środa, 24 października 2018

Z domowej codzienności

Lato, lato i po lecie. W tym roku nie mogę narzekać, bo pół roku takiej pięknej pogody nie zdarza się zbyt często. Ba, w moim życiu chyba w ogóle pierwszy raz coś takiego widziałam. A teraz brutalny powrót do rzeczywistości. Jeszcze w czwartek było 19 stopni, pięknie grzało słońce, choć na ulicach u nas w Miasteczku można było zobaczyć cały przegląd zawartości szaf przechodniów. Od puchowych kurtek, przez bluzy i swetry po cienkie koszulki. I jako ta wisienka na torcie - JA :P W koszulce, krótkich spodenkach i sandałkach :)))) Okazało się, że dobrze zrobiłam, bo w tym roku to chyba była ostatnia okazja, żeby tak się pokazać na ulicy. Ludzie dziwnie na mnie patrzyli, ale co tam, mi było ciepło, a w słońcu momentami nawet gorąco. Ale ja mam rozregulowany wewnętrzny termostat, bo wtedy było mi gorąco, a teraz przy 23 stopniach w domu ja siedzę w bluzie i skarpetach. I tak będzie aż do wiosny. Ja w ogóle jakoś tak mam, że jak przychodzi jesień, choćby w domu było 23-24 stopnie to mi i tak jest zimno i siedzę zamotana w co się da i jeszcze herbatą się grzeję. Taki cudak ze mnie.

Weekend minął nam pod znakiem rotawirusa. W piątek po południu pojechaliśmy na zakupy i Junior marudził coś, że boli go brzuch, ale stwierdził, że cisną go spodnie. Poluzowałam i mówi, że ok, więc się uspokoiłam. Kilka minut później zjadł loda i brykał jak młoda kózka, więc byliśmy już całkiem przekonani, że naprawdę chodziło o spodnie. W sobotę pojechał nocować do dziadków, przez cały dzień wszystko było ok, a w nocy zaczęła się jazda. Od 2 w nocy do rana wymiotował 6 razy. Ostatni raz koło 8 rano. Do 12 był jak dętka, a później nagle wstąpiło w niego nowe życie i od tamtej pory wszystko jest ok. Na początku nie chciał jeść, bo bał się, że znów będzie wymiotować, ale już je normalnie. Zostawiłam go jeszcze na kilka dni w domu, żeby całkiem wydobrzał i żeby najgorsze przewinęło się przez przedszkole, bo podobno rozłożyło połowę dzieci. Nas na szczęście ominęło. Bałam się o Lusię, bo takie maluchy przechodzą to dziadostwo wyjątkowo ciężko. Lusia niby jest chroniona, bo jest na cycku i dodatkowo zaszczepiliśmy ją na rotawirusy, ale wiadomo, człowiek mimo wszystko się stresuje. Wirusisko nas ominęło, ale rykoszetem oberwali dziadkowie i teraz oni zdychają. A my siedzimy uziemieni w domu w poniedziałek byliśmy trochę na spacerze, ale od wczoraj tak u nas wieje, że nie za bardzo da się wyjść, więc szukamy sobie zajęcia. Na przykład obejrzeliśmy już obie części Kevina, więc można powiedzieć, że u nas już święta :P Dobrze, że Junior dostał na urodziny kilka gier planszowych, to przynajmniej mamy jakieś urozmaicenie, bo ileż można się bawić traktorami.

W ten weekend będziemy świętować mężowe urodziny (choć chyba tylko we własnym domowym gronie, skoro moi rodzice walczą z rota). Zrobię mu sernik (bo takie dostałam zamówienie), a zamiast tortu będą róże z jabłek i ciasta francuskiego. Tak mnie poniosło :P w ogóle ostatnio mam jakąś taką wenę do gotowania i pieczenia. Dziś na przykład kuchnia serwuje dietetyczne klopsy dla Juniora i makaron z pomidorami, bazylią i groszkiem cukrowym dla nas. Jeszcze nigdy go nie robiłam, więc nie bardzo wiem co to wyjdzie, ale może będzie dobre. Za to jak zrobiłam Juniorowi tort na urodziny, to nie został nawet jeden okruszek, że tak nieskromnie się pochwalę. No normalnie polubiłam takie kucharzenie. Szkoda tylko, że nie będę miała na to tyle czasu jak wrócę do pracy.

