabawki też były, bo mnie cieszy już trochę mniej, bo wiadomo - więcej zabawek = mniej miejsca. Ale co poradzić. Taki wiek.

Nasz plan poinformowania o Pędraczku w tym dniu nie wypalił, bo była u nas jedna osoba, której na razie nie chcieliśmy wtajemniczać, więc udawałam, że piję szampana, a tak naprawdę moczyłam usta (choć nie powiem, jęzor wisiał mi do podłogi :P) i udawałam, że zapach kawy to dla mnie poezja smaku :))) Tak więc powiedzieliśmy w niedzielę. Znaczy Junior załatwił za nas sprawę, bo powiedzieliśmy mu przed wyjściem z domu (skakał i cieszył się jakby dostał najbardziej wypasiony traktor z wodotryskiem), a później po kolei wpadał do Dziadków i od progu wołał "Będę miał Dzidziulka!!" . A Dziadkowie jakby się wszyscy zmówili skwitowali wiadomość pełnym ulgi "No nareszcie!". Spoko :)

Pędrak póki co chyba ma się dobrze. Dopóki Go nie czuję ciężko mi to stwierdzić, ale nic nie wskazuje na to, żeby coś miało być nie tak. Mdli mnie niesamowicie (zwłaszcza jak jestem głodna), biust rośnie na potęgę (to akurat jest fajne ;) ). Kolejną wizytę u Doktorka mam za 2 tygodnie. Chciałabym, żeby to było już, bo jakoś lubię te ciążowe wizyty, ale nie da się teleportować w czasie. Zresztą muszę jeszcze zrobić wszystkie zlecone badania, a jakoś mi z tym nie po drodze. Pójdę pod koniec tygodnia albo najpóźniej w poniedziałek, żeby zdążyć. Najbardziej nie lubię tego latania z "kubeczkiem" do laboratorium. Nawet pobieranie krwi byłabym skłonna uznać za przyjemność, ale "kubeczek" to moja zmora. No, ale co zrobić. Trza się poświęcić dla dobra sprawy ;)

A jeszcze na koniec muszę się Wam pochwalić, że Kurczątko moja malutkie wczoraj było pierwszy raz w teatrze. Samo. No tak nie całkiem samo, bo z przedszkolem, ale w sensie, że bez nas. I jest zachwycony. A najbardziej podobało mu się, że drugie śniadanie jedli w autobusie... :))))
Kurtyna ;)

czwartek, 12 października 2017

Pierwsze wieści od Pędraczka

Wczoraj byłam na pierwszej wizycie u lekarza. W sensie nie że pierwszej w ogóle, tylko pierwszej potwierdzającej istnienie Pędraczka :) No więc jest, umościł sobie wygodne gniazdko w moim brzuchu i grzecznie w nim siedzi. Jest nieco młodszy niż wskazywałby na to termin ostatniej miesiączki, bo według USG ma 6 tygodni, a wg miesiączki 7. Wszystko wskazuje na to, że owulacja nieco mi się opóźniła, stąd niespodzianka w postaci pojawienia się Pędraka i jego młodocianego wieku ;) Ma całe 2,5 mm, więc jest maleńki, ale mimo to pięknie bije mu serduszko. Od razu zauważyliśmy je na ekranie z doktorkiem. Jedynym zgrzytem podczas całej wizyty okazało się moje podwyższone ciśnienie. Norma przekroczona co prawda niewiele, ale jednak przekroczona. Dostałam zalecenie łykania witamin dla przyszłych mam i regularnego mierzenia ciśnienia, żeby sprawdzić czy ten skok był jednorazowy z wrażenia po USG i ogólnie po badaniu czy może mam coś nie halo z ciśnieniem i wtedy będę musiała iść na konsultację do kardiologa. W każdym razie teraz muszę kupić jakiś porządny ciśnieniomierz i regularnie się mierzyć i pilnować lekkostrawnej diety - gotowane warzywa, chude mięso, ryby, duuuuuużo wody, zero słodyczy i kawy. Z tymi dwoma ostatnimi problemu nie będzie żadnego, bo mnie już odrzuciło. Sama jestem w szoku, bo nie mogę patrzeć na czekoladę. Junior ostatnio dał mi gryza Prince Polo i myślałam, że padnę, takie było słodkie. No i standardowo dostałam całą listę badań do zrobienia. Znowu się zacznie bieganie do laboratorium ;)
Poza tym wszystko jest w jak najlepszym porządku. Ja się czuję dobrze, nie licząc popołudniowych mdłości i rozciągania macicy. No i zaczyna mi się chcieć spać. Póki co jest trochę inaczej niż z Juniorem, bo wtedy muliło mnie zwykle rano, maksymalnie do 11, a teraz zaczyna około 13 i muli do około 16-17. Całe szczęście, że nie rzygam (póki co). No i zaczyna chcieć mi się spać. Z Juniorem usypiałam o 18, spałam do 21, później wstawałam tylko po to, żeby się wykąpać i iść spać :P Teraz kryzys mam około 14-15 i co najgorsze jestem wtedy w pracy! :)) Więc spać nie bardzo mogę. Jednak to prawda, że każda ciąża jest inna, a to dopiero początek ;)

