środa, 21 czerwca 2017

Dream Job :P



W sumie zastanawiałam się czy pisać o tym na blogu, bo ten temat do przyjemnych u mnie nie należał przez dobrych kilkanaście miesięcy, ale w sumie przecież postanowiłam sobie, że nie chcę, żeby to miejsce było tylko słodyczą płynące, lecz poruszające różne codzienne tematy, a te wiadomo - raz są słodkie, a innym razem niekoniecznie. I temat mojej pracy jeszcze do niedawna należał zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Jak wiecie (albo i nie wiecie, bo grono czytelników od tamtej pory trochę się zmieniło) w styczniu 2015 roku wróciłam do pracy po urlopie macierzyńskim. W zasadzie wróciłam to za dużo powiedziane, bo spędziłam tam tylko miesięczny okres wypowiedzenia. W każdym razie po prawie 8 latach pracy postanowiłam zmienić firmę. I tutaj zaczęły się schody. Druga praca okazała się być totalnym niewypałem ze względu ze knującego popieprzonego ciula, którego mieliśmy w zespole i jeszcze bardziej popieprzonego ciula - "menadżera". Po 7 miesiącach tam stwierdziłam, że to jednak nie jest TO, szkoda mojego czasu i nerwów i postanowiłam poszukać czegoś innego. Udało mi się znaleźć pracę praktycznie kilka ulic dalej, w "firmie z tradycjami", przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Jak czas później pokazał, byłam i ogromnym błędzie. Owszem, tradycje to tam były, ale niekoniecznie takie, którymi można byłoby się chwalić. Była to firma produkcyjna, która istnieje już prawie 170 lat. No i jak ktoś wybierze się tam na halę produkcyjną, gdyby nie stroje, mógłby pomyśleć, że cofnął się w czasie o tych 170 lat. Syf, kiła i mogiła, warunki fatalne, a płace takie, że szkoda gadać. Zresztą nie tylko na produkcji. Ja pracowałam w "biurowcu", który mieścił się w osobnym budynku. Ten był trochę bardziej współczesny, głównie piętro, na którym urzędowało szefostwo. Pozostałe biura może tyłka nie urywały, ale były całkiem przyzwoite. Gorzej z ludźmi. Tak na dobrą sprawę na palcach JEDNEJ ręki mogłabym policzyć normalne osoby, serio. I to głównie osoby, które pracowały tam krótko, tak jak ja. Pracowało się beznadziejnie. Szefostwo było jakieś totalnie oderwane od rzeczywistości, kompletnie nieobliczalne osoby, które własne g*no by zjadły, byle tylko zarobić więcej i więcej. mówiąc krótko dwoje całkowicie bezwzględnych ludzi. Najpierw miałam jedną bezpośrednią szefową, która kompletnie nie miała o niczym zielonego pojęcia, a na koniec okazało się, że była fałszywa do granic możliwości. Po trzech miesiącach mojej pracy tam została zwolniona i pojawiła się "nowa", która pracowała tam od 11 lat. I zaczęła się jazda bez trzymanki. Wszystko robiłam źle (choć zajmowałam się tą działką już ładnych parę lat i większość rzeczy miałam w małym paluszku), a jak już zmieniłam daną rzecz tak, jak sobie księżna życzyła, to i tak było źle. W czerwcu kończyła mi się umowa, Myślałam, że zostanę zaproszona na audiencję do najwyższego z najwyższych, ale usłyszałam tylko przez telefon, że Pani Iza z kadr przekaże Pani szczegóły. Ok, poszłam, ale już od progu po jej minie widziałam, że jest nie halo. Owszem, zaproponowano mi umowę na całe kolejne 3 miesiące i uwaga! za 50% tego co miałam do tej pory. Bo tak. I jestem w 100% pewna, że to była zasługa szanownej szefowej. Jako, że był to ostatni dzień mojej umowy, poszłam do biurka, trzęsącymi z nerwów rękami wypisałam obiegówkę, rozliczyłam się z kadrami, zebrałam swoje rzeczy i bez słowa wyszłam. Tego dnia było mi ciężko psychicznie, bo to nie jest nic przyjemnego z dnia na dzień zostać na lodzie, ale co zrobić, tak bywa. Następnego dnia już inaczej na to patrzyłam, bo stwierdziłam, że nie ma tego złego i tym lepiej dla mnie, że mnie tam nie ma. Niedługo później zaczęły się moje problemy zdrowotne, więc wpadłam w niezły dołek, ale na szczęście wyszłam z tej sytuacji z tarczą i chwilę później na spokojnie zaczęłam szukać pracy. I tak we wrześniu trafiłam tu, gdzie jestem teraz. Boję się mówić to głośno, ale w końcu jest tak, jak być powinno. Jest to firma produkcyjna, jak większość w naszym regionie (a jest tego w okolicy naprawdę mnóstwo), 10 minut jazdy od domu, blisko do przedszkola. Mam fajne i ciekawe stanowisko za uczciwe pieniądze, fajne towarzystwo i przede wszystkim święty spokój. Szef jest naprawdę bardzo ludzki, nie ma żadnego problemu, kiedy potrzebujemy wyjść wcześniej czy wziąć dzień wolnego, ma fajne i przyjacielskie podejście do wszystkich pracowników. Mój angielski nigdy nie był dla mnie problemem, od pewnego momentu był dla mnie dosłownie drugim językiem ojczystym ale tutaj rozwinął się jeszcze bardziej nie tylko ta wersja formalna, ale i nieformalna. Większość osób, które tu pracują to obcokrajowcy (są tylko 4 osoby z Polski i kilka na produkcji). U nas w biurach mamy 3 Amerykaninów, 1 Hiszpana, 2 Japończyków i 1 Anglika :) Więc jest pole do rozmów po angielsku i poznania wielu ciekawych zwrotów, co mnie bardzo cieszy :)
Na początku nie byłam przekonana do tej propozycji pracy, bo kompletnie nie znałam tej firmy, nie słyszałam o niej żadnych opinii, bo dopiero ruszała (byłam 2 zatrudnioną osobą), ale teraz jestem bardzo zadowolona, że tutaj trafiłam i mam nadzieję, że zostanę tutaj jeszcze bardzo długo :))