A właśnie a propos powrotu do pracy, to powiem Wam, że tym razem jest jakoś tak inaczej, niż przy Juniorze. Jak on był mały na myśl o powrocie do pracy dostawałam gęsiej skórki. Bałam się jak to będzie i nie miałam najmniejszej ochoty wracać. Teraz może ze względu na pracę podchodzę do tego bardziej na luzie. Pewnie dlatego, ze swoją pracę bardzo, bardzo lubię i będzie to dobra odskocznia na kilka godzin od domowej codzienności, ale też dlatego, że już wiem jak to jest. Znaleźliśmy Lusi zaufaną nianię i chcielibyśmy jeszcze rok przetrzymać ją w domu, a później pójdzie do przedszkola w takim wieku jak Junior. Swoją drogą powiem Wam, że Lusia, to moje maleństwo, któe przecież dopiero się urodziło, zajada owoce aż jej się uszka trzęsą. Tydzień temu skończyła 5 miesięcy i zaczęłam jej powoli dawać różne rzeczy do spróbowania. Warzywka póki co są zdecydowanie na nie, nie smakują jej, ale za to owoce, a zwłaszcza banan... no proszę Państwa... rewelacja. tak otwiera ten swój mały dzióbek, aż miło. Junior też taki był, a teraz ma dni, że ładnie zje, a ma też takie, że nijak nie da mu niczego wcisnąć. Przez wakacje sporo urósł, ale waży tyle samo co ważył i przez to stał się takim chudzielcem, że aż strach patrzeć. Trzeba go podtuczyć przez zimę, bo ktoś nas kiedyś posądzi, że dziecko głodzimy.

Ok, pora na drzemkę Lusi i może wreszcie uda mi się wypić gorącą kawę. Albo chociaż ciepłą... ;)

niedziela, 14 października 2018

Sto lat!!

5 lat temu o tej porze nie myślałam nawet, że kolejny dzień spędzimy już we troje. Junior kończy 5 lat... Wszystkiego najlepszego synku!!! Bądź dalej takim kochanym, mądrym i dobrym chłopczykiem jak do tej pory!! Bardzo cię kochamy!!

poniedziałek, 8 października 2018

Podwójna mama

Ten post pisałam na kilka razy w czasie drzemek Lusi, które ostatnio nie trwają zbyt długo. Zęby w natarciu...
 
Uwierzycie, że w piątek minął okrągły rok od dnia, w którym zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym, a tym samym Lusia ujawniła swoje istnienie? I że w najbliższą niedzielę Juniorowi stuknie okrągłe 5 lat? PIĘĆ!! No szok po prostu. Czas zasuwa jak oszalały, a ja staram się nie myśleć, że za 10 tygodni mi też stuknie.... więcej lat, niż bym chciała. A to jeszcze większy szok. Niby wiem ile mam lat, teoretycznie wiem ile mam lat, ale jak patrzę w lustro jako mimowolnie pomijam te pojedyncze (jeszcze) siwe włosy na łepetynie, i ta cera jakąś taką... inną, a widzę osobę która ma co najmniej 10 lat mniej. I w środku też tak się czuję. Mentalnie zatrzymałam się mniej więcej na 23-24 latach i tej wersji się trzymam. Zresztą mój dziadek w wieku 70 lat też zawsze mówił, że czuje się jakby miał ciągle 18. O! A od starszych trzeba się uczyć :P

