środa, 9 stycznia 2019

W Nowym roku

Miesiąc mnie tu nie było. Wstyd mi. Zbierałam się już od tygodnia, żeby napisać i jak widać trochę mi to zajęło. Nawet nie wiem kiedy ten tydzień mi minął. Lusia zrobiła się bardzo mobilna, śmiga na pupie po całym domu i nawet na sekundę nie mogę spuścić jej z oczu, miałam huk roboty przed świętami, później święta, kilka dni między świętami a sylwestrem i mamy Nowy Rok. A jak nam minął ten czas? Hmm po części nie tak jak planowaliśmy.
 Z robotą w domu zeszło mi praktycznie do świąt, bo sama z Lusią niewiele byłam w stanie zrobić, więc zostawały mi te 2-3 godzinki po powrocie Mężowatego z pracy. A w tak krótkim czasie ciężko było zaszaleć z porządkami. Ale wszystko co planowałam zrobiłam. Jedną sobotę nawet poświęciliśmy na wypad na wrocławski jarmark bożonarodzeniowy i... nigdy więcej, serio. Byliśmy tam dwa lata temu i było bardzo dużo ludzi, ale to co działo się teraz to po prostu armageddon. Do samego Wrocławia jedziemy jakieś 30 minut, po czym dojazd od granic miasta do centrum zajął nam jedynie 1,5 godziny. Później kolejne 30 minut, żeby zaparkować. A jak doszliśmy na miejsce, to po 10 minutach się ewakuowaliśmy. Lusia wystraszona w wózku darła się wniebogłosy, Junior nic nie widział i był dosłownie tratowany przez ludzi i Mężu musiał go nieść, więc stwierdziliśmy, że to nie ma sensu i uciekliśmy z pierwszą boczną uliczkę, byle dalej od jarmarku. Samo miejsce bajka, atmosfera też, ale płynięcie z tłumem i przerażenie dzieci skutecznie nas zniechęciło do całej  imprezy. Nasi znajomi, którzy pojechali tydzień później powiedzieli dokładnie to samo.
Przed samymi świętami dzieci trochę smarkały, Junior dodatkowo paskudnie kaszlał, więc skończył na antybiotyku. Na szczęście pomógł i w święta był już w pełni sił. Nie chcieliśmy ich ciągać po sklepach, żeby ich bardziej nie doprawić, więc Męźu dostał listę zakupów w w dłoń i ruszył do sklepów. A ja w tym czasie dostałam telefon, że zmarła siostra mojej mamy i... świąteczną atmosferę szlag trafił. Ciocia na nic nie chorowała, miesiąc temu robiła wszystkie badania i miała książkowe wyniki, aż 21 grudnia po prostu upadła w domu i było po wszystkim. Szok dla wszystkich, bardzo ją lubiłam i wszyscy to przeżyliśmy. Pogrzeb był pierwszego dnia po świętach, więc kolejne dni minęły na organizowaniu wszystkiego i czekaniu na ten smutny dzień. W święta każdy starał się jak mógł, żeby było fajnie, szczególnie dla dzieci, no i to były pierwsze święta Lusi, ale mimo to wiadomo, że gdzieś tam w powietrzu wisiało coś innego. Po pogrzebie mieliśmy jeszcze gości u siebie, później musieliśmy załatwić z Mężem kilka spraw, na które nie było czasu wcześniej i tak dotrwaliśmy do Sylwestra. My już tradycyjnie świętowaliśmy w czwórkę trochę w Warszawie, trochę w Zakopanem :P Ale powiem Wam, że tym razem północ wyglądała u nas inaczej niż zawsze. W tym roku wszyscy sąsiedzi wyszli przed domy z szampanem i wszyscy składali sobie życzenia. Ja pilnowałam dzieci w domu, więc z tym szampanem przyszli do domu. Nikt się z nikim na to nie umawiał, a powiem Wam, że tak fajnie to wyszło, że mam nadzieję, że to się utrzyma w kolejnych latach i będziemy miec taką małą tradycję.
2 stycznia Junior wrócił do przedszkola, Mężu wrócił do pracy, a my z LuLu do naszej rutyny i dziecko wreszcie może się wyspać o swoich zwykłych porach :P

Co nam przyniesie ten 2019 rok? Mam nadzieję, że tylko dobre rzeczy. Przed nami mój powrót do pracy, Lusia zostanie z nianią, a Junior idzie do zerówki. Także czeka nas prawdziwa rewolucja. Oby udana.

sobota, 8 grudnia 2018

Wehikuł czasu

Odnośnie poprzedniego wpisu - sytuacja bez zmian, a co najlepsze na wyszłam na tą czarną owcę, bo nie dość, że wyraziłam swoje zdanie, to jeszcze dałam się sprowokować i się wściekłam. No cóż, bywa i tak. W sumie nawet nie wiem jak to skomentować.
Ale ja dziś nie o tym chciałam.

