piątek, 19 stycznia 2018

Nie porwalo nas i rozwiązanie zagadki 😉

Powiem Wam, że wczorajsza wichura napędziła nam niezłego stracha. Mieszkamy na bardzo otwartej przestrzeni i każdy wiatr jest u nas bardzo odczuwalny, a takie wichury brzmią jak jakiś armageddon. Na zewnątrz huczało, więźba dachowa trzeszczała od naporu wiatru, a ja mało zawału nie dostałam jak tego słuchałam. Mężu rano posprawdzał wszystko, ja też obeszlam cały dom trzy razy, ale całe szczęście jest ok. U sąsiadów widzę siedzą na dachu i coś poprawiają. Nie lubię takiej pogody. Junior wybrał najlepszą strategię i całą akcję przespał. W sumie dobrze, bo to taki panikarz, że głowa mała. Gdyby jeszcze doszło nam jego cudowanie, to byłby bardzo ciężki wieczór 😜 na szczęście jak obudziłam się o 2 w nocy już nie wiało, teraz też spokój, pada za to bardzo mokry śnieg, który pewnie się roztopi i zostanie tylko błoto. Cudownie.

A ja właśnie gotuję ziemniaki. Kuchnia serwuje dzis pierogi ruskie na specjalne zamówienie chłopaków. Odkąd skończył się mój areszt obudził się we mnie instynkt kuchary 😜 właściwie ja zawsze lubiłam gotować, ale jak się wraca z pracy o 16:30, człowiek zmęczony i głodny to zazwyczaj robiłam coś na szybko, a jakieś bardziej konkretne dania zostawiałam na sobotę. Teraz mam czas, więc wyskakuję sobie na zakupy i eksperymentuję 😁 robię potrawy, których nigdy nie robiłam i o dziwo nawet mi wychodzą. Ostatnio pierwszy raz robiłam rolady śląskie. Wyszły niczego sobie. A i Mężu wygląda na zadowolonego 😁 tylko Junior marudzi, bo ciągle coś mu nie pasuje, ale do tego już się przyzwyczaiłam i jednym uchem wpuszczam, a drugim od razu wypuszczam 😜

No, a teraz punkt kulminacyjny programu. Pora uchylić rąbka tajemnicy, bo już wszystko jasne 😉 Jak wiecie byłam w środę u Doktorka. Ostatnio ledwo chodzę, bo bolą mnie pachwiny i okazało się,  poluzowaly mi się jakieś łączenia i chrząstki. Powiedział, że tak jak jest teraz to nic groźnego,  musimy monitorować. No i będzie boleć. I boli.  Na szczęście mamy już z górki. Miałam USG połówkowe, więc wizyta trwała ponad pół godziny. Doktorek pomierzył wszystkie organy, wykluczył wszystkie potencjalne wady, które byłby w stanie wykryć i wszystko jest prawidłowe. Po krwiaku też nie ma śladu, więc odetchnęliśmy z wielką ulgą. I zlecił mi moje ulubione badanie - test obciążenia glukozą. Bleeee... na samą myśl dostaję gęsiej skórki. No i Pędraczek w końcu ujawnił kim jest. Zdania w rodzinie i wśród znajomych były bardzo podzielone. Jedni obstawiali chłopca, inni dziewczynkę. Ja na początku obstawiałam dziewczynkę, później byłam przekonana, że to chłopczyk. I jak myślicie zgadłam? A no nie zgadłam. Tadam tadam... to dziewczynka 😁 przyznaję, zaskoczenie było spore, ale bardzo się cieszę. Z chłopczyka też bym się cieszyła. Najbardziej baliśmy się reakcji Juniora, bo on marzył o bracie, ale o dziwo na wieść o siostrze powiedział tylko "aha" i po sprawie. I też się cieszy. W sklepach wybiera dla niej zabawki, kaszki i generalnie jest zadowolony 😁 ufff. Co do imienia to będzie problem, bo każdy ma inny pomysł, ja osobiście nie mam żadnego, więc trzeba będzie coś wymyślić.