No, ale wracając do tematu. Jestem mamą już od 5 lat. Podwójną mamą od prawie 5 miesięcy i powiem Wam, że za tym drugim razem różnica jest powalająca. Ostatnio byłam na spacerze z bardzo dobrą koleżanką, która ma dzieci mniej więcej w wieku moich. Jej starsza córeczka jest 4 miesiące młodsza od Juniora, a synek dwa miesiące starszy od Lusi, więc prawie identycznie. No i tak sobie na tym spacerze rozmawiałyśmy, że do tych drugich dzieci podchodzimy zupełnie inaczej niż do pierwszych. Obie przyznałyśmy, że jesteśmy teraz dużo spokojniejsze. Wiadomo, człowiek stresuje się tym, co nieznane, a że przy pierwszym dziecku wszystko jest nowe, więc nietrudno o stres. Za drugim razem już w szpitalu czułam, że jest inaczej.Nie trzęsły mi się ręce przy pierwszej zmianie pieluszki, nie panikowałam, że mam za mało pokarmu, bo wiedziałam, że lada moment się pojawi i jeszcze będę cierpieć z powodu nawału. W domu też wszystko było na spokojnie. Jedyne czym się denerwowaliśmy to była reakcja Juniora, ale i on pozytywnie nas zaskoczył. Wiadomo, nie zawsze jest kolorowo, bo czasem i Lusia ma gorsze chwile, kiedy jest zmęczona i nic jej nie pasuje albo kiedy nie chce leżeć w wózku tylko spacerować na rękach, ale to przecież normalne i po prostu trzeba znaleźć na to sposób. Jak Junior był malutki biegliśmy na każde jego stęknięcie, jak płakał często rzucaliśmy wszystko, żeby Go uspokoić itd. Z Lusią jest inaczej. Co prawda ona bardzo mało płacze, ale jak już jej się zdarzy, a ja czy Mężu akurat nie możemy do niej podejść od razu, zerkamy czy wszystko jest ok i podchodzimy za momencik. Nauczyliśmy się już, że nic jej nie będzie jak poczeka minutę dłużej. Jesteśmy obok, czuwamy i wszystko jest ok. Przed Juniorem naczytałam się o różnych metodach i początkowo miałam zamiar je wprowadzać, ale szybko zrezygnowałam, bo każde dziecko jest inne i na każde dziecko działa coś innego. Mam taką znajomą, która córkę wychowywała według tabelek, rozpisek, testów reakcji na gluten itp. Jak dla mnie to była jakaś masakra jak jej słuchałam. Czasem miałam wrażenie, że bardziej pilnuje schematów i tabelek niż tego, czego naprawdę chciała i potrzebowała Ninka* (imię na potrzeby wpisu). Sama po swoich dzieciach widzę, że tabelki można sobie wsadzić w... buty :P To co działało na Juniora nie działa na Lusię i odwrotnie, więc dla mnie jedyna skuteczna metoda, to metoda prób i błędów. Inaczej się nie da. Chyba :P We wrześniu była u nas moja kuzynka, która rodzi pod koniec października i była w ciężkim szoku, że Mężu usypiał Lusię na rękach. "Bo przecież się przyzwyczai". A jeszcze większy szok przeżyła jak jej powiedziałam, że absolutnie nie przeszkadza nam to, bo mamy zamiar oboje tulić póki się da. Za kilka lat Junior już się nie da, bo przecież to obciach.

Tak czy siak powiem Wam, że super jest być podwójną mamą. I teraz wiem, że wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce i nasza rodzinka jest już w komplecie.
 
A jak było u Was na drugim i kolejnym razem?

piątek, 28 września 2018

10 rzeczy, których o mnie nie wiecie

W listopadzie minie 9 lat odkąd prowadzę bloga. Piszę z mniejszą lub większą częstotliwością, w zależności od sytuacji i wydawałoby się, że już dobrze mnie znacie, a jednak (jak to mówią) diabeł tkwi w szczegółach. I tak sobie pomyślałam, że dziś o kilku takich szczegółach wspomnę. Niby całkowite pierdoły, ale właśnie takie pierdoły tworzą człowieka. A więc do dzieła.

1. Uwielbiam pisać i dostawać papierowe, odręcznie pisane listy. Co prawda już wieki żadnego nie dostałam, ale nie zmienia to faktu, że lubię. Na strychu mam spore pudełko listów, które pisałam z koleżankami, które poznałam na wakacjach w czasach liceum. Pisałyśmy o wszystkim i o niczym, ale fajnie było znajdować koperty w skrzynce na listy. Czasem, jak pokłócimy się z Mężem, siadam wieczorem nad kartką papieru i piszę mu co mi leży na sercu. Tak jest łatwiej, bo i ja powiem wszystko, co mnie boli, a on to wszystko później przeczyta. Na spokojnie. Co prawda doprowadzam go tym do szału, bo on woli jednak rozmowę face to face, ale póki co to działa.