Słuchajcie, odkryłam Wehikuł czasu!! Jakiś czas temu razem z moją przyjaciółką trafiłyśmy na taki kanał Stars tv. I tam kilka razy dziennie jest program Hits of 90's, czyli czasy mojej młodości, kiedy to Viva grała w moim pokoju jak tylko byłam w domu. I na tym Stars tv lecą największe przeboje tamtych lat. No mówię wam, jakbym się cofnęła w czasie. Większość piosenek z czymś mi się kojarzy, a jak mi się kojarzy, to od razu w głowie lecą mi takie migawki z konkretnych sytuacji. Czasem przypominają mi się rzeczy, o których już baaaardzo dawno zapomniałam. Fajnie tak 🙂 a jeszcze dodatkowo jak chodzę z Lusią na spacery w Miasteczku to siłą rzeczy się rozglądam i też wiele rzeczy mi się przypomina.

Na przykład niedaleko mojej podstawówki jest piekarnia, w której zawsze kupuję chleb. A pomiędzy szkołą a tą piekarnią jest taki malutki budyneczek. Teraz jest fajnie wyremontowany, ale jak byłam w wieku Juniora przypominał bardziej murowany kiosk z okienkiem i z długą ladą. I w tym dawnym kiosku sprzedawali frytki w takich papierowych tutkach z takiego szarego papieru . Zawsze jak szłam z mamą do koleżanki to naciągałam ja na te frytki. No mówię wam, najlepsze frytki na świecie.


Albo często spotykam też naszego wychowawcę z 8 klasy. W sumie przez 8 lat mieliśmy 4 wychowawców, a Pana K. tylko przez ostatni rok, ale zrobił dla naszej klasy więcej niż pozostali przez 7 lat. Przede wszystkim nasza klasa niesamowicie się zgrała w tej 8 klasie. Pan K. uczył fizyki i siał postrach w całej szkole, więc kiedy dowiedzieliśmy się, że to on będzie naszym wychowawcą prawie wpadliśmy w rozpacz, a rodzice po pierwszej wywiadówce było przerażeni co z nami będzie. Tak się zaczęło. A skończyło się tym, że tak się wszyscy zaprzyjaźniliśmy przez ten ostatni rok, że na zakończeniu roku szkolnego był jeden wielki płacz. My kończyliśmy wtedy podstawówkę i szliśmy do liceum, a Pan K. odchodził na emeryturę i płakał razem z nami. W ogóle powiem wam, że najlepsze wspomnienia z czasów szkolnych mam właśnie z podstawówki. W liceum miałam straszną klasę, każdy chodził tam własnymi ścieżkami i tak naprawdę mieliśmy ze sobą niewiele wspólnego. Jedynie maturę fajnie wspominam, a reszta jakoś nie robi na mnie wrażenia, podobnie jest ze studiami. Za to podstawówka, a szczególnie ostatnie 3 lata były super. Do dziś mam kontakt z wieloma osobami z klasy.
A w tamtym tygodniu spacerując z Lusią spotkałam Pana K. wożącego swojego wnuka i jeździliśmy sobie razem 😁

Wczoraj przyjaciółka przysłała mi nasze zdjęcia sprzed kilkunastu lat. Oglądała stare zdjęcia i znalazła nasze. Miałyśmy wtedy 18 lat i dopadła nas głupawka jak robiłyśmy te zdjęcia. A że to był aparat na kliszę, to mamy ich niewiele, ale znowu przypomniała mi się cała tamta sytuacja.