Ok, lecę robić farsz. Miłego weekendu 😁

czwartek, 11 stycznia 2018

Grunt to dobra organizacja

Muszę wam powiedzieć, że strasznie mnie rozleniwiło to moje L4, zwłaszcza na tym etapie leżącym. Wtedy wiadomo musiałam leżeć i pachnieć, bo nie wolno mi było robić nic innego. Siła wyższa. Później były święta, więc też czas maksymalnego rozluźnienia, między świętami a Nowym rokiem, a także w kilka pierwszych dni tego roku mieliśmy trochę do ogarnięcia, więc wypoczywać za bardzo się nie dało. Ale w końcu nadszedł ten tydzień, chłopaki odesłani do pracy i do przedszkola, a ja wreszcie mam upragniony spokój przez kilka godzin. Ale... w poniedziałek nie potrafiłam się w tym odnaleźć. Nie umiałam zorganizować sobie dnia w taki sposób, żeby go całkowicie nie zmarnować. I tak zaczęłam robić kilka rzeczy, ale niewiele z nich skończyłam, a wieczorem miałam wyrzuty sumienia, że bez sensu przebimbałam tyle godzin. We wtorek musiałam wyskoczyc na chwilę do pracy, żeby wytłumaczyć coś koleżance, która mnie zastępuje, więc ten dzień trochę był już bardziej poukładany, a później przeczytałam wpis Ani z viva la życie i jakby , ktoś zapalił światło. Lista rzeczy do zrobienia na dany dzień. No jasne, dlaczego na to wcześniej nie wpadłam?? W pracy funkcjonuję własne na takiej zasadzie. Mam swój kalendarz, w którym zawsze piszę listę rzeczy do zrobienia w danym dniu i po kolei odhaczam to, co już zrobiłam. I to się zawsze sprawdza, bo nie umykają mi różne drobiazgi. I za rada Ani wczoraj zrobiłam sobie taką listę od razu do piątku. Wczoraj zrobiłam wszystko co zaplanowałam i bardzo dobrze się z tym czułam. Lista rzeczy na dzis już czeka i aż chce mi się zabierać za to co mam zrobić, bo mam niesamowitą satysfakcję z tego kiedy lista zaczyna się kurczyć. Jasne, że mam też czas na zwykle leniuchowanie, przecież muszę korzystać póki mam taką możliwość. Ale teraz mam pewność, że dzięki dobremu planowi wreszcie zrobię np porządek w dokumentach, który odkładam już zdecydowanie za długo. Albo uzupełnię album Juniora. Albo przejrzę jego ubranka, bo znowu wyrósł z mnóstwa rzeczy. I tak dalej... także wracam na swoje tory i bardzo mi z tym dobrze.

A tymczasem dotarliśmy do półmetku ciąży. Jestem teraz w połowie 20 tygodnia i można powiedzieć, że mamy już z górki. Maluch coraz śmielej sobie poczyna w brzuchu, brzuch też rośnie. W sumie myślę, że jak na 5 miesiąc mam ten brzuch całkiem spory. Moja koleżanka jest teraz w 8 miesiącu i ma niewiele większy 😜 nic złego się nie dzieje, dobrze się czuje, choć czasem czuje się strasznie ciężko. Przy myciu zębów wyglądam jak wampir, bo krwawia mi dziąsła, ale jest ok. No i w kościele płaczę na kolędach 😁 w środę wizyta u Doktorka, usg połówkowe i może dowiemy się co tam Pędrak chowa między nóżkami 😜

A jeszcze powiem wam tylko jaj było na kolędzie. Byliśmy w szoku. Z poprzednim księdzem była to wizyta na zasadzie wpaść, odklepać modlitwę, zawinąć kopertę i w długą. Rok temu był u nas dokładnie 4 minuty. Sprawdzałam 😜 Nowy ksiądz przyszedł z uśmiechem na twarzy, na spokojnie, rozmowa na luzie i bardzo sympatyczna, Junior dostał smakołyki, czym ksiądz ostatecznie go kupił. Siedział 15 minut i naprawdę byliśmy mile zaskoczeni, że tak może wyglądać kolęda.
Dobra koniec gadania, czas zebrać się w sobie i realizować listę 😜  miłego dnia.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Bezsenność nie w Seattle