A jeszcze Wam opowiem jak to w ogóle było z tym Pędraczkiem. A było inaczej niż z Juniorem, bo wtedy wiedziałam od pierwszej sekundy, zanim jeszcze ten jeden jedyny plemnik osiągnął cel, że to już! Tym razem nie spodziewałam się kompletnie.
Miesiąc wrzesień mijał sobie jak zwykle, jak każdy inny. 20 powinnam dostać okres, który jednak się nie pojawił. Nie przejęłam się tym zbytnio, bo ostatnio miałam jakieś zawirowania w cyklu i czasem był regularny, a czasem nie, więc stwierdziłam, że dostanę za kilka dni. Minął jeden dzień, drugi, trzeci piąty, a tu dalej nic. Po tygodniu zaczęłam się zastanawiać czy to czasem nie TO, ale z obliczeń wychodziło mi, że niemożliwe. Aż do pewnego dnia, kiedy myślałam, że biust mi eksploduje z bólu. To był tylko jeden dzień, ale już taka pewna nie byłam. Kiedy po dwóch tygodniach nadal nie było okresu, postanowiłam jednak zrobić test. To był czwartek, Mężu akurat był wtedy na wyjeździe służbowym, wracał następnego dnia. Junior akurat oglądał bajkę, więc postanowiłam wykorzystać chwilę spokoju i spojrzeć prawdzie w oczy. Zrobiłam to, co trzeba i wyskoczyły mi dwie kreski :) W sumie nie byłam zaskoczona, bo wiedziałam, że tak będzie, ale musiałam sobie poukładać w głowie jak to będzie. No bo jak to - teraz? Mieliśmy się starać dopiero w przyszłym roku. W sumie szybko się oswoiłam z myślą, że będzie drugi Maluch, tym bardziej, że dwóm kolegom Juniora z przedszkola ostatnio urodziło się rodzeństwo i cały czas nam o tych maluchach opowiada i powtarza, że też by chciał i które zabawki mu odda. No to będzie miał okazję. W każdym razie jak już doszłam do siebie, zaczęłam się zastanawiać jak ja powiem to Mężowi, bo to przecież takie niespodziewane (mówiłam Wam, że ja zdecydowanie za dużo myślę :P) . Wrócił w piątek pod wieczór, więc już dałam sobie spokój z nowinami i poczekałam do soboty rano. Nie mam pojęcia dlaczego, ale tak się tym stresowałam, że dostałam takiej trzęsawki, że nie mogłam wydusić z siebie słowa, a jak już udało mi się odezwać, wyglądało to mniej więcej tak:
Ja - Muszę Ci coś powiedzieć.
Mężu (widząc jak wyglądam) - Co się stało.
Ja - (cisza...)
Mężu - No co?
Ja - No... bo będziemy mieć drugiego Juniora.
Mężu - No to dobrze, czemu się denerwujesz?
.
.
.
.

No normalnie "Miszczunio ZEN". Jak zwykle :) Ja tu przeżywam, stresuję się, a ten "No dobrze, i co?" :))) W każdym razie tym stwierdzeniem rozwalił system i rozładował atmosferę. No i ucieszył się :) A po południu mi się przyznał, że on sam się domyślił już kilka dni temu (JAK ja się pytam???), tylko nic nie chciał mówić. Oprócz nas (i Was) nikt jeszcze nie wie. Mamy zamiar powiedzieć dziadkom i Juniorowi w sobotę na jego urodzinach. Junior będzie miał dodatkowy wymarzony prezent, a dziadkowie niespodziankę. Zresztą i tak by się zorientowali widząc, ze nie tykam szampana. A co dalej będziemy się martwić w swoim czasie :) Na razie trzeba się cieszyć tym stanem i odpoczywać póki się da.

A jeszcze mi się jedno przypomniało - w niedzielę przed zrobieniem testu z Juniorem byłam w kościele i wzruszyłam się słuchając pieśni "Nie bój się, wypłyń na głębię". Po tym dojrzałam do zrobienia testu. Pisałam o tym TUTAJ . I wyobraźcie sobie - w niedzielę, po tym jak powiedziałam Mężowi, stoimy sobie w kościele, a tam... "Nie bój się, wypłyń na głębię..." A ja co - zaczęłam się śmiać, bo od razu przypomniała mi się tamta sytuacja. Taka zbieżność, że aż niemożliwa :P

Ciekawa jestem kim będzie i czy moje przeczucia się sprawdzą. Jak byłam w ciąży z Juniorem od samego początku byłam przekonana, że to chłopiec i nie brałam pod uwagę żadnych innych sugestii. No i moje przeczucie się potwierdziło. Tym razem cały czas po głowie chodzi mi dziewczynka. Nie dlatego, że chciałabym mieć parkę, bo jest mi to całkowicie obojętne, z chłopcem byłoby nawet łatwiej, bo już wszystko dla chłopca mamy. Ale nawet jak sobie wyobrażam jak to będzie, to widzę dziewczynkę. Kto wie, może kobieca intuicja... ;) Śmieję się nawet do Męża, że test, którym wykryłam Juniora miał niebieską zatyczkę, a ten najnowszy ma różową, więc to na pewno znak :P Cóż, poczekamy, zobaczymy.

poniedziałek, 9 października 2017

I wszystko jasne...

Jak w tytule - wszystko jasne. Ale może zacznę od początku.