Niedawno też szłam koło domu moich dziadków. Rzadko tamtędy chodzę  bo zawsze chce mi się płakać. Za budynkiem jest duży ogród i dopóki tak mieszkaliśmy przesiadywałam w nim z dziadkiem albo z babcią. Dziadek miał taką małą szklarnię i sadziliśmy w niej pomidory. A jak dziadek wracał z pracy wyglądałam go przewieszona przez płot, później biegłam do niego je sił w nogach, a dziadek wiózł mnie na bagażniku roweru.


Fajne to były czasy. Też było lepiej, raz gorzej, ale nie zmieniłabym nic, bo pewnie nie byłabym teraz w tym miejscu, w którym jestem dziś. Czasem tylko chciałabym przenieść się do konkretnych sytuacji, na kilka wybranych dni tylko po to, żeby sprawdzić co by było gdyby... Gdybym wtedy była taka jak teraz i gdybym wiedziała to, co wiem teraz. Ciekawe jak by to wyglądało 😉

środa, 5 grudnia 2018

Grrr

Niedziela u dziadków. A w zasadzie 15 minut u dziadków, bo trzasnęłam drzwiami aż się ściany zatrzęsły.
Czy tak trudno jest zrozumieć, że 5-letni Junior nie wymaga już karmienia jak mały dzidziuś?
Czy tak trudno zrozumieć, że ten sam Junior za kilka miesięcy idzie do zerówki i staramy się nauczyć go jak najwięcej, żeby był jak najbardziej samodzielny i sobie tam poradził?
Czy tak trudno zrozumieć, że skoro my- rodzice wprowadzamy jakieś zasady, to dziadkowie maja się ich trzymać?
Czy trzeba ignorować moje uwagi, że Junior ma jeść sam przy stole, a nie być karmiony na podłodze w czasie zabawy?
Czy to, że wymagam żeby ktoś się tego trzymał, a ciągłe ignorowanie moich uwag podnosi mi ciśnienie do 300 należy skwitować "ty jesteś nienormalna"?
Mam dość, myślę, że na długo.

Kurtyna.

środa, 28 listopada 2018

Tymczasem czas płynie...

Ostatnio chodzi za mną tyle tematów i jakoś nie mogę się zebrać do częstszego pisania. Tak jak Myska nie umiem pisać jak Lusia nie śpi, bo nie mogę się skupić i mam wyrzuty sumienia, że zamiast z nią gadać czy się bawić, ja sobie siedzę i piszę. A ponieważ Lusia generalnie ostatnio, podobnie jak jej brat w tym wieku, w ciągu dnia zaczęła gardzić snem i ucina sobie 30-minutowe drzemki w celu minimalnego podładowania baterii, żeby całkiem nie padła przed wieczorem, czasu na pisanie w ciągu tych 30 minut jest dramatycznie mało. Wykorzystuję go wtedy na wypicie w miarę ciepłej kawy albo na rozprostowanie obolałego kręgosłupa, który po kilku godzinach noszenia słodkiego 8-kilogramowego ciężaru błaga o litość. Ostatnio też wspomagamy z Lusią firmę i załatwiamy zdalnie kilka pilnych spraw, o które poprosił nas szef. Zawsze to jakieś urozmaicenie codzienności, dokarmianie szarych komórek i plus u szefa na przyszłość :P
No i patrzcie, usiadłam do laptopa, żeby napisać o jednym, a już po głowie kołacze mi się inny temat, który chyba jednak dziś opiszę. Tak to właśnie ostatnio ze mną jest. Ciężko za mną nadążyć. W rozmowie zresztą też. Mężu mówi, że za szybko przeskakuję pomiędzy tematami i on czasem nie zdąży wyłapać, ze mówimy już o czymś innym. Ale to dlatego, że po całym dniu mówienia w języku niemowlęcym i śpiewania (czy raczej "śpiewania") dziecięcych piosenek, rozmowa z kimś dorosłym to dla mnie niesamowity luksus :P
My tu gadu gadu, a tymczasem Lusia kilka dni temu skończyła PÓŁ ROCZKU! To maleństwo, które dopiero co wyszło z mojego brzucha, które było takie maleńkie w porównaniu do swojego starszego brata, które jeszcze tak niedawno spało 22 godziny na dobę (a ja gooopia sprawdzałam czy to normalne :P). Lusia stała się ostatnio baaaardzo mobilna i obrotna. Kiedy kładzie się ją na plecki, wystarczy, że kątem oczka dostrzeże coś, co ją zainteresuje i fik - w mgnieniu oka jest już na brzuszku. W dodatku kręci się na nim wkoło, żeby mieć widok panoramiczny i żeby na pewno nic jej nie ominęło, bo to baaaardzo ciekawska osóbka. Jak coś obserwuje to aż widać jak w główce trybiki kręcą jej się na najwyższych obrotach i wszystko koduje. Będzie kolejna mądrala w domu :P