Tak, dopadła mnie małpa. Prawie tydzień mało co śpię w nocy. Cały dzień chodzę zmęczona, a że w dzień w życiu na zasnę, po południu jestem ledwo żywa jak zombie, a jak przychodzi pora spania to koniec. Po spaniu. I nie mogę zasnąć. A jak już zasnę, to budzę się po dwóch, góra trzech godzinach i przewracam się z boku na bok. A później od nowa. Zmęczona już jestem jak nie wiem, ale nie mogę nic na to poradzić. Znacie dobry sposób, żeby spać normalnie?

Kolędę dziś mamy. Ciekawe co to za ksiądz przyjdzie. Ciekawe, bo nowy jest i nie wiemy jak to u niego wygląda. Długo pewnie nie zabawi, bo zaczyna od nas, a ma do zaliczenia sporo  domów. Także zobaczymy. Dobrze, że już dziś przyjdzie, będziemy mieć z głowy.
Powiem Wam, że ostatnie dwa tygodnie mieliśmy na mega obrotach. Ruszyliśmy z kopyta do realizacji planu "kończymy chałupę" i jesteśmy na dobrej drodze. Jeździliśmy po sklepach (ikea rządzi 😁), kupowalismy, skręcalismy, ustawialismy, a później sprzatalismy. Ale efekt jest mega. Mogę śmiało powiedzieć, że efekt przeszedł moje wyobrażenia. W pewnym momencie myślałam, że wyjdzie kaszana i że to nie ten kierunek, który chciałam, ale Mężu się uparł i trzymał się twardo pierwszej wersji i dobrze, bo wyszło super. Góra prawie skończona, zostało założyć listwy i jedne drzwi zrobić, bo muszą być na zamówienie, ale to może w przyszłym miesiącu. No i kilka drobnych rzeczy na zewnątrz jak przyjdzie wiosna. I wreszcie usiądziemy na doopce. Po 3,5 roku mieszkania 😜 także jest dobrze.
Miałam wziąć zaraz psa i iść na dluuugi spacer, ale po pierwsze primo pogoda dzis do bani, a po drugie primo muszę trochę dom ogarnąć na tego księdza, więc spacer taki raczej symboliczny będzie, bo później po Juniora do przedszkola. Także kończę, bo trzeba ruszyć zadek do roboty. Już prawie 10, a ja w lesie. Miłego dnia.

środa, 3 stycznia 2018

I mamy 2018 rok

Powiem Wam, że nie mam pojęcia kiedy tren 2017 rok minął. Wydaje mi się jakby dopiero był tamten Sylwester, a tu minął już kolejny. Jak siedziałam jeszcze w areszcie domowym zanim lekarz pozwolił mi wychodzić z domu zrobiłam sobie w głowie małe podsumowanie tamtego roku i pierwszy raz od dwóch lat bilans wyszedł mi na plus. I to zdecydowanie na plus.
 Po pierwsze dobrze zaaklimatyzowalam się w nowej pracy, jestem tam doceniana, dostałam wreszcie umowę na stałe i jestem naprawdę bardzo zadowolona.
Po drugie Junior zdecydowanie mniej chorował i chyba powoli nabiera odporności. To dobrze, bo wcześniejszy rok minął nam pod znakiem ciągłych chorób.
Po trzecie jakoś tak w miarę spokojnie było pod względem kłótni i z mężem i z rodzicami. Nie mówię, że nie było żadnych spięć, bo były, ale jakieś takie w miarę nieszkodliwe.
Po czwarte roboty przy domu jest coraz mniej. W sumie zostały trzy rzeczy do zrobienia i będzie można wreszcie usiąść na dupce i cieszyć się odpoczynkiem.
Po piąte udało mi się przełamać i wrócić do pisania. Okazało się, że brakowało mi tego bardziej niż podejrzewałam. I cieszę się, że wróciłam.
No i po szóste i najważniejsze czekamy na Pędraczka. Mimo miesiąca strachu i obaw udało się przetrwać i teraz w miarę możliwości na spokojnie czekamy na malucha. Choć jakiś niepokój cały czas bedzie dopóki Pędrak cały i zdrowy nie opuści mojego brzucha.
Z minusów doliczylam się w sumie tylko jednego. Przed ciążą niestety przybyło mi kilka nadprogramowych kg. Nie chodzi o to, że jakos monstrualnie sie zapaslam, ale generalnie nie zakladalam takiego rozwoju wypadków. No cóż po porodzie trzeba będzie ostro wziąć się za sobie i tyle 😜
A jakie plany na 2018?
Właściwie tylko trzy - szczęśliwie urodzić, później schudnąć i skończyć wreszcie chałupę 😉
No i pisać... 🙂
Szczęścia w Nowym Roku wam życzymy!!!