Jak już niedawno wspominałam uwielbiam swoją pracę. Jest to pierwsze miejsce po mojej pierwszej Firmie, które tak bardzo polubiłam. W sumie po roku, który do tej pory tu spędziłam mogę śmiało stwierdzić, że lubię je najbardziej ze wszystkich dotychczasowych. Bo i stanowisko fajne, i zadania ciekawe, a atmosfera po prostu wymarzona - wesoło i na luzie. Firma zaczyna się coraz bardziej rozkręcać, produkcja idzie na coraz większych obrotach, ostatnio nawet finansowo wyszliśmy na plus, więc oby tak dalej.

Jak zaczynałam pracę dostałam standardowo umowę na okres próbny na 3 miesiące. Po trzech miesiącach szefowie stwierdzili, że jak najbardziej wszystko jest ok, że nie mają zastrzeżeń do nikogo z nas, ale ponieważ tak naprawdę pracowaliśmy na pół gwizdka, bo nie było za wiele roboty w tamtym okresie, to nie mieliśmy okazji się wykazać, a oni nie mieli okazji realnie ocenić każdego z nas, dlatego wszyscy "biurowi" jak jeden mąż dostaliśmy dokładnie takie same podwyżki i umowy na kolejnych 9 miesięcy. Żeby było sprawiedliwie. więc łącznie to był już rok. Przez tych 9 miesięcy pracy było już naprawdę sporo, bo i produkcja ruszyła z kopyta, i pracowników trzeba było zatrudniać i w sumie nadal to robimy, bo rąk do pracy cały czas potrzebujemy. Oprócz tego oczywiście mamy mnóstwo innych zadań do ogarnięcia, do wyboru do koloru, co kto lubi. Jesteśmy fajnie podzieleni jeśli chodzi o kategorie, więc jest git. Dajemy radę. No i teraz znowu kończyły nam się umowy i tym razem szefowie stwierdzili, że wiedzą co i jak, kto co potrafi, jaki ma potencjał i takie tam sru tu tu tu. W każdym razie  tym razem do każdego podchodzili indywidualnie i z każdym omawiali warunki dalszego zatrudnienia jeśli chodzi o czas umowy, zakres obowiązków i kasę. Nie powiem, bo ja osobiście jestem zadowolona bardzo, bo i dostałam wyższe stanowisko, i podwyżka lepsza i co dla mnie najważniejsze - umowa na stałe. No i wszystko było ok, aż tu nagle buuummm.
Coś zaczęło mi nie pasować. Czułam, że coś jest na rzeczy. Dokładnie podejrzewałam co, ale tak jak wspominałam ostatnio, nie śmiałam o tym nawet głośno myśleć. Myślałam o tym dzień i noc, nie dało się wyrzucić tych myśli z głowy, bo cały czas tłukły mi się gdzieś za uszami.No i tak chodziłam przez ładnych kilka dni. I myślałam. Myślałam, myślałam i myślałam. Na wszystkie sposoby analizowałam możliwe przyczyny tego, co spędzało mnie tak zastanawiało, ale za każdym razem wracałam do punktu wyjścia. Nijak nie chciało wyjść inaczej, tym bardziej, że pojawiły się dodatkowe "dowody" na moje podejrzenia. W końcu stwierdziłam, że dłużej nie mogę odwlekać tego co nieuniknione i postanowiłam sprawdzić co jest na rzeczy. No i sprawdziłam. Moje podejrzenia okazały się trafione w 100%. Jestem w ciąży... :)
Ciąg dalszy nastąpi... (niebawem).

środa, 4 października 2017

Nie myśleć za dużo

Zabieram się do kolejnego posta jak pies do jeża, ale jakoś mi nie idzie.
Jestem, pamiętam, zaglądam na bieżąco, ale muszę ogarnąć rzeczywistość i wtedy napiszę więcej.
U nas czas płynie nieubłaganie i za 10 dni będziemy świętować 4 (!) urodziny Juniora. A ja przecież dopiero z Go w brzuchu taszczyłam. Goście już zaproszeni, muszę jeszcze dziś zamówić tort i zastanowić się co przygotować na imprezkę. Póki co nie mam pomysłu, ale coś wymyślę :P
Oprócz urodzin ogarniamy ogród i otoczenie wokół domu przed jesienią i zimą. A że pogoda ostatnio u nas w kratkę, to i różnie nam to wychodzi. Dziś nie pada więc trzeba trawę skosić, bo już straszy niemiłosiernie, a jak jeszcze trochę urośnie, to trzeba będzie jeździć kosiarką po 4 razy w jednym miejscu.

Macie czasem tak, że nie chcecie głośno mówić (ba! nawet myśleć głośno) o swoich przypuszczeniach / obawach / nadziejach ze strachu, że się nie spełnią albo że właśnie się spełnią? Ja tak mam od pewnego czasu, dlatego nie pisałam. Myślę, że za kilka dni wszystko będzie jasne i będę mogła powiedzieć co mi tak spędza sen z powiek, ale póki co sama ze sobą muszę dojść do ładu. A łatwo nie jest, zwłaszcza, że różne myśli same nieproszone pchają się do łepetyny. Dam znać.

wtorek, 19 września 2017

Okrągły rok

Sezon na pociągających uważam za otwarty. Tym razem pociągająca jestem mła. Najważniejsze, że nie Junior, mam nadzieję, że pociągnie chłopak jeszcze trochę na nabytej odporności. W każdym razie tym razem padło na mnie i łeb mi po prostu pęka już trzeci dzień. Masakra jakaś. Dziś i tak jest już zdecydowanie lepiej niż wczoraj a to za sprawą dwóch, no dobrze trzech specyfików - krople do nosa + herbata z sokiem malinowym i cytryną + BABCINA NALEWKA MALINOWA. No już dawno mi ta nalewka tak nie smakowała jak ta wczorajsza. No po prostu rozkosze podniebienia, na dziś przewiduję powtórkę, no bo przecież trzeba się leczyć, co nie? ;) A jutro fryzjer :)) Już nie mogę się doczekać, bo zarosłam jak dziki zwierz i wstyd się już ludziom na oczy pokazywać. 

