sobota, 12 maja 2018

Bez zmian

Gdyby ktoś się zastanawiał my dalej w szpitalu. I dalej w dwupaku. 9 doba. Wyniki poleciały jeszcze bardziej. Po weekendzie okaże się co dalej. Jest spora szansa, że Lusia dolączy do nas już w przyszłym tygodniu. A ja póki co stwierdzam, że nie nadaję się do chorowania, a już zwłaszcza w szpitalu. Boli mnie każda część ciała od tego łóżka, na korytarzu wydeptuję coraz głębsza ścieżkę od chodzenia tam i z powiem, znam już wszystkich lekarzy, położne i salowe, pochłaniam książki szybciej niż kiedykolwiek, a Mężu został moim osobistym bibliotekarzem. Przybieranie na wadze zakończę na +9 kg, bo na szpitalnym wikcie nie sposób przytyć. Dobrze, że chociaż śniadania i kolację sa dobre. Poza tym jestem na ścisłej diecie, więc nawet nie mogę sobie podjadac. Czadowo. Lusia nie lubi ktg i za każdym razem wierzga próbując strącić głowice z mojego brzucha. Ma to po bracie, bo on też tak robił. Synuś dzielnie znosi rozstanie, ja zdecydowanie gorzej, bo mimo codziennych odwiedzin tęsknię jak diabli i generalnie chce do domu.
Trzymajcie kciuki, żeby nasza męka dobiegła niedługo szczęśliwego końca i żebyśmy wróciły z Lusia do domu.

wtorek, 8 maja 2018

Zwrot akcji

Majówka, majówka i po majówce. Nie powiem minęła nam dość pracowicie, staraliśmy się wykorzystać czas do maksimum na ogarnięcie koło domu tego co było do ogarnięcia, na wycieczki cala trójką. I jak się ostatecznie okazało bardzo słusznie, bo zakończyliśmy majówkę z przytupem. Tzn ja i Lusia, boooo... jesteśmy w szpitalu. Jeszcze w dwupaku. Trochę poleciały mi wyniki, w piątek akurat miałam wizytę u Doktorka, który zarządził pobyt w szpitalnym SPA, czyli patologia ciąży welcome to. I tak kiblujemy. Nic specjalnego się nie dzieje, badanie dwa trzy dziennie, tabletki i tyle. Lusia jest już duża, przekroczyła magiczną granicę 3kg, więc jest ok. Dobitnie pokazuje, że jest ze mną w tej niedoli i harcuje w brzuchu na całego. Jeśli jutro wyniki będą lepsze to wyjdziemy, a jak nie, to mi wtedy powiedzą co dalej. Trzymajcie kciuki, żebym jeszcze mogła pobyć w domu przed porodem. Przy okazji wyszła taka niespodzianka, że okazało się, że jednak jestem o tydzień do przodu, więc zaczynam już 38 tc. Więc już blisko, coraz bliżej.
Do dziś rana miałam fajne dziewczyny na sali, a dzis dostałam nową dostawę. Jakieś takie dziwne sa. W ogóle powiem wam, że przez tych kilka dni to widziałam tu tyle różnych osobowości, że starczyłoby tematów na kilka kolejnych postów 😜 jak chcecie to mogę wam opisać następnym razem.
Także kochane moje trzymajcie za nas kciuki. Albo niech nas puszczą albo niech tną - już mi wszystko jedno.

środa, 25 kwietnia 2018

Z rodziną najlepiej na zdjeciu...

Od wczoraj siedzi mi w głowie refren piosenki Maleńczuka:

Gdzie jesteście przyjaciele moi
Odpłynęli w sinej mgle               
Kogo to obchodzi kiedy boli       
Tylko ciebie kiedy idzie źle

Jakie to prawdziwe...