piątek, 22 grudnia 2017

Melduję na szybko

Dziś bardzo krótko. Melduję się tylko po wizycie u Doktorka.
Najważniejsza wiadomość jest taka, że wszystko jest w porządku. Krwiak zniknął i wszystko w środku jest tak jak być powinno. Infekcja też wyleczona, dzidziuś pięknie rośnie i oby kłopoty na tym się skończyły. Mam nadzieje, że już do końca będzie ok. Oficjalne zakończyłam tez areszt domowy. Hurra!! Miałam nadzieję, że w ramach świątecznego prezentu Pędrak ujawni kim jest, ale tak się ułożył, że nijak nie dało się podejrzec co tam chowa między nóżkami, a młode współpracować nie miało zamiaru. Także nadal tajemnica 😉 choć w sumie z tym to nigdy nie wiadomo- koleżanka wczoraj urodziła, do samego końca miał być syn, a z brzucha wyszła córka 😉

piątek, 15 grudnia 2017

Że za chwilę święta??

Zauważyłam ostatnio pierwsze podobieństwo tej ciąży do ciąży z Juniorem. Sny... gdybyście tylko wiedziały jakie ja mam sny... w sumie wiedziałam, że tak jest, bo poprzednio też było ciekawie, ale powiem wam, nie nie AZ tak 😉 teraz szczegóły nie nadają się do opowiadania w miejscu publicznym, serio 😜 może to przez przymusowy "post" i emocje  muszą jakoś znaleźć ujście, no to znalazły sobie taki sposób. I w sumie chyba nie będę narzekać z tego powodu. No i nie pamiętam czy ostatnio też tak było, ale wyrażam się jak baba w ciąży 😜 ostatnio poryczalam się na reklamie allegro 😁 także ten... hormony, niedotlenienie mózgu spowodowane przymusowym aresztem domowym czy co tam jeszcze innego - w każdym razie jest jak jest. A i jeszcze powiem Wam, że to 16 tc, a ja coraz częściej i coraz wyraźniej czuje bąbelki od Pędraka. Łaskocze mnie coraz wyraźniej i bardzo mnie to cieszy,  daje nadzieje, że wszystko jest ok. Junior uaktywnil się w 17 tc. Choć może to było wcześniej, ale wtedy nie wiedziałam czego się spodziewać.
Robiłam ostatnio badania i wyniki wyszły mi bardzo dobre, więc może mój areszt niedługo się skończy. Wszystko zależy od tego nieszczesnego krwiaka. Przez to nadupiesiedzenie tak mi trochę głupio, bo święta za pasem a u nas nijak tego nie widać. Jutro muszę zagonic Mężowatego do sprzątania. Niech on się w tym roku wykaże trudno siła wyższa. Jeszcze prezenty trzeba jakoś ogarnąć. Na szczęście wiemy już mniej więcej co komu i uda nam się załatwić temat w jednej niewielkiej galerii niedaleko od nas. Plan jest taki, że załatwimy temat w środę po Doktorku. Tylko Juniora trzeba będzie sprzedać dziadkom na jedno popołudnie. Jeszcze śniegu mogłoby trochę spaść, bo piszesz ta zieleń za oknem w ogóle nie czuć, że za tydzień z małym haczykiem będą święta.
Junior w przyszlym tygodniu ma wigilię w przedszkolu. W sumie to jego pierwsza taka wigilia z kolegami. Rok temu się nie załapał, bo akurat miał ospę i od 7 grudnia do przedszkola nie chodził. Ciekawe jak mu się będzie podobało.
Rozmawiałam dzis z szefem. Powiedział, że im mnie brakuje, ale żebym się nie martwila, bo jakoś dają radę. Maja dwie kandydatki na moje miejsce na zastępstwo, ale zapytał czy mogłabym pogadać z nimi chwilę piszesz telefon i powiedzieć co o nich sądzę, bo w sumie to mogę sobie wybrać, bo to mnie będą zastępować. I dodał jeszcze, żebym wypoczywala ile trzeba, a moje miejsce będzie na mnie czekać. Nie powiem, miło mi się zrobiło i tylko utwierdziło mnie to w przekonaniu z że dobrze trafiłam. Umówiliśmy się, że jeśli wszystko będzie u mnie ok to przeszkole ta nowa osobę, żeby wiedziała co i jak. I wyjdę trochę do ludzi, bo po 2,5 tyg w czterech ścianach kota już dostaję i nawet wypad na pobranie krwi jest dla mnie wydarzeniem tygodnia 😜
Miłego weekendu i udanych porządków świątecznych 🙂