A tak w ogóle to chciałam Wam coś opowiedzieć.
W mojej obecnej Firmie zajmuję się między innymi rekrutacją pracowników. W sumie wreszcie mam pracę odpowiadającą mojemu wykształceniu (administracja i hr + tłumacz). Po 10 latach pracy :P Najpierw przez zupełny przypadek trafiłam do Logistyki, gdzie wszystkiego uczyłam się od podstaw, bo nie miałam nawet pojęcia co w ogóle znaczy słowo logistyka (miałam tylko ogólny zarys z ogłoszenia o pracę :P) . No i tak później ja sama, ale też przyszli pracodawcy w nosie mieli moje wykształcenie, a przy każdej rekrutacji najważniejsze było moje doświadczenie zawodowe. W sumie logiczne, bo jak ma się z czymś styczność w na codzień w praktyce, ma się o tym większe pojęcie niż po czystej teorii na studiach. No i tak przez łącznie 9 lat żeglowałam sobie po wzburzonych wodach tej logistyki. Zaliczyłam praktycznie każde oczko łańcucha dostaw - od sprzedaży, przez zamawianie konkretnych komponentów do produkcji, na współpracy i zawieraniu kontraktów z dostawcami kończąc. Najdłużej miałam do czynienia z klientami i wysyłką gotowych produktów i ta działka podobała mi się najbardziej. Lubiłam swoje stanowisko i klientów, z którymi współpracowałam. Później przeszłam na ciemną stronę mocy i w kolejnej pracy zamawiałam części pod produkcję. I powiem Wam, że to jest najbardziej niewdzięczne stanowisko w całej karuzeli firm produkcyjnych. Bo póki wszystko jest ok, to nikt człowieka nie dostrzega, a jak nie daj Boże opóźni się dostawa, wtedy tego człowieka widzą wszyscy i posyłają ciężkie gromy w jego kierunku, nieważne czy zawinił, czy nie. Najważniejsze, że nie ma części i najlepiej jakby przyniósł je w zębach :) Dlatego szybko się z tego wymiksowałam i zajęłam się dostawcami, a jak ta historia się skończyła, to już wiecie. Później była chwilowa przerwa w pracy ze względów zdrowotnych, a jak ponownie zaczęłam szukać pracy wysyłałam CV na różne stanowiska w mojej okolicy. Dostałam kilka zaproszeń na rozmowy kwalifikacyjne i tak biegałam z jednej na drugą, aż w końcu ostatnia z nich okazała się zdecydowanie inna od pozostałych. Bo pierwszy raz ktoś spojrzał na moje wykształcenie, a nie doświadczenie, które tak naprawdę są skrajnie różne. Pomyślałam sobie "O proszę, a to coś nowego". Po rozmowie, jak już wiedziałam jak miałoby to wyglądać i co miałabym robić, mocno zaciskałam kciuki, żeby coś z tego wyszło, bo bardzo chciałam dostać tą konkretną pracę. I tydzień później zadzwonił telefon, że tak chcą, żebym z nimi pracowała i w dodatku za tyle ile chciałam. Cieszyłam się jak małe dziecko, które dostało nową zabawkę, serio :)

I właśnie dziś mija rok od dnia, w którym ktoś dał mi szansę i w którym zaczęłam moją obecną pracę. O swoich wrażeniach pisałam już jakiś czas temu i zdania nie zmieniłam. Przyjęcie tej propozycji było naprawdę dobrą decyzją i mam nadzieję, że nigdy jej nie pożałuję. No, ale dobra, dość tego sentymentalnego tonu, bo ja w sumie nie o tym chciałam.
Jako że zajmuję się teraz między innymi rekrutacją pracowników, pomyślałam sobie, że podzielę się z Wami wrażeniami "zza stołu". No bo niby doświadczenie w rekrutacjach mam, tyle, że zawsze jako kandydatka. Na studiach mieliśmy ćwiczenia z rekrutacji, ale dopiero teraz mam okazję pracować na żywym organizmie :P I to prawda, że punkt widzenia zależy od punktu widzenia.
Przeprowadziłam już mnóstwo rozmów i dziś napiszę Wam o najbardziej wkurzających nawykach kandydatów:

- umawiają się na rozmowę, a później nie przychodzą - no to jest prawdziwa plaga. To chyba najbardziej mnie denerwuje. Czy tak ciężko jest zadzwonić i powiedzieć - "Nie mogę przyjść / sprawa jest już nieaktualna" ? Bywały takie dni, że od rana do końca dnia miałam umówione rozmowy i załóżmy na 10 zaplanowanych odbywało się 5-6. I nikt nie zadzwonił, żeby odwołać.

- jak już ktoś na rozmowę przyjdzie i jak się spodoba przychodzi czas na propozycję - ale... tu też pojawia się haczyk, bo ludzie nie odbierają telefonów :) Dzwonię raz, drugi, trzeci, na koniec wysyłam sms z prośbą o kontakt w sprawie rekrutacji. I cisza. A wystarczyłoby powiedzieć "Nie jestem zainteresowany".