Oglądałam dziś Pytanie na śniadanie i był tam temat o znaczeniu obecności mężczyzny przy porodzie. Czyli za i przeciw. Wiadomo ile ludzi tyle opinii, a ja tak sobie pomyślałam, że mam porównanie z perspektywy rodzącej jak to jest rodzić z mężem i bez. Z Juniorem sprawa była prosta. Poród zaczął się w nocy, Mężu zawiózł nas do szpitala i już z nami został do samego końca, choć miał zapowiedziane, że jeśli poczuje, że nie da rady może w każdej chwili wyjść. Bał się jak diabli, ale dzielnie wytrwał, a jak zobaczył Juniora to się popłakał. Scenariusz jak w filmie :P Z Lusią już tak łatwo nie było. Raz, że przez nasz pobyt w szpitalu nie było wiadomo jak to się wszystko dalej potoczy. Czy będzie cc, czy jednak będziemy rodzić naturalnie, kiedy itd... No i Mężu też już nie był taki odważny jak za pierwszym razem. Rozmawialiśmy wiele razy o tym czy będzie przy porodzie i nie ukrywał, że się boi. Powiedział, że za pierwszym razem nie był do końca świadomy jak poród wygląda w praktyce i nie wiedział czego się spodziewać. Dlatego za drugim razem miał poważne obawy o to czy da radę. Ja powiedziałam mu, że bardzo chciałabym, żeby z nami był, ale jednocześnie nie chciałam go do tego zmuszać, bo chyba nie tędy droga. Decyzję zostawiłam jemu. Koniec końców Lusia rozwiązała problem za nas oboje i wyszła w tak ekspresowym tempie, że Mężu mimo tego, że jednak zdecydował się nam towarzyszyć i tak ostatecznie przy porodzie nie był, bo po prostu nie zdążył dojechać do szpitala. I chyba odetchnął z ulgą. Czy jest różnica pomiędzy porodem z Mężem i porodem samodzielnym? Dla mnie jest i to całkiem spora. Niby trzymanie za rękę czy podanie butelki z wodą to niewiele, ale dla mnie w czasie porodu to było BARDZO DUŻO. Kiedy rodził się Junior na sali porodowej byliśmy przez jakieś 5 godzin w coraz silniejszych bólach. I gdybym była wtedy sama pewnie byłoby mi ciężko i na pewno bardziej bałabym się tego, co mnie czekało. W przypadku Lusi w sumie nie zdążyłam za bardzo ogarnąć, że to już, bo wszystko nagle zaczęło się dziać w bardzo przyspieszonym tempie, więc tego braku obecności Męża nie zdążyłam odczuć, ale gdyby wszystko znowu miało trwać kilka godzin, pewnie byłoby mi zdecydowanie trudniej i fizycznie, i psychicznie. Zastanawiałam się też jak to będzie z więzią Męża i Lusi. Wydawało mi się, że skoro Mężu widział jak Junior się urodził, był z nim od pierwszych sekund jego życia na świecie, a z Lusią nie, to będzie jakoś inaczej, ale jednak tu bardzo się pomyliłam. I dobrze.

A wy co myślicie na ten temat? Facet przy porodzie - powinien być czy niekoniecznie? :)

czwartek, 15 listopada 2018

Po Święcie Niepodległości

I po długim weekendzie. Choć w sumie Mężu się śmieje, że ja to cały czas mam długi weekend, więc żadna różnica jaki jest dzień. Listopad rozpieszcza nas pogodą (podobno już ostatni dzień), więc korzystamy ile się da i staramy się jak najwięcej przebywać poza domem. Pamiętam z czasów szkolnych, że 1 listopada to zazwyczaj był taki punkt graniczny, kiedy wyciągało się z szafy zimowe ubrania, a teraz są jeszcze dni, kiedy śmigam w balerinkach założonych na bose stopy. Taką jesień to ja lubię.