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Jest dobrze

Od wizyty w szpitalu minęły już prawie dwa tygodnie. Jest dobrze. Przynajmniej tam myślę. Od tamtej pory nic się nie działo. Trzy razy dziennie biorę leki i mam nadzieję, że pomagaja i że wszystko wróci do normy, a my do normalnego rytmu. Staram się leżeć ile się da, od czasu do czasu wstaje na trochę bo boli mnie już każda pojedyncza kosteczka, ale zawzielam się i choćbym miała leżeć do końca to damy radę. Za 9 dni wizyta u Doktorka i dowiemy się jak się sprawy mają.
Powiem Wam, że przez tą cala sytuację zrozumiałam dokładnie co to znaczy, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Rodzice i babcia wiadomo dzwonią codziennie zapytać co tam. Teściowa tradycyjnie na wszystko w doopie, nawet mnie to nie zaskoczyło, choć zastanawiam się jak można być taka zimna osoba. Ale cóż jej wybór. Mam za to taka przyjaciółkę, którą znam od dziecka. Różnie między nami bywało. Najpierw byłyśmy nierozlaczne, później miałyśmy bardzo poważny kryzys i nasza przyjaźń zawisła na włosku. Wydawało się, że wszytko runie z hukiem, ale jakoś przetrwalysmy i powoli odbudowalysmy wszystko kamyk po kamyku. Co prawda teraz nie spotkamy się tak często jak kiedyś. Wiadomo dzieci, praca, dom, ale cały czas jesteśmy w kontakcie. I to właśnie ona codziennie dzwoni i pyta czy wszytko ok, dotrzymuje mi towarzystwa wirtualnie, a trzy razy wpadla w ciągu dnia z babeczkami i z pomaranczami ot tak na chwilę. I powiem wam, że to dla mnie prawdziwa przyjaźń. Nie taka lukrowana, tylko taka, na którą można liczyć własne w takich chwilach.

Oprócz tego przygotowana do świąt zaczynają nabierać intensywnosci. Zamówiłam dziś prezent pod choinkę da Męża, dla Juniora szukam jakiejś fajnej gry i jakiegoś drobiazgu. Nie mam jeszcze konkretnego pomysłu, ale w tym tygodniu trzeba ogarnąć temat prezentów dla wszystkich. W sobotę chłopaki wybierają się po choinkę i wtedy już naprawdę poczujemy święta. Żeby tak jeszcze choć trochę śniegu spadło... szkoda, że na to nie mamy wpływu.

A ja w międzyczasie czytam. Czytam, czytam i czytam. Kończę właśnie trzecią książkę, jak już ja przeczytam napisze post o tym swoich wrażeniach z ostatnich książek. Może pod choinkę dotrze jakaś świeża dostawa pachnących nowością czytadel? Mikołaju, poproszę 😉