- wysyłają aplikację, dzwonię, zapraszam na rozmowę i pada pytanie "A w ogóle gdzie to jest?" na co odpowiadam "W miejscowosci X". A taki ludź na to "Aaa to nie, ja mieszkam 100 km stamtąd". Czyli nawet nie wiedzą gdzie wysyłają. Bez komentarza :P

- Albo dzwonię "Dzień dobry, aplikował Pan do nas na stanowisko X, czy to nadal aktualne?" "Tak" "Czy możemy się umówić na spotkanie?" "Tak, a dowozicie pracowników" "Nie" "A to nie, dziękuję, bo ja nie mam czym dojeżdżać".... Hmm...

Takich perełek jest całkiem sporo, ale tak na szybko tylko te przyszły mi do głowy. Następnym razem opowiem Wam jakie cuda zdarzały się już na samych rozmowach :) Bywało wesoło.
Albo o teściowej Wam napiszę, bo mnie kobieta wkurza. Się zobaczy ;)

Miłego popołudnia.

środa, 13 września 2017

Szczerze o moim blogowaniu

Czytam namiętnie Wasze blogi i zawsze niecierpliwie czekam na nowe wpisy, które później pochłaniam z wielką ciekawością tego co u Was słychać. Wiele razy oglądałam zdjęcia, które zamieszczacie, nie zawsze zdjęcia Was samych, ale często zdjęcia Waszych bliskich czy Waszego otoczenia. I przyznaję, że bardzo to lubię.

Dlaczego w takim razie u mnie jest inaczej? Przez wiele wiele lat pisałam pamiętnik. Jak zaczęłam w podstawówce, tak skończyłam  na studiach. Mam je wszystkie do dziś, schowane głęboko, żeby nie dostały się w niepowołane ręce. Czyli w żadne inne oprócz moich. Był taki czas, kiedy chciałam je spalić, żeby nikt nigdy ich nie przeczytał, ale jednak trochę mi szkoda. Może kiedyś do tego dojrzeję. W każdym razie pisanie było taką moją terapią. Miałam wtedy trochę pod górkę, całkiem stromą górkę. Wiadomo - szkoła, nieszczęśliwe miłości, oprócz tego konflikty z ojcem, które z czasem przybierały na sile. Pisałam szczerze do bólu, przelewałam na papier wszystkie swoje żale i radości i nierzadko morze łez. Wydaje mi się, że dzięki temu udało mi się przetrwać ciężkie chwile, bo mogłam się "wygadać". Nigdy nie potrafiłam otwarcie wypłakiwać się na czyimś ramieniu i jeśli już pękałam, to wyrzucałam z siebie tylko mikroskopijną część tego, co rzeczywiście zatruwało mnie od środka. A w pamiętnikach pisałam absolutnie wszystko i chyba dzięki temu, że mogłam "powiedzieć otwarcie" o tym, co siedziało gdzieś głęboko we mnie, mogłam sobie jakoś poradzić z problemami. Bo jak już napisałam wszystko co chciałam, mogłam to przeczytać i spojrzeć na wszystko z boku, jak neutralny obserwator i często znajdowałam jakąś inną perspektywę, inny punkt widzenia, który pomagał mi znaleźć wyjście z pozornie beznadziejnej sytuacji. Przestałam pisać kiedy w Moim życiu pojawił się Mężu. To On sprawił, że się otworzyłam i wyszłam na powierzchnię jak ślimak ze skorupy. Powoli, ale konsekwentnie mnie otwierał, myślę, że całkowicie nieświadomie. Dzięki Niemu nauczyłam się mówić o tym, co mnie boli, a nie tylko pisać. Tylko Jemu mogłam powiedzieć absolutnie wszystko i nadal tak jest.