Wczoraj tak siedziałyśmy sobie z Mamą przy herbatce na tarasie i doszłam w sumie do smutnego wniosku. Mieszkamy u siebie już 4 lata i zauważyłam, że grono naszego towarzystwa przez ten czas wyraźnie się skurczyło. Nawet bardzo wyraźnie. I co ciekawe nie wykruszyli się przyjaciele, bo Ci akurat zostali w niezmienionym składzie, co niesamowicie mnie cieszy, a wykruszyła się rodzina. Przykre, bo wychodzi tu czarno na białym, że z rodziną najlepiej na zdjęciu. A co takiego się zmieniło? Ano to gdzie mieszkamy. I nie chodzi o to, że mieszkamy gdzieś na zadupiu, czy że wyprowadziliśmy się na drugi koniec kraju, nie - mieszkamy 5 km od poprzedniego miejsca, więc to praktycznie żadna różnica. Chodzi dokładnie o dom sam w sobie. O to, że ten dom mamy. Dość długo wmawiałam sobie i tłumaczyłam, że sama się nakręcam, dopóki w święta nie usłyszeliśmy tego dosłownie. Wprost. Od kuzynki Męża. Z wrażenia już dokładnie nie pamiętam o co dokładnie chodziło, coś tam o wakacjach rozmawialiśmy i mówiliśmy, że w tym roku nie wiemy czy gdzieś pojedziemy, bo Lusia będzie bardzo malutka, ale za to zaoszczędzimy sobie do przyszłego roku i może wybierzemy się gdzieś za granicę. Co kuzynka Męża podsumowała słowami "No jak to, nie stać Was? Przecież macie dom, to bogaci jesteście". Szczęka opadła mi na podłogę i nawet nie wiem co Mężu jej odpowiedział, ale wtedy dosadnie dotarło do mnie o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi i że jednak sobie nie wkręcam. I powiem Wam, że smutne to jest i przykre. Owszem, mamy dom, całkiem ładny nawet, ale sami ciężko sobie na ten dom zapracowaliśmy. Z nieba nam nie nakapało. Tylko my i nasi najbliżsi wiedzą ile wyrzeczeń nas to kosztowało. Ile musieliśmy i nadal musimy z siebie dawać w pracy, żeby zarabiać tyle ile zarabiamy. A żeby mieć taką, a nie inną pracę też musieliśmy na to ciężko zapracować. Szkoła, studia, języki itd., ale tego nikt nie bierze pod uwagę. Liczy się to, ze MAMY DOM. Akurat ta kuzynka Męża za wiele się w życiu nie napracowała, ani w szkole, ani w pracy. Przez jakiś czas wynajmowali z mężem mieszkanie, ale stwierdzili, że za drogo i wrócili do rodziców, którzy ich w dużym stopniu utrzymują (wiemy to z pierwszej ręki, od mamy tej dziewczyny), a młodzi latają z jednej imprezy na drugą. My co miesiąc płacimy ratę kredytu i każdą zaoszczędzoną kwotę wkładamy w rzeczy, które zostały nam na wykończenie rzeczy, które jeszcze czekają na swoją kolej. Moja rodzina wcale nie jest lepsza. Kiedy pierwszy raz padło hasło, że będziemy się budować reakcja była "oo super, będzie gdzie grilla robić i przyjeżdżać na kawę na świeżym powietrzu, dzieci będą się razem bawić na podwórku, czad!" No zapowiadało się naprawdę nieźle. I taka wersja się utrzymywała, do pierwszej wizyty po naszej przeprowadzce. Niby uśmiechy, no fajnie zrobiliście, fajnie, ale... od tamtej pory z dnia na dzień wszyscy po kolei zaczęli się robić strasznie zapracowani, już rozmyślili się co do kawki i grilla, no brak czasu i w ogóle zarobieni jesteśmy. I to kilkoro moich kuzynów i kuzynek. Dzwoniłam, pisałam Smsy, pytałam co słychać, zapraszałam, proponowałam spotkania to u nas, to u nich, to na neutralnym gruncie. Albo nikt nie miał nagle czasu, albo w ogóle nie było odpowiedzi. W końcu dałam sobie spokój, bo ile można się komuś narzucać. Już mi głupio było, że to ja ciągle pierwsza zagaduję i odpuściłam. Tłumaczyłam sobie, że może faktycznie, czasy takie, a nie inne, ale teraz już wiem o co chodzi i moja Mama wczoraj potwierdziła moje przypuszczenia, bo też słyszała dokładnie takie same słowa, jak my w święta. Na szczęście mamy ten przywilej, że trafili nam się prawdziwi przyjaciele i mamy 5-6 takich par, na które zawsze można liczyć, jak to mówią w zdrowiu i w chorobie. Takich na którzy są z nami, mimo że jesteśmy tacy "bogaci". I to mnie bardzo cieszy.