Znalezione obrazy dla zapytania job

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Monday

Długi "Bożociałowy" weekend minął nam jak z bicza strzelił i w sumie nie tak do końca bezczynnie, bo cały czas mieliśmy co robić, ale i wypocząć była okazja. W ciągu tych 4 dni zdążyliśmy:
czwartek - kościół, kino, pobliska stadnina koni (bo przecież koniki trzeba nakarmić mamo!). A później słodkie nicnierobienie w ogródku przeplatane spacerem z psem / graniem w piłkę / badmintona / skakaniem na trampolinie / delektowaniem się kawką na leżaczku
piątek - zakupy ubraniowe (katorga dla mnie, nienawidzę kupować ciuchów, zwłaszcza, że ostatnio troszku mi się przytyło tu i ówdzie i wpadłam w ciężką depresję z tego powodu!, na nowo zaczęłam biegać, jestem na diecie MniejŻreć i chyba muszę się przeprosić z naszym basenem), zaliczyliśmy też 2 markety budowlane na L i na C, bo z tego słodkiego lenistwa zachciało mi się metamorfozy salonu, a Mężu o dziwo przyklasnął mojemu pomysłowi i tak oto staliśmy się posiadaczami puszki turkusowej farby, którą mam zamiar pomalować jedną ścianę w salonie. Pozostałe zostaną białe jak do tej pory. Już nie mogę się doczekać efektu.
sobota - posprzątaliśmy dom, a po południe spędziliśmy na imieninach u teściowej (hurra... :P)
niedziela - z samego rana zebraliśmy się naszą trzyosobową gromadą do IKEŁY :) No to to ja rozumiem i uwielbiam. Gdyby ktoś mi powiedział jedziemy na zakupy - wybieraj albo ciuchy albo IKEA, w pół sekundy wybieram i siedzę w aucie gotowa do drogi do Ikei :D i jestem przeszczęsliwa, że mam ją 20 minut samochodem od domu. Bosko. Tym razem zaopatrzyliśmy się w różne pierdółki typu miseczki, słoiczki itp., czyli to, co tygryski lubią najbardziej :)
A dziś "szara" rzeczywistość, czyli z powrotem za biurkiem. Czy taka znowu szara, to nie wiem, bo pierwszy raz od dość dawna lubię chodzić do pracy i nie dostaję wysypki w niedzielny wieczór na myśl, że rano trzeba będzie się zwlec do roboty i co tam tym razem zastanę. I bardzo lubię to uczucie. Mamy tu naprawdę fajnych ludzi i ta praca przebija pozostałe o głowę. No oprócz tej pierwszej, która w dalszym ciągu jest dla mnie niedoścignionym ideałem, szczególnie z perspektywy czasu. Ale o pracy napiszę może innym razem, bo to będzie dłuższa opowieść.
Junior za 2 tygodnie zaczyna wakacje od przedszkola i oficjalnie przejdzie do grupy Średniaków. I dumny jest z tego powodu jak paw. Bo i sala nowa, i zabawki inne "takie dla dużych dzieci:, i zajęcia nowe. Tylko Pani zostaje ta sama i całe szczęście, bo Junior ją uwielbia.
Pora kończyć, bo raporcik wzywa i ugotowała mi się woda na kawę. Obiecuję odezwać się jeszcze w tym tygodniu. Miłego poniedziałku ;)