Pojawił się Mężu, przestałam pisać pamiętnik, ale nadal ciągnęło mnie do pisania. Tyle tylko,  że wtedy już nie chodziło o możliwość otwarcia się i przelania trosk na papier, ale o potrzebę dzielenia się swoimi radościami i zwykłą codziennością. I wtedy narodził się blog. Początkowo szło mi dosyć pokracznie, być może nadal tak jest, ale pokochałam to miejsce.
Prowadzę bloga już prawie 8 lat (co prawda z przerwą), a Mężu nie ma nim zielonego pojęcia. Dlaczego? Od samego początku moim założeniem była i nadal jest anonimowość. Stworzyłam to miejsce z myślą, że to będzie tylko moja przestrzeń, w której będę mogła pisać tak, jak kiedyś w pamiętniku, tylko z nieco inną tematyką. Chcę pisać na różne tematy, na tyle otwarcie, na ile jestem w stanie. Nie chcę podawać żadnych szczegółów, które mogłyby zdradzić kim jestem. Nie mówię tylko o własnych zdjęciach czy zdjęciach Juniora, ale także o zdjęciach mojej okolicy, widoków za oknem czy wnętrz w moim domu. Blog jest otwarty, może wejść tu każdy. Co prawda mogłabym go zamknąć i zaprosić tylko grono wybrańców, ale nie o to mi chodzi. Dzięki temu, że blog jest otwarty, jesteście i Wy, bo w jakiś sposób do mnie trafiłyście i - co mnie bardzo cieszy - zostałyście. No, ale właśnie dzięki temu, że blog jest otwarty i może na niego wejść każdy, gdybym zamieszczała na nim zdjęcia, ktoś mógłby rozpoznać jakieś szczegóły, które pomogłyby mu odgadnąć kim jestem. A tego bym nie chciała. Dlaczego? Nie wiem, nie czułabym się z tym komfortowo. Niby nie piszę nic złego, żadnych postów, w których piszę konkretnie i jawnie o kimś, albo przynajmniej staram się tego nie robić. Gdyby moi Czytelnicy wiedzieli kim jestem, zawsze zastanawiałabym się czy jest wśród Was ktoś znajomy. I już zawsze w trakcie pisania analizowałabym jak to, co mam zamiar napisać, zostanie odebrane, czy ktoś jakiejś wzmianki na czyjś temat nie odbierze osobiście itp. Jednym słowem ujawniając się sama podcięłabym sobie skrzydła. Pamiętam jak po mojej relacji ze ślubu czy po tym jak urodził się Junior niektóre czytelniczki prosiły o to, żebym dodała jakieś zdjęcia, ale twardo trzymałam się swojego postanowienia i mam zamiar trzymać się go nadal. Złamałam się tylko raz, w sumie całkiem spontanicznie, publikując zdjęcie mojego ciążowego brzucha :P ale na nim oprócz brzucha widać tylko ścianę :P
Chcę pisać na różne tematy, chcę być z Wami szczera, choć przyznaję, że czasem pomijam pewne szczegóły (cóż, taka już chyba moja natura... ;) ). Jedno jest pewne - pisanie po tylu latach jest moją pasją. Raz wychodzi mi lepiej, raz gorzej, ale chcę pisać i chcę nadal Was poznawać, a to chyba najważniejsze. I mam nadzieję, że wiedząc to, co tu dziś napisałam jeszcze długo będziecie mnie odwiedzać i wybaczycie mi monotonię moich postów - tylko literki, literki i jeszcze raz literki ;)

wtorek, 12 września 2017

Wiosna-lato-jesień-zima

Stwierdzam uroczyście, że się starzeję. Serio. Wychodzimy sobie ostatnio z koleżanką z pracy. Wyszłyśmy przed budynek, głęboki wdech i ona mówi "ale już pachnie jesienią". Kiedyś na samą myśl byłoby mi żal, że już koniec lata itd, a teraz? W sumie po części dalej jest mi żal, ale jakoś tak inaczej. Wiadomo, kiedy człowiek chodził do szkoły, koniec lata oznaczał koniec wakacji, koniec wolności i powrót do codziennego kieratu. Teraz po części dalej mi szkoda, ale bardziej ciepła i długich jasnych wieczorów, które można spędzić w ogrodzie. Z drugiej strony cieszę się na tą jesień, cieszę się na kolorowe drzewa, na inaczej pachnące powietrze, wieczory pod kocykiem z kubkiem ciepłej herbaty w rękach i z książką na kolanach. Jakoś tak mnie wzięło :P Kiedyś moją ulubioną porą roku było oczywiście lato - z wiadomych względów. Teraz nie wiem czy umiałabym powiedzieć jaką porę najbardziej lubię, bo w sumie w tej chwili każda pora roku ma w sobie to coś. Jednym słowem się starzeję :P

Tydzień temu w weekend byliśmy w Szklarskiej Porębie. Jakoś tak spontanicznie wyszło po śniadaniu, że postanowiliśmy sobie wyskoczyć na wycieczkę. A że mamy bardzo blisko, bo tylko godzinkę jazdy, więc to żaden problem. No więc zjedliśmy śniadanie, ogarnęliśmy szybko chałupę i pojechaliśmy. Junior był tam w sumie drugi raz, ale pamiętał tylko wodospad i rybki w hotelu :P Wypad krótki, więc i chodzenia niewiele, ale zaliczyliśmy Wodospad Szklarki, spacer po lesie i po mieście, no i oczywiście "Ślizgawkę". I powiem Wam, że strasznie mi brakowało takiego prawdziwego górskiego powietrza. Zanim urodził się Junior jeździliśmy w góry dość często, przynajmniej dwa-trzy razy do roku. Zimą obowiązkowo na narty, a wiosną/latem/jesienią ot tak sobie, głównie do Karpacza, żeby wejść na Śnieżkę i ogólnie pokręcić się po okolicy. Jak urodził się Junior zrobiło nam się trochę nie po drodze z górami, a szkoda. Mam nadzieję, że niebawem nadrobimy zaległości, bo jak człowiek przypomni sobie jak to jest, nagle zdaje sobie sprawę, że mu tego brakuje. Tak samo było z moją przerwą w blogowaniu :P
A ostatni weekend minął nam pod znakiem techniki rolniczej, ze względu na Juniora, który przeżywa wycieczkę do tej pory :P
Dziś za to mam zamiar zrobić jakiś szybki obiad i lecę na ogródek walczyć z chwastami, głównie z babką. No tak mi się to dziadostwo rozsiało po trawniku, że głowa mała. A nie po to przez 3 tygodnie dzień w dzień grabiliśmy cały ogród, wydłubywaliśmy każdy kamyczek z ziemi, żeby przygotować ją na sianie trawy. Nie po to harowaliśmy, żeby trawnik wyglądał tak, jak teraz, żeby jakieś zielsko mi go bezkarnie zarastało. Co to, to nie! To oznacza wojnę. Zaopatrzyłam się w ciężką artylerię i będę dziś po południu rwać jak leci, a co! ;)
A jutro zebranie u Juniora.