2. Nienawidzę bitej śmietany. Wiele osób to dziwi, ale nie lubię i już. Konsystencja mi nie odpowiada. Nawet pijąc kawę z pianką muszę ją porządnie wymieszać, żeby pozbyć się pianki :P

3. Najlepiej zasypia mi się na brzuchu, najlepiej z kołdrą naciągniętą na uszy. Nawet w największe upały.
 
4. Był taki moment, że chciałam mieć trójkę dzieci, ale po pełnej przygód ciąży z Lusią chyba jednak spasuję.

5. Nauczyłam się prowadzić samochód w wieku 6 lat. Prowadzić to za dużo powiedziane, ale samodzielnie ruszyłam maluchem dziadka na pustym placu kompletnie nie widząc dokąd jadę :P a Mężu pierwszy raz siedział za kółkiem jak mial 17 lat. Ha! 
 
6. Mężu zaraził mnie pasją do powieści Agathy Christie. Co prawda on woli film, ale autor ten sam. 

7. Kiedy miałam 15 lat od wiosny aż do jesieni, kiedy tylko pogoda pozwalała, co weekend robiłam ok 100 km na rowerze, w tygodniu po 20 dziennie. Brakuje mi tego. Może nie aż tak długich dystansów, ale ogólnie jazdy na rowerze. Ostatnio nie bardzo miałam możliwość jeździć, ale mamy zamiar wrócić do tego na wiosnę. Z dwójką pasażerów :P

8. Z moją najlepszą przyjaciółką znamy się od 6 roku życia. Poznałyśmy się przy trzepaku kilka dni po przeprowadzce na nasze osiedle i tak już zostało. Miałyśmy swoje wzloty i upadki, ale przyjaźnimy się już 27 lat. A dwa tygodnie temu została chrzestną Lusi :)

9. Nie lubię wielkich miast. A może raczej nie tyle nie lubię, co nie mogłabym w takim mieszkać. Zakupy czy spontaniczny wypad do stolicy Dolnego Śląska na obiad/kolację/lody/kino (wybierz właściwe) od czasu do czasu jak najbardziej, ale nigdy w życiu nie chciałabym tam mieszkać. Mieszkamy na tyle blisko wielkiego miasta, ze w jego centrum możemy być w ciągu 40 minut. Przyznaję, ze był moment, że miałam ochotę rzucić w cholerę nasz domek na wsi i wrócić w podskokach całe 3km do rodzinnego miasteczka, ale już mi przeszło. To było zaraz po przeprowadzce i nie zdążyłam się wtedy jeszcze przyzwyczaić do tej ciszy wokół. A teraz uwielbiam poranki, kiedy Lusia ucina sobie drzemkę, a ja wychodzę na taras z kawą i napawam się ciszą. Wszyscy sąsiedzi są wtedy w pracy i jest bosko.

10. Uwielbiam zapach świeżutkich firanek. I okna też lubię myć. Ot, takie zboczenie :)
 
Miłego weekendu!
 
Aha, jeszcze coś mi się przypomniało. Widziałyście to? Jeśli nie, koniecznie obejrzyjcie filmik. 
 
Pan Młody ryczy, goście ryczą, a ja usmarkana po pas.
 
Jeszcze raz miłego weekendu!!



środa, 5 września 2018

Wrzesień

Mamy wrzesień i Junior wrócił do przedszkola, a tym samym my wróciłyśmy do normalnego rytmu dnia.Wreszcie możemy odetchnąć przez kilka godzin (szczególnie Lusia, bo Junior non stop ją całuje i przytula jak tylko jest w domu) i chodzić na dłuuugie spacery. Wczoraj zrobiłyśmy 8km Ołłłł jeeeee :) Zresztą Junior głośno tego nie przyzna, ale też bardzo się cieszy z powrotu do przedszkola i swoich ulubionych kolegów. Kumpluje się z bardzo fajnymi chłopcami, więc my też się z tego cieszymy :) Także jest fajnie.