Miłego dnia życzy Wam śpiąca na kasie "bogaczka" ze spuchniętymi stopami :P

czwartek, 19 kwietnia 2018

Do startu...

Mogę głośno powiedzieć, że nam się udało i ryzyko cc zostało zażegnane. Nasza Lejdi prawidłowo ustawiła się w blokach startowych i czekamy. Zostało 6 tygodni z małym haczykiem. Lusia okazuje się jest całkiem spora, bo na tych 6 tygodni przed wyjściem waży już 2400g (!!), więc w ciągu 3 tygodni przybrała na wadze 700g, Doktorek powiedział, że to dużo. Mam nadzieję, że przy urodzeniu pójdzie jednak w ślady brata (3700g), bo jak się za bardzo z wagą rozhula, to znowu wróci ryzyko cc. No ale poczekamy, zobaczymy. Póki co niech sobie grzecznie czeka i zdrowo rośnie. Damy radę.
Mamuśka (czyli ja) rozkręciła się w przygotowaniach. Wszystko wyprane, wyprasowane czeka w komodzie na Małą użytkowniczkę, ja czekam na dostawę ostatnich rzeczy i będę pakować torbę do szpitala, w poniedziałek zamawiamy wózek i fotelik i zostanie nam tylko przygotowanie łóżeczka i końcowe sprzątanie chałupy już przed samym wykluciem się Lusinki. Jaaaaa.... Normalnie zaczynam czuć, że to prawie już :) Junior też zaczął odliczanie i codziennie dopytuje się za ile dni siostra się urodzi. Ten i kolejny tydzień poświęcam za załatwienie spraw, które muszą już teraz być załatwione, a później planuję spokojnie czekać na rozwój zdarzeń.

Na koniec tego tematu opowiem Wam coś śmiesznego, co niedawno usłyszałam.
Otóż moje drogie, wyobraźcie sobie, że najnowsze "badania" dowodzą, że ból porodowy jest tak silny, że rodząca kobieta NIEMAL jest w stanie poczuć co czuje przeziębiony mężczyzna :))))))

Powiem Wam, że dopiero teraz, 4 lata po przeprowadzce do naszej chałupki w pełni doceniłam uroki mieszkania w tym miejscu. Dopiero jak wylądowałam na nieplanowanym L4 i spędzam większość czasu na miejscu. No bo wcześniej do domu wracaliśmy tak naprawdę się przespać, a w weekendy nadrabialiśmy zaległości z całego tygodnia, kiedy byliśmy w pracy. No ok, na początku mojego L4 pogoda była pod psem, a i ja leżąc byłam cała w nerwach i strachu, więc za bardzo tego nie odczułam. Ale teraz, jak przyszła wiosna pokochałam to miejsce jeszcze bardziej. No bo na przykład w tej chwili siedzę sobie z herbatką i laptopem przy stole na tarasie i piszę. Wyłączyłam wszelkie źródła dźwięku w domu. Żadnego z naszych najbliższych sąsiadów nie ma w domu, bo wszyscy są w pracy. A ja co robię? Rozkoszuję się ciszą. Jest bosko. Świeci słońce, na niebie nie ma ani jednej chmurki, ptaki śpiewają jeden przez drugiego, wieje lekki wiaterek no normalnie wiejska sielanka. Wczoraj wieczorem jak położyłam się spać około 23 uchyliłam lekko drzwi balkonowe w sypialni, noce ciepłe, to niech wpada świeże powietrze, lepiej się wtedy śpi. I wiecie co robiłam? Przez jakąś godzinę leżałam w łóżku i słuchałam żabiego koncertu. No mówię Wam, coś pięknego. Nawet Mężu łaskawie nie sapał ani nie chrapał, więc mogłam sobie spokojnie słuchać.
I pomyśleć, ze po kilku miesiącach mieszkania tutaj miałam taki kryzys, ze miałam ochotę rzucić to wszystko w cholerę i wrócić skąd przyszliśmy. Wcześniej nie mieszkaliśmy w jakimś dużym mieście, raczej w miasteczku, niespełna 10 tys mieszkańców. Teraz też nie mieszkamy w buszu, do Miasteczka mamy 5 minut jazdy samochodem, pieszo to jakieś 30 minut marszu, może trochę mniej. A ja wtedy czułam się jak na totalnym odludziu. Wszędzie było mi daleko, brakowało mi ludzi, samochodów, sklepów itd. A teraz jak większość niedzieli spędzamy u rodziców w Miasteczku, a później wracamy do domu czuję się zmęczona jak po maratonie i odpoczywam w tej naszej ciszy. Mamy widok na pola, las i góry w tle, więc jak z obrazka. Lubię tak sobie usiąść i po prostu patrzeć. I nie zamieniłabym tego miejsca na żadne inne. No chyba, że nad morzem :P