Miłego popołudnia Wam życzę. 

poniedziałek, 4 września 2017

O prawie-czterolatku

Zbierałam się do tego posta od środy. Napisałam cztery zdania i nie miałam kiedy go dokończyć, ale wreszcie się udało :)
Za odrobinę ponad miesiąc Junior skończy 4 (!) lata, a że dawno o Nim nie pisałam, to pomyślałam, że przydałoby się małe sprawozdanie.
To prawda, że upływający czas najlepiej widać po dzieciach. Jak dziś pamiętam jak szalał w moim brzuchu i wpychał mi stopy pomiędzy żebra. W sumie nadal wpycha mi stopy miedzy żebra kiedy siedzi koło mnie i ogląda jakąś bajkę, tylko teraz już od zewnątrz :P
Junior ma 102 cm wzrostu i waży 17 kg. Więc jest taki w sam raz :)
Kiedy patrzę na Niego naprawdę nie mogę się nadziwić, że jest już taki duży. Od półtora roku chodzi do przedszkola. Miał mały kryzys, kiedy rok temu we wrześniu zmieniła im się wychowawczyni. Płacz był przez 2 miesiące, bo tęsknił za poprzednią Panią, ale teraz w przedszkolu świata nie widzi poza obecną Panią (która nawiasem mówiąc jest naprawdę super!). Ma swoich dwóch ulubionych przedszkolnych kolegów, o których opowiada praktycznie na okrągło. Nawet jak bawi się z ulubionym sąsiadem (w sumie jedynym w jego wieku) to opowiada mu o swoich kolegach z przedszkola :P Na szczęście z sąsiadem dogadują się równie dobrze.
Odkąd Junior jest przedszkolakiem zmienił się niesamowicie. Jest bardziej otwarty na nowości, ma praktycznie fotograficzną pamięć, łapie wszystko w lot. Widać, że ma typowo analityczny umysł, choć lubi też malowanie farbami czy zabawy ciastoliną. No i uwielbia czytać (to akurat po mamusi :P). Codziennie musimy obowiązkowo pochłonąć dwie opowieści na dobranoc i jak się uda to czytamy też po południu.
Bardzo szybko łapie angielski i staram się to wykorzystywać. Lubi oglądać bajkę "Dora i przyjaciele" i podłapał z niej już mnóstwo angielskich słówek. Staram się przemycać ich coraz więcej w trakcie zabawy i widać, że łatwo wchodzą Mu do głowy. Sam często pyta jak co się nazywa po angielsku i powtarza po kilka razy, żeby zapamiętać.
Ma mega wyobraźnię. Potrafi opowiadać takie niestworzone historie w tak przekonujący sposób, że czasem sama już nie wiem czy mówi prawdę, czy zmyśla :P
Może nie jest niejadkiem, ale ma swoje ulubione dania, a do wszelkich nowości podchodzi z duuuużym dystansem i bardzo trudno go przekonać do spróbowania nowych rzeczy. Bo przecież nie lubi :) Ma takie dni, że skupie jak wróbelek, ale są i takie, gdzie nie nadążam robić mu różnych przekąsek, bo ciągle jest głodny :P
Jest baaardzo wrażliwy. Jak komuś dzieje się krzywda, od razu leci przytulać i pocieszać. A jak słyszy coś smutnego, potrafi się żałośnie rozpłakać w poczuciu solidarności :P
Kocha Lunę. Pierwsze co robi po powrocie z  przedszkola, to biegnie się z nią przywitać. I generalnie uwielbia się z nią bawić. Z wzajemnością.
Jest mega śmieszkiem i żartownisiem i jest pierwszy do wygłupów i jak to On mówi "robienia psikusów"
Żeby nie było tylko słodko, Junior ma oczywiście też swoje mroczne oblicze.
Jest strasznie uparty. Jak coś sobie wbije do głowy, to będzie robił wszystko, żeby postawić na swoim. W mało istotnych kwestiach raczej odpuszczamy, ale też staramy się nie pozwalać wejść sobie na głowę.
Zagonienie Go do sprzątania graniczy z cudem. Czasem zdarza Mu się posprzątać ot tak po prostu, ale zazwyczaj każde sprzątanie okraszone jest mega marudzeniem i narzekaniem jakie to jest trudne... Nikt nie powiedział, że będzie łatwo, Synu :P
Bunt dwulatka przerodził się w bunt czterolatka i czasem zdarzają się histerie o nic, zazwyczaj pod wieczór, kiedy po całym dniu wrażeń bateryjki są już na całkowitym wyczerpaniu i ciężko jest ogarnąć rzeczywistość. Na Juniora najlepszym sposobem jest przeczekanie albo odwrócenie uwagi. Im bardziej zwraca się uwagę na Jego lamenty, tym bardziej On się nad sobą rozczula i coraz bardziej się nakręca. Więc czasem albo nie reagujemy wcale, albo próbujemy Go zagadać czymś innym, żeby zapomniał o co Mu chodziło. Zazwyczaj robimy to drugie, no chyba, że nasze nerwy też są już na wyczerpaniu, wtedy po prostu się wyłączamy :P
Generalnie Junior jest naprawdę świetnym chłopcem, który wiele nas już nauczył i na pewno jeszcze wiele nauczy. I w sumie nie pamiętam już jak to było, kiedy Go nie było :)))