Ostatnio jesteśmy zabiegani, bo za tydzień chrzciny i mamy jeszcze kilka spraw do załatwienia. My stroje mamy już od dawna, Lusia swoje ubranko też, ale trzeba było jeszcze wystroić Juniora, zwłaszcza, że przez wakacje urósł kilka cm. Pojechaliśmy w weekend na zakupy i nasz elegant wybrał sobie typowo garniturowe spodnie, szelki i muchę :) Lusia też ma sukienkę w stylu Kopciuszka, a Mężu i ja śmiejemy się, że wypadniemy przy tej dwójce jak ubodzy krewni :P I dobrze, niech się maluchy cieszą. W ogóle mamy nowego księdza i powiem Wam, że dawno chyba na takiego nie trafiliśmy. Tak się życie czasem toczy, że oboje chrzestni mają tylko śluby cywilne. Ten ksiądz nie robił z tego absolutnie żadnego problemu, a jak zapytałam czy dostaniemy karteczki do spowiedzi czy mamy poprosić księdza przy spowiedzi powiedział, żebyśmy się nie wygłupiali, bo on nie jest policjantem, żeby nas sprawdzać i jeśli mamy życzenie to do spowiedzi i tak pójdziemy, a jak nie, to nie. Byliśmy mega zaskoczeni, bo poprzedni proboszcz tego wymagał. A już największe oczy zrobiliśmy na koniec, kiedy zapytaliśmy o "ofiarę" za chrzest i usłyszeliśmy "Dajcie sobie ludzie spokój, niech Wam się córeczka dobrze chowa". No po prostu mega szok. Mamy zamiar rzucić kopertę na tacę właśnie za takie podejście. Ksiądz w poprzedniej parafii rzuciłby konkretną kwotą i jeszcze dołożyłby koperty dla chrzestnych (bo tak właśnie robi). Także zdarzają się jeszcze normalni księża, choć to zdecydowanie gatunek na wymarciu.
No, a oprócz tego w tym tygodniu byłam w restauracji ustalić co i jak, dziś muszę jeszcze zamówić tort, zrobić listę zakupów do ciast (bo pieczemy swoje) i jutro muszę kupić świecę. I chyba to wszystko.

A tak poza tym wszystkim ostatnio chodzę zła, bo i teściowa, i moi rodzice tak mi działają na nerwy, ze najchętniej zapakowałabym ich wszystkich do jednej rakiety i wysłała na inną planetę, serio. Teściowa zawsze mnie wkurza, bo to taki typ, więc to żadne zaskoczenie, ale moi rodzice przechodzą ostatnio sami siebie. Junior dość często do nich jeździ, czy to na popołudnie, czy na weekend. Nie raz powtarzam im, żeby nie jeździli z nim ciągle po sklepach, bo on już tak się do tego przyzwyczaił, że ciężko jest go wyciągnąć na jakąkolwiek wycieczkę, bo jemu zaraz się nudzi i chce do galerii "coś" sobie kupić. I im się wydaje, że to nic złego. Już pominę to, że pasą go tonami słodyczy i wodami smakowymi, ale najbardziej wkurza mnie to, że robią wszystko tak, jak Junior chce. Ostatnio byliśmy u nich i Junior wymyślił sobie, że chce się pobawić autkiem, które ma w domu, mimo tego, że tam ma milion innych zabawek. I wiecie co moja mama na to? "To zaraz tata ci przywiezie". No myślałam, że szlag mnie trafi na miejscu i nie omieszkałam tym razem powiedzieć co na ten temat myślę. Jak Junior był mały byliśmy zmuszeni pomieszkać z nimi przez krótki czas przed przeprowadzką do siebie i to był koszmar. Ciągle się o coś czepiali, zwłaszcza Męża, który naprawdę nigdy im nic złego nie zrobił, doszło nawet do tego, że według nich Mężu za głośno gasił światło w łazience po drugiej stronie mieszkania i na pewno Junior się obudzi. No obłęd, mówię Wam. Ostatnio znowu zauważyłam, że coś do niego czują, bo ile razy wspomnę cokolwiek na temat Męża, to przechodzi to kompletnie bez echa i generalnie traktują go jak powietrze. Z jednej strony ciekawa jestem o co im chodzi tym razem, ale chyba jednak wolę się dodatkowo nie denerwować, bo jestem pewna, że skończyłoby się kłótnią dużego kalibru, a nie chcę psuć atmosfery przed chrzcinami. Ja w ogóle mam wrażenie, że im się niesamowicie nudzi wieczorami i wymyślają różne niestworzone historie, żeby mieć się o co przyczepić. A mój umysł jednak tego nie ogarnia...