Święto Niepodległości zaczęliśmy częściowo już w piątek, w zasadzie Junior zaczął, bo musiał stawić się w przedszkolu w stroju galowym (przed wyjściem powiedział jeszcze Mężowi, żeby pożelował mu włosy i popsikał perfumami. Przypominam, że ma 5 lat 😁 ). W każdym razie w przedszkolu najpierw mieli przedstawienie, później odśpiewali hymn, a na koniec wszystkie grupy pomaszerowały z malutkimi flagami do grobów żołnierzy u nas w Miasteczku. W niedzielę korzystając z pogody poszliśmy na długi spacer. Na KAŻDYM domu przy naszej ulicy była wywieszona flaga, my mieszkamy prawie na końcu, więc za każdym razem kiedy przechodziliśmy mogliśmy podziwiać taki biało-czerwony szpaler. Piękny widok. Na marszu nie byliśmy, bo 11 listopada to też imieniny Męża, więc mieliśmy gości. Uroczystości oglądaliśmy więc tylko w tv, ale powiem Wam, że za każdym razem mam ciarki kiedy słyszę nasz hymn śpiewany przez żołnierzy Wojska Polskiego. Te głosy i te mundury, ehhh… 😉

W poniedziałek zrobiliśmy sobie całodniową wycieczkę po okolicy, najpierw dłuuuugi spacer po parkowych alejkach przy zamku kilkanaście kilometrów od nas, później stadnina koni. Lusia była w ciężkim szoku kiedy jeden konik podszedł do nas i koniecznie chciał ją powąchać. Albo skubnąć. Patrzyła zdziwiona co to za wielki zwierz, a Junior trzymał się na dystans i bał się, że koń zje mu Lusię. Śmiesznie było. Na koniec wytarzał się w suchych liściach i trzeba było Go porządnie wytrzepać zanim wpakował się do samochodu :😜 Nie chciało nam się jeszcze jechać do domu, więc na koniec wylądowaliśmy na łowisku pstrągów tuż przy czeskiej granicy. Junior złowił obiad i do tej pory jest z siebie dumny 😜
Lubię takie dni, które spędzamy całą naszą czwórką. Następna taka okazja dopiero w święta. Trzeba korzystać, bo Mężowi szykuje się kilka wyjazdów na drugi koniec świata (dosłownie, bo do Azji), więc o takie dni za jakiś czas będzie trochę trudniej.

Zobaczcie jak widok mieliśmy wczoraj za oknem. Wart każdych pieniędzy 😉



Tymczasem uciekam, bo Lusia właśnie wstała. Miłego dnia.

środa, 24 października 2018

Z domowej codzienności

Lato, lato i po lecie. W tym roku nie mogę narzekać, bo pół roku takiej pięknej pogody nie zdarza się zbyt często. Ba, w moim życiu chyba w ogóle pierwszy raz coś takiego widziałam. A teraz brutalny powrót do rzeczywistości. Jeszcze w czwartek było 19 stopni, pięknie grzało słońce, choć na ulicach u nas w Miasteczku można było zobaczyć cały przegląd zawartości szaf przechodniów. Od puchowych kurtek, przez bluzy i swetry po cienkie koszulki. I jako ta wisienka na torcie - JA :P W koszulce, krótkich spodenkach i sandałkach :)))) Okazało się, że dobrze zrobiłam, bo w tym roku to chyba była ostatnia okazja, żeby tak się pokazać na ulicy. Ludzie dziwnie na mnie patrzyli, ale co tam, mi było ciepło, a w słońcu momentami nawet gorąco. Ale ja mam rozregulowany wewnętrzny termostat, bo wtedy było mi gorąco, a teraz przy 23 stopniach w domu ja siedzę w bluzie i skarpetach. I tak będzie aż do wiosny. Ja w ogóle jakoś tak mam, że jak przychodzi jesień, choćby w domu było 23-24 stopnie to mi i tak jest zimno i siedzę zamotana w co się da i jeszcze herbatą się grzeję. Taki cudak ze mnie.