piątek, 25 sierpnia 2017

Przeczytane i jeszcze nie

Nie raz już wspominałam, że jestem zagorzałym molem książkowym i zakupy w empiku czy innym książkowym przybytku są dla mnie tak samo jarające jak zakupy w Ikei :) Serio. Zakupy ubraniowe mogą się schować. Gdyby ktoś wpadł na pomysł podarowania mi bonu na zakupy w jakiejkolwiek księgarni może być pewien, że przepuszczę tam wszyściuteńko co do grosza. Mężowa siostra jest pod tym względem niezawodna. Ona jedyna wie co tygryski lubią najbardziej i ZAWSZE na każde urodziny czy święta oprócz jakiegoś drobiazgu dostaję od Niej książkę i ZAWSZE z dedykacją na pierwszej stronie :) Uwielbiam ją ;) A zapach nowych książek to dla mnie najpiękniejszy zapach na świecie hłe hłe hłe... ;) Mężu zawsze się ze mnie śmieje, że zdecydowanie zawyżam krajowy poziom czytelnictwa, bo w ciągu miesiąca łykam po kilka książek. Cóż... niech będzie moja strata, tym razem muszę przyznać mu rację :P Choć latem ilość przeczytanych przeze mnie książek spada u mnie dramatycznie, bo jakoś tak nie ma czasu. Latem zazwyczaj plączę się po ogrodzie dopóki jest jasno, a jak Junior idzie spać, to po przeczytaniu mu bajek na dobranoc jakoś nie chce mi się zasiadać z książką. Nie mówię, że nie czytam wcale, co to to nie. ALE... jesienią i zimą to już zupełnie inna historia :) Dni krótkie, wieczory długie, w ogrodzie nie da się za długo posiedzieć, więc czymś trzeba wypełnić wolny czas. I wtedy na scenę z przytupem wkraczają książki. Odkąd pamiętam marzyło mi się mieć w salonie albo gdziekolwiek w domu taki regał od góry do dołu wypełniony książkami. Kiedy zaczynaliśmy szukać mebli do domu priorytetem był dla mnie regał w salonie i nie było zmiłuj. Regał musiał być i jest. Przy przeprowadzce przywiozłam dwa spore kartony moich ówczesnych zdobyczy i okazało się, że zajęły ledwie połowę regału. A że głupio byłoby mieć pusty regał w salonie, więc sukcesywnie zapełniam kolejne półki. Została mi już tylko jedna. Mężu ostatnio zapytał co zrobię jak zapełnię już cały regał. "No jak to co - kupimy drugi" :))))
Jakiś czas temu wspominałam Wam, że zafascynowały mnie książki Charlotte Link. I tak jest do tej pory. Naprawdę wciągająca fabuła thrillera psychologicznego i w zasadzie tylko raz udało mi się rozwiązać zagadkę w 100%. Zawsze jednak był jakiś element zaskoczenia, także naprawdę polecam. Jeśli chodzi o Charlotte Link, to do tej pory przeczytałam takie pozycje:

Znalezione obrazy dla zapytania charlotte link  Znalezione obrazy dla zapytania charlotte link książki  Znalezione obrazy dla zapytania charlotte link książki  Znalezione obrazy dla zapytania charlotte link książki

W sumie nie wiem która z nich podobała mi się najbardziej. W zasadzie każda miała w sobie to "coś" co lubię w książkach. Coś, co sprawia, że MUSZĘ przeczytać kolejną stronę, żeby sprawdzić co będzie dalej.
Oprócz tych książek przeczytałam jeszcze kilka, które śmiało mogę polecić. Niektóre z nich to typowe romansidła, inne to lekka lektura, przy której można się trochę pośmiać. W każdym razie każdą czytałam w wielką przyjemnością.

Znalezione obrazy dla zapytania zapisane w wodzie
"Zapisane w wodzie" i "Dziewczyna z pociągu" - obie początkowo ciężko mi wchodziły, ale po pierwszych 50 stronach szło już gładko. Szczególnie w tej pierwszej zakończenie jest zaskakujące. Nie wpadłam na to :)

Znalezione obrazy dla zapytania szóste okno

To książka zdecydowanie z tych, przy których nie mogłam się doczekać kolejnego rozdziału. I znów nie przewidziałam zakończenia. W sumie wszystko wyjaśnia się w jednym z ostatnich zdań ;) (tylko nie zaglądajcie na koniec :P)
Oprócz tego wróciłam do kilku książek, które przeczytałam już kilka lat temu, a lubię od czasu do czasu przeczytać coś drugi raz. Np.  Jodi Picoult "W naszym domu" i "Dziewiętnaście minut", cała seria książek Dana Browna (przeczytałam wszystkie), no i mój ukochany Nicholas Sparks - tutaj tytułów wymieniać nie będę, bo było ich tyle, że lista zrobiłaby się bardzo długa ;)
Na najbliższe tygodnie na półce czekają na mnie takie książki:

Znalezione obrazy dla zapytania światło między oceanami  Znalezione obrazy dla zapytania zanim się pojawiłeś  Znalezione obrazy dla zapytania charlotte link książki  Znalezione obrazy dla zapytania detektywi z private

A 3 października światowa premiera nowej książki Dana Browna - "Początek" już nie mogę się doczekać!! :)) Jak wszystko przeczytam, na pewno podzielę się wrażeniami.
Tymczasem miłego weekendu ;)

P.S. A ja na razie wracam do korzeni jeśli chodzi o szablon. Nad nowym muszę jeszcze chwilę popracować, żeby był taki jaki chcę :)