No musiałam sobie ulżyć, bo już mi się wewnętrznie ulewało. Obiecuję, że teraz będę pisać częściej, bo wreszcie mam jak :)
Miłego dnia, uciekamy z psem na szybkie siku.

piątek, 17 sierpnia 2018

Trzy

Patrzę na tą naszą Lusinkę i wierzyć mi się nie chce, że dziś to Serduszko skończyło 3 miesiące. Przełomowe trzy miesiące  po których niby ma być już łatwiej. A nam generalnie już jest tym razem dużo łatwiej. Przy Juniorze wszystko było nowe i bardziej się człowiek stresował każdym drobiazgiem. A teraz pełen luuuzzz :-)
Jaka jest ta nasza 3-miesięczna dziewczynka? Cudowna. Wszyscy znajomi się dziwią, że jest taka spokojna. Sąsiadka ostatnio się śmiała, że gdyby nie wiedziała  to w życiu by nie zgadła, że mamy w domu niemowlę  Co prawda nie sasiadujemy ze sobą ścianami, a ogrodami, ale zazwyczaj jesteśmy na zewnątrz w tym samym czasie, więc wie :-P. Ale to prawda, Lusia jest bardzo grzeczna. Rośnie jak na drożdżach, śmieje się z każdego drobiazgu, płacze tylko jak coś jej bardzo nie pasuje i jest bardzo ciekawa świata. Najchętniej cały czas siedziałaby na rękach i zwiedzala świat. Nie powiem, czasem jest to trochę upierdliwe, bo ciężko jest coś zrobić z domu z takim misiem koala, ale ja to lubię. Kiedy trzyma się ja na rękach siedzi sztywno jak drucik, a trzy dni temu pierwszy raz odwróciła się z pleców na brzuszek, więc skończyły się czy, kiedy można było na moment spuscic ja z oka. Kombinowala już dawno ale dopiero ostatnio jej się to udało. Lusia jest wpatrzona w starszego brata jak w obrazek, Junior zakochany po uszy w siostrze, ciągle na tuli i całuje, a my się śmiejemy, że musimy ich teraz nagrać i bedziemy im to pokazywać jak zaczną się tluc :-P
I jest tak jak ma być. Chwilo trwaj.

Tymczasem zmykamy na nadmorskie gofry, a jutro świętujemy rocznicę ślubu :-) już 6 ;-) niedługo Junior wraca do przedszkola, a ja będę miała więcej czasu na pisanie, bo mnóstwo tematów czeka. 