czwartek, 12 kwietnia 2018

Uwaga! Baba (w ciąży) za kółkiem!

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Należę do tych osób, które drą japę za kierownicą... wróć! Należę do tych osób, które niebywale pięknie śpiewają za kierownicą 😁 generalnie żadna siła nie zmusi mnie do śpiewania, no chyba, że jestem sama w domu, a radio nadaje coś super hiper albo sama sobie nadam ulubioną płytę. Ale jak tylko wsiadam za kółko przeskakuje mi jakiś pstryczek elektryczek w głowie i ujawniam ukryte pokłady mojego muzycznego "talentu". Wtedy głośność na max i jedziemy. Oczywiście jak nie mam publiczności, bo wtedy pstryczek nie działa 😜 przyznajcie się, która też tak ma? 😁
Ale poza talentem muzycznym mam jeszcze jedna przypadłość w aucie. Otóż... za kierownicą wychodzi ze mnie demon, zwłaszcza w ciąży. Nie demon prędkości, bo tego już pogoniłam odkąd wożę na pokładzie małych pasażerów. Taki inny demon, który nie popusci kierowcom-przyglupom, którzy nie potrafią jeździć. Wtedy trąbię, wyzywam i pukam się w czoło. Serio 😜 tylko w tym tygodniu strąbilam kierowcę wywrotki, który wyjechał mi wprost przed maskę, choć to ja byłam na głównej w myśl zasady jestem większy, kto mi podskoczy. A no ja podskoczę. I kilka innych aut też strąbiłam. 100% ich kierowców to byli faceci oczywiście. Mężu mówi, że obciach ze mną jeździć, ale co ja poradzę, że tylu debili jest na drogach 😜 a już do szału doprowadzają mnie Ci, którzy parkują na środku chodnika byle bliżej drzwi do sklepu. Oooojjj tylko czekam aż na spacerze z wózkiem natknę się na takiego gagatka. Biada mu 😁😁😁

Co u nas poza chamstwem na drogach? Ano kulam się z Lusią w brzuchu coraz bardziej pokracznie i coraz bardziej obolała. W nocy nie mogę spać, bo mi niewygodnie, a przewrót z boku na bok to jak wejście na Giewont czy inne K2. Lusia jak siedziała z nogami w dole tak siedzi dalej. Liczę na to, że jeszcze okaże mamusi łaskę i ułoży się jak trzeba, choć powiem Wam, że już się pogodziłam z tym, że jakby coś bedzie cc i tyle. Nie będę się przejmować tym na co nie mam wpływu. Zaczynam już odczuwać dreszczyk emocji. Zostało (teoretycznie) 7 tygodni z malutkim haczykiem, więc to prawie już. Muszę wreszcie wyprać ubranka, za jakieś 2 tygodnie spakować torbę, przed majówka jedziemy zamówić wózek no i musimy wreszcie zrobić zakupy dla Lusi. Juniorowi też już udzielają się emocje, bo co chwilę mówi o siostrze i widać, że jest dumny, że będzie starszym bratem. Oby tak mu zostało 😜
A w ogóle to zjadłabym loda czekoladowego... albo rożka francuskiego z serem...