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Ciężki weekend

Zła jestem. Nie, nie... zła to zdecydowanie za mało powiedziane. Wściekła jestem, wkurzona na maksa i jakie tam jeszcze określenie tego stanu Wam przyjdzie do głowy możecie tutaj wstawić. A czemuż to? A no przez moją szanowną mamę, która skutecznie podniosła mi w weekend ciśnienie do takiego stopnia, że jeszcze do tej pory mnie trzyma. Ale od początku...
O tym, że moi rodzice mają świra na punkcie Juniora od momentu jego narodzin, a nawet jeszcze wcześniej, wszyscy doskonale wiedzą. Ma to swoje dobre i złe strony, jak to w życiu. Niektóre rzeczy, które robią mi się nie podobają i staram się mówić o tym głośno, bo nie po to wkładamy trud w nauczenie czegoś dziecka, żeby ktoś jednym machnięciem nam to wszystko rozwalił. Tak było z odzwyczajaniem Juniora od butelki i przyzwyczajaniem do normalnego kubeczka i wieloma innymi rzeczami. My robiliśmy jedno, a wystarczyło jedno popołudnie sam na sam z dziadkami, żeby wszystko poszło w cholerę mimo naszych próśb o trzymanie się jednej strategii. O ile jeszcze mój tato jakoś dopuszcza do siebie nasze uwagi i (o dziwo!) stara się do nich dostosować (choć spodziewałam się, że akurat w tym przypadku zderzymy się ze ścianą), tak rozmowa na tego typu tematy z moją mamą jest dosłownie rzucaniem grochem o ścianę. Jednym uchem wpada tylko po to, żeby drugim natychmiast wypaść, a to wszystko okraszone ironicznym uśmieszkiem i teatralnym odwracaniem głowy w drugą stronę. Nie inaczej było w ten weekend. Junior niedługo skończy cztery latka i naprawdę to już najwyższa pora, żeby uczył się samodzielności na każdym możliwym polu. I tak - gdy jest z nami:
- chce jeść - nakładam i niech je tyle ile chce i tak jak potrafi
- chce siku/kupę - idzie do łazienki i robi, co najwyżej trzeba mu później pomóc wytrzeć porządnie tyłek
- wychodzimy na spacer czy do ogrodu - ubiera się sam, biega sobie, bawi się z dziećmi
- idziemy się kąpać - rozbiera się sam i stara się sam umyć, a ja tylko poprawiam niedoróbki.
itd...