piątek, 13 lipca 2018

Nasza nowa rzeczywistość

Patrzę w kalendarz i oczom nie wierzę. Za 4 dni Lusia będzie na nami już i dopiero 2 miesiące. Już - bo wydaje mi się, że dopiero się urodziła, zupełnie jakby to było wczoraj. Dopiero - bo mam wrażenie, jakby była z nami od zawsze i ciężko mi się przypomnieć czasy, kiedy Jej nie było, a przecież to było całkiem niedawno. A jak nam się żyje we czworo? Super! Jako podwójna mama czuje się naprawdę spełniona i cieszę się, że Lusia jest z nami. Jakby wróciła do domu po długiej podróży, takie brakujące ogniwo, wiecie co mam na myśli. To tak w kwestii uczuć. A od strony technicznej radzimy sobie całkiem nieźle. Baliśmy się trochę reakcji Juniora na pojawienie się siostry, od początku ciąży przygotowaliśmy go na to, jak wiele się zmieni i wygląda na to, że się udało, choć przyznaję, że rzeczywistość przerosła moje najśmielsze oczekiwania i marzenia, bo... Juniorowi odbiło i to całkiem konkretnie. Na punkcie siostry mu odbiło :) Nie odstępuje Jej na krok, cały czas za Nią chodzi, przytula Ją,całuje, pilnuje i nie daj Boże, żeby ktoś obcy zajrzał do Niej do wózka, albo (o zgrozo!!) wziął Ją na ręce. Czai się wtedy jak rasowy pitbull gotowy do ataku w razie najmniejszych oznak zagrożenia. Serio :) Takiej reakcji na Lusię ani trochę się nie spodziewaliśmy i naprawdę cieszymy się, że tak wyszło.
A jaka jest Lusia? Póki co bardzo spokojna. Bardzo dużo śpi, w nocy budzi się tylko raz około 3, a zdarza się, że przesypia całą noc licząc od północy. Wstaje zazwyczaj koło 7-8 i zaczyna swoje ulubione zajęcie dnia - jedzenie. I ma to swoje efekty, bo 8-tygodniowa Lusia prawie podwoiła swoją wagę z dnia wypisu ze szpitala. Waży już 5400 i nosi ubranka w rozmiarze 62/68. Zaczynaliśmy od rozmiaru 50, bo wszystko co mieliśmy w domu było na Nią za duże i musieliśmy szybko kupować mniejsze ubranka, a później nagle koleżanka nagle wskoczyła w 62, kompletnie pomijając 56. Kończymy też Pampersy 2 i przechodzimy na 3, bo 2 zaczęły się robić przyciasne w pasie :) Także możecie sobie wyobrazić jaka z Niej kluseczka :) No i uwielbia być na rękach, a najlepiej śpi Jej się na kimś, stąd też taka długa przerwa od mojego ostatniego posta, bo nie za bardzo miałam możliwość pisania, nawet jak Lusia spała. Mogłabym napisać na telefonie, ale mam nowy model i jest jakiś dziwny. Komentarz da się na nim napisać, ale posty już trochę trudniej. Poza tym Junior ma teraz wakacje w przedszkolu, więc też jest trochę absorbujący, bo co chwilę chce jeść, pić albo jeszcze coś innego. No i z nim też muszę coś porobić od czasu do czasu, żeby nie czuł się odrzucony. Na początku sierpnia jedziemy nad morze, więc znowu pewnie mnie tu nie będzie, ale po powrocie postaram się pisać w miarę regularnie.
Byłam ostatnio u ginekologa i dostałam zielone światło na wysiłek fizyczny. Wszystko wróciło do normy, podobno nie ma nawet śladu po szwach, więc powoli zaczynam ćwiczyć. Do tej pory chodziłam na długie spacery (z Juniorem jest to trochę utrudnione), a teraz chcę zacząć robić dodatkowe ćwiczenia, żeby zrzucić to co wyhodowałam sobie przed ciążą. Cel - do zrzucenia 10 kg i będę się czuła naprawdę fajne przy wadze docelowej. Niby niewiele i powinno jakoś gładko pójść, zwłaszcza, że karmię piersią. Trzymajcie kciuki. Nawet kupiłam sobie wagę, co w moim przypadku jest już czystą desperacją, bo waga łazienkowa to dla mnie największe złoooo… :)

Zaczęliśmy też organizować chrzest Lusi. Największym wyzwaniem był wybór rodziców chrzestnych. Chcieliśmy wybrać kogoś, z kim mamy w miarę częsty kontakt, żeby nie było tak, że Lusia będzie ich widywać raz w roku albo jeszcze rzadziej. W sumie Juniorowi też tak wybieraliśmy chrzestnych, ale nie trafiliśmy, bo o ile z chrzestną widuje się w miarę często i ma z nią świetny kontakt, tak chrzestny generalnie ma wszystko gdzieś i jak zjawi się na jego urodziny to wszystko. Nie spodziewałam się tego, bo wcześniej naprawdę często się widywaliśmy i było jakoś inaczej, a tu nagle zonk. Ale w sumie czego ja oczekuję, skoro jego żona w momencie jak go poprosiliśmy o bycie chrzestnym Juniora powiedziała "no tym razem Ci jeszcze pozwolę, ale masz już za dużo chrześniaków". Bez komentarza...

Chyba muszę zacząć notować to, o czym chcę napisać, bo jeszcze wczoraj wieczorem miałam mnóstwo tematów w głowie i zastanawiałam się jak to ze sobą połączyć w jednym poście, a tu napisałam trochę i nie pamiętam co miało być dalej. Standardowo...