Weekend minął nam pod znakiem rotawirusa. W piątek po południu pojechaliśmy na zakupy i Junior marudził coś, że boli go brzuch, ale stwierdził, że cisną go spodnie. Poluzowałam i mówi, że ok, więc się uspokoiłam. Kilka minut później zjadł loda i brykał jak młoda kózka, więc byliśmy już całkiem przekonani, że naprawdę chodziło o spodnie. W sobotę pojechał nocować do dziadków, przez cały dzień wszystko było ok, a w nocy zaczęła się jazda. Od 2 w nocy do rana wymiotował 6 razy. Ostatni raz koło 8 rano. Do 12 był jak dętka, a później nagle wstąpiło w niego nowe życie i od tamtej pory wszystko jest ok. Na początku nie chciał jeść, bo bał się, że znów będzie wymiotować, ale już je normalnie. Zostawiłam go jeszcze na kilka dni w domu, żeby całkiem wydobrzał i żeby najgorsze przewinęło się przez przedszkole, bo podobno rozłożyło połowę dzieci. Nas na szczęście ominęło. Bałam się o Lusię, bo takie maluchy przechodzą to dziadostwo wyjątkowo ciężko. Lusia niby jest chroniona, bo jest na cycku i dodatkowo zaszczepiliśmy ją na rotawirusy, ale wiadomo, człowiek mimo wszystko się stresuje. Wirusisko nas ominęło, ale rykoszetem oberwali dziadkowie i teraz oni zdychają. A my siedzimy uziemieni w domu w poniedziałek byliśmy trochę na spacerze, ale od wczoraj tak u nas wieje, że nie za bardzo da się wyjść, więc szukamy sobie zajęcia. Na przykład obejrzeliśmy już obie części Kevina, więc można powiedzieć, że u nas już święta :P Dobrze, że Junior dostał na urodziny kilka gier planszowych, to przynajmniej mamy jakieś urozmaicenie, bo ileż można się bawić traktorami.

W ten weekend będziemy świętować mężowe urodziny (choć chyba tylko we własnym domowym gronie, skoro moi rodzice walczą z rota). Zrobię mu sernik (bo takie dostałam zamówienie), a zamiast tortu będą róże z jabłek i ciasta francuskiego. Tak mnie poniosło :P w ogóle ostatnio mam jakąś taką wenę do gotowania i pieczenia. Dziś na przykład kuchnia serwuje dietetyczne klopsy dla Juniora i makaron z pomidorami, bazylią i groszkiem cukrowym dla nas. Jeszcze nigdy go nie robiłam, więc nie bardzo wiem co to wyjdzie, ale może będzie dobre. Za to jak zrobiłam Juniorowi tort na urodziny, to nie został nawet jeden okruszek, że tak nieskromnie się pochwalę. No normalnie polubiłam takie kucharzenie. Szkoda tylko, że nie będę miała na to tyle czasu jak wrócę do pracy.

A właśnie a propos powrotu do pracy, to powiem Wam, że tym razem jest jakoś tak inaczej, niż przy Juniorze. Jak on był mały na myśl o powrocie do pracy dostawałam gęsiej skórki. Bałam się jak to będzie i nie miałam najmniejszej ochoty wracać. Teraz może ze względu na pracę podchodzę do tego bardziej na luzie. Pewnie dlatego, ze swoją pracę bardzo, bardzo lubię i będzie to dobra odskocznia na kilka godzin od domowej codzienności, ale też dlatego, że już wiem jak to jest. Znaleźliśmy Lusi zaufaną nianię i chcielibyśmy jeszcze rok przetrzymać ją w domu, a później pójdzie do przedszkola w takim wieku jak Junior. Swoją drogą powiem Wam, że Lusia, to moje maleństwo, któe przecież dopiero się urodziło, zajada owoce aż jej się uszka trzęsą. Tydzień temu skończyła 5 miesięcy i zaczęłam jej powoli dawać różne rzeczy do spróbowania. Warzywka póki co są zdecydowanie na nie, nie smakują jej, ale za to owoce, a zwłaszcza banan... no proszę Państwa... rewelacja. tak otwiera ten swój mały dzióbek, aż miło. Junior też taki był, a teraz ma dni, że ładnie zje, a ma też takie, że nijak nie da mu niczego wcisnąć. Przez wakacje sporo urósł, ale waży tyle samo co ważył i przez to stał się takim chudzielcem, że aż strach patrzeć. Trzeba go podtuczyć przez zimę, bo ktoś nas kiedyś posądzi, że dziecko głodzimy.

Ok, pora na drzemkę Lusi i może wreszcie uda mi się wypić gorącą kawę. Albo chociaż ciepłą... ;)