Jak tylko jest u dziadków, moja mama chce robić za niego wszystko - karmić, przebierać, wysadzać na kibelek, nosi go na rękach kompletnie bez potrzeby, jakby tylko mogła to jeszcze jedzenie by za niego gryzła, a na podwórku chodzi za nim krok w krok jak jakich cholerny cień. Nie raz są wojny między rodzicami, bo tato w sumie mówi jej to co my, ale nie trafia. W końcu w ten weekend nie wytrzymałam. W sobotę byliśmy u nich przez godzinę i to w zupełności wystarczyło, żeby się konkretnie pokłócić. Zachowanie standardowe - jak wyżej, czyli zero samodzielności Juniora (mimo, że chciał), za to 100% asysty babci we wszystkim. Zwróciłam uwagę raz - cisza. zwróciłam uwagę drugi raz - cisza. Za trzecim razem nie wytrzymałam i powiedziałam głośno co o tym wszystkim myślę, co oczywiście skończyło się ogromnym fochem, stwierdzeniem, że ja w ogóle nie patrzę co dziecko robi i "olewam sobie" itd, a jak powiedziałam, że takim zachowaniem tylko robi Juniorowi "krzywdę" w tym sensie, że nie uczy go podstawowych rzeczy i podważa to co MY rodzice staramy się mu wpoić, to strasznie się oburzyła, że ją obrażam i się obraziła, a my wyszliśmy. Mężu poparł mnie w 100%, choć nic nie powiedział u nich, żeby nie dolewać oliwy do ognia. Wiele razy w takich sytuacjach zaciskałam zęby i odpuszczałam, ale nie tym razem. Tym razem nie odpuszczę, własnie dla dobra Juniora. To MY jesteśmy rodzicami i to MY ustalamy reguły gry w pewnych aspektach, a inni mają się do tego dostosować, czy im się to podoba, czy nie. I dotyczy to również, a może przede wszystkim dziadków. Jak wiem, że mówi się, że rodzice są od wychowywania, a dziadkowie od rozpieszczania, ale tym rozpieszczaniem nie mogą rujnować tego, co robimy my i będę tego stanowiska bronić pazurami, bez względu na to czy to się komuś podoba czy, czy ktoś się obrazi, czy nie, bez względu na to, czy jest to ktoś obcy, czy nawet moja mama.
Póki co od soboty jest cisza, ale trudno. Ja nie ustąpię, dopóki moja mama nie zrozumie gdzie popełnia WIELKI błąd, a myślę, że to trochę potrwa, bo ona twierdzi, że to ona jest poszkodowana w całej tej sytuacji. No cóż... to może się zdziwić. Trudno.
A Wam jak minął weekend? Mam nadzieję, że lepiej ;)

czwartek, 8 czerwca 2017

Pobierz wymaz - zostań dawcą

Wczoraj zmarła koleżanka mojej babci. Niby nic nadzwyczajnego, kobieta przeżyła prawie 90 lat, przez kilka ostatnich chorowała. Znałam ją od dziecka, odkąd tylko pamiętam i dlatego tak mi jej szkoda, jakby to był członek naszej rodziny. Odkąd się dowiedziałam, że p. Wiktoria nie żyje jako tak co chwilę pojawia się w moich myślach i gdzieś tam z tyłu głowy tłucze się myśl, że szkoda, bo to taka fajna kobieta była. Babcia zmartwiona, bo to dość bliska koleżanka była, sąsiadka zresztą i znały się prawie 60 lat. Szmat czasu.
Tak jakoś wyszło, że śmierć p. Wiktorii natchnęła mnie do napisania tej notki. W sumie w żaden sposób nie jest związana z tematem, ale przez to przyszło mi do głowy, że warto ten temat poruszyć. Pod koniec zeszłego roku przypadkiem trafiliśmy na jakiś program dokumentalny czy reportaż z akcji Fundacji DKMS. Nie pamiętam już dokładnie co to było. W każdym razie oboje z Mężowatym uważnie chłonęliśmy każde słowo na temat przeszczepów szpiku kostnego i rejestracji potencjalnych dawców. Jak tylko program się skończył padło pytanie z ust Mężowatego "Może byśmy się zapisali, co?" a ja na to "Pewnie, czemu nie!". No bo przecież jak człowiek ma możliwość komuś pomóc i to w TAK WIELKIEJ sprawie, to dlaczego nie? Jakos tak się wtedy złożyło, że kilka dni później była organizowana akcja rejestracja u nas w rynku. Planowaliśmy pędzić biegusiem się zarejestrować, ale pech chciał, że Junior się rozchorował i trza siedzieć z Nim w domu. Później była jeszcze jedna akcja w naszym liceum, ale dowiedzieliśmy się o niej po fakcie. W końcu stwierdziliśmy, że jak tak dalej będziemy się zbierać na tego typu akcje, to nigdy na nie nie dotrzemy. A że wcześniej jakoś zapomnieliśmy o tym gamonie, że w dobie w dobie wszechobecnego interneta można się zapisać bez wychodzenia z domu, tak też zrobiliśmy. Klik Klik i prawie gotowe. Kilka dni później w skrzynce pocztowej znaleźliśmy dwie koperty z formularzami do wypełnienia i pałeczkami, którymi trzeba było pomiziać sobie w buzi. Zrobiliśmy co trzeba, spakowaliśmy w koperty zwrotne i odesłaliśmy. I to wszystko. Kilka tygodni później zostaliśmy dumnymi posiadaczami Karty Dawcy lśniącymi w portfelach.To wcale nie znaczy, że tymi dawcami faktycznie zostaniemy, bo prawdopodobieństwo, że akurat my będziemy mieć zgodność genetyczną z jakimś pacjentem czekającym na przeszczep jest niewielkie, ALE JEST! I chciałabym, żeby mój telefon jednak kiedyś zadzwonił i żebym naprawdę mogła komuś pomóc w ten sposób. To nic nie kosztuje, a może uratować komuś życie.

