wtorek, 23 grudnia 2014

Krótkie sprawozdanie

No dobra, obiecałam to słowa trzeba dotrzymać i przyznać się co robiłam, jak mnie tu nie było. Otóż dużo robiłam :)
Najpierw wzięłam się za generalne porządki. Ostatnie takie były tu przed naszym wprowadzeniem się, a więc wiosną i trzeba było tą chałupę wysprzątać na święta. Tyle ile dałam radę z Juniorem wiszącym na mojej nodze robiłam w ciągu dnia, choć niewiele tego było, bo Junior w ramach przedświątecznej gorączki postanowił sprawdzić jak to jest jedną króciutką drzemką w ciągu dnia :) mniej więcej do godziny 16 było całkiem spoko, ale później zaczynała się jazda bez trzymanki i jak Mężu wracał z pracy musiał ogarniać jęczącego już i zmęczonego Juniora, którego o tej porze już trzeba było przetrzymać, bo nie było sensu kłaść Go spać przed 17, a ja nadrabiałam robotę. I tak wypucowałam okna sztuk 18 (!), wybłyszczyłam każdy kąt i teraz z dumą możemy przyjmować gości. Mężu zajął się porządkami na zewnątrz i tym sposobem jesteśmy ze wszystkim na czas. Dziś tylko zostało ubrać choinkę, upiec piernik i zrobić sałatkę, a jutro usmażyć rybę i podgrzać barszcz. Resztę przywiozą rodzice i teściowa :))
Oprócz porządków mieliśmy tez trochę papierkowych spraw do załatwienia, więc było bieganie od drzwi do drzwi, jednym słowem paranoja, ale nie ma sensu nawet tego opowiadać. Najważniejsze, że wszystko załatwione pozytywnie i tak, jak chcieliśmy.
A jaki prezent pod choinkę sobie zafundowałam? A zawiozłam wczoraj wypowiedzenie do roboty :))))) Gdyż ponieważ dostałam nową pracę :) Zaczynam w połowie lutego :))) Ha! :))

piątek, 19 grudnia 2014

Melduję, że jestem :)

Ja tak tylko informacyjnie - ostatnio na troszkę zniknęłam, bo postanowiłam wcześniej ogarnąć chałupę przed świętami, a nie na ostatnią chwilę, bo tak nie lubię. Dodatkowo trochę spraw zwaliło nam się na głowę i je też trzeba było ogarnąć, dlatego na blogowanie zabrakło mi sił, czasu i natchnienia. Ale melduję posłusznie, że wyszłam na prostą, nadrobiłam zaległości u Was (mimo braku komentarzy wiedzcie, że jestem na bieżąco) i wracam do pisania u siebie.
Teraz to tylko taki telegraficzny skrót, ale później obiecuję napisać co u nas. Teraz tylko melduję, że jesteśmy i mamy się dobrze :)

czwartek, 4 grudnia 2014

W kręgu juniorowych zainteresowań

Dziecię moje, mimo swojego młodego wieku, zdążyło już mieć kilka fascynacji i różnych hobby :)
Kiedy Junior był całkiem malutki (tak ze 2-3 miesiące miał) na topie były wszelkie światełka, ale to chyba wszystkie dzieci tak mają. Wpatrywał się tymi swoimi oczętami w każdy świecący obiekt, po drodze były święta, w święta choinka, a na choince lampki, więc już w ogóle szał ciał :) Jak trochę podrósł nauczył się pstrykać włącznikami i czasem trzeba było spędzić z nim pół godziny w jednym miejscu, bo koniecznie musiał sobie światłem popstrykać :)
Wyrósł z tego na rzecz kuchni :) jako pomieszczenia i jako powiedzmy sztuki samej w sobie :) w kuchni mógłby spędzać 24 godziny na dobę, no ewentualnie z przerwą na spacer. No bo przecież tyle tam fajnych rzeczy jest, te różne łyżki, chochelki, miski, garnki, pokrywki. A jak dochodzi do tego mieszanie, krojenie, gotowanie, smażenie i inne takie... no po prostu CZAD! I to w sumie się utrzymało do dziś i osoba gotująca ma bacznego obserwatora w postaci Juniora. No bo przecież trzeba sprawdzić czy kucharz wszystko dobrze robi, a w razie czego interweniować i pomagać :) Pamiętam jak moja mama robiła kiedyś biszkopt w obecności Juniora. Tak chłopak szalał, że mało do miski jej nie wszedł i musiałam go z płaczem zabrać do domu, bo nie szło nic zrobić :) Także kuchnia jest super, a żeby to potwierdzić powiem tylko, że w tej chwili Junior śpi z przytulanką w postaci rękawicy kuchennej :)))
Oprócz kuchni przez jakiś czas na topie były klocki Lego Duplo (uwaga audycja zawiera lokowanie produktu :P), ale pasja ta została chwilowo porzucona (bo na pewno wróci) na rzecz samochodzików (ku uciesze Męża :P) oraz książek (TAK! TAK! TAK! - to ja się cieszę). Samochodziki odkrył jakiś tydzień temu, choć ma je od dawna. Tak mu się spodobały, że zasuwa po całym domu na kolanach w takim tempie, że czasem ciężko mi stwierdzić w którym miejscu jest w danej chwili, jeśli zdarzy mi się przeoczyć moment przemieszczania z punktu A do B :) I wszystko jedno czy jest do resorak, jakieś większe autko, traktor czy ciężarówka - ważne, żeby miało kółka. A odpowiednie dźwięki Junior doda sam :) Słodko to wygląda i uświadamia mi jaki mój Synek jest już duży... No i książki. Junior jest nimi zachwycony, a ja jeszcze bardziej, bo jako wielkiemu molowi książkowemu zawsze po cichutku marzyło mi się, żeby moje dziecko też je choć trochę lubiło. A Junior lubi je zdecydowanie bardziej niż trochę :) Ojjj tak bym chciała, żeby mu już tak zostało... Książeczki bierze sobie sam, przegląda je po 100 razy dziennie, wybiera jedną (zawsze tą samą :P), żeby mu przeczytać i w tym czasie ogląda inne. I ma bardzo podzielną uwagę, bo mimo, że robi coś innego to zawsze wie, że ktoś przerwał czytanie przed końcem i upomina, żeby ten ktoś czytał dalej :)

Przed nami wieeeeeele innych zabaw i fascynacji na koncie Juniora, a ja już nie mogę się ich doczekać, bo naprawdę cudownie jest patrzeć jak dziecko się rozwija, jak się coraz ciekawiej bawi - czy to z kimś, czy samo. I tak się teraz zastanawiam co my robiliśmy jak Junior był malutki i "tylko leżał" :)))))

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Witamy w grudniu

Grudzień.... Przecież dopiero jeden był i co, już następny? Czas zdecydowanie za szybko leci... Toż to za 3,5 tygodnia święta! Trzeba będzie okna umyć, chałupę wybłyszczyć, bo szykuje nam się wielka inauguracja Wigilii w gniazdku. Nie chce nam się gonić od chałupy do chałupy i jeść w biegu, bo następni czekają, tym bardziej z Juniorem pod pachą, więc w tym roku wszyscy fatygują się do nas i siedzimy na tyłku, jemy bez pośpiechu i już :) Taki jest plan :) Mikołaj w tym