Gdyby ktoś chciał dowiedzieć się więcej na ten temat wystarczy kliknąć ---> TUTAJ

Znalezione obrazy dla zapytania dkms

wtorek, 6 czerwca 2017

Apsik!

Mój organizm postanowił zrobić sobie ze mnie jaja i na stare lata nabawiłam się alergii. Przez 30 lat nic mi nie było, a tu nagle niespodzianka. Drugi rok z rzędu od początku wiosny kicham, oczy mnie szczypią i kaszlę jak stary gruźlik. Masakra. W zeszłym roku myślałam, że to pozostałości po zapaleniu oskrzeli, które przeszłam w styczniu, później złapałam jakieś dziadostwo, które Junior przywlókł z przedszkola i jak w kwietniu zaczęłam kaszleć, tak trzymało mnie praktycznie bez przerwy do lipca. W końcu wpadłam na pomysł i kupiłam sobie lek antyalergiczny bez recepty (ot tak z ciekawości, żeby sprawdzić czy w dobrym kierunku kombinuję), zjadłam cale opakowanie i o dziwo pomogło. W tym roku powtórka z rozrywki. Ale tym razem cwaniara jak już mnie ten charakterystyczny kaszel dopadł od razu złapałam za ten sam lek i też pomógł - kaszleć przestałam. Tylko te leki mają to do siebie, że się kończą. I jak to opakowanie mi się skończyło, to jakoś tak nie po drodze mi się zrobiło do apteki i kaszel wrócił. Ale muszę się zmobilizować i ruszyć tyłek po piguły, bo płuca sobie wypluję. A na jesień testy. Żeby nie było mi smutno i żeby było raźniej, Junior też idzie. Bo on też ma alergię... :-/ Tylko u Juniora jest jeszcze dodatkowo katar. Na razie Młody bierze Zyrtec. Póki co poprawa jest bardzo delikatna, ale są dni, że w ogóle żadnej różnicy u Niego nie widać. Ale nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie tego, co ma wybrać, więc zobaczymy jak będzie po skończonej kuracji. Masakra jakaś z tymi alergiami, serio.
Poza tym leci sobie dzień za dniem. Ogródek pięknieje, bo w tym roku mam manię sadzenia i dekorowania. Aż miło patrzeć jak wszystko się zmienia. Jak sobie przypomnę jak jeszcze 3 lata temu wyglądał... Wtedy nawet nie można było nazwać go ogródkiem, ani nawet niczym zbliżonym do ogródka. To była dżungla amazońska z różnorodnością wszelkiego rodzaju zielska i chwastów. A najgorzej było to wszystko ogarnąć przed sianiem trawy... 2 tygodnie orki na ugorze, ryliśmy jak krety. Codziennie po powrocie do domu łapaliśmy za grabki i jazda. Po tygodniu miałach odruch wymiotny na samą myśl o ziemi, grabkach, kamykach i resztkach chwasciorów. Mimo, że teraz mamy innej roboty od cholery, cieszę się, że tamto mamy za sobą :P
Urlop wreszcie zaplanowany i oficjalnie zaczęliśmy wielkie odliczanie. Jeszcze chwila i Junior będzie miał wakacje, a w sierpniu pakujemy manatki i w drogę nad nasze cudne polskie morze. Tak tak, wiem... że woda zimna, że drogo, że pogoda niepewna... ale jakoś tak tęskno mi za tym miejscem. A pogoda niech sobie będzie jaka chce. Jedziemy odpocząć psychicznie i ładować akumulatorki na kolejny rok, a nie smażyć się na skwarki ;)
A propos skwarek... co by tu dziś zrobić na obiad??
Miłego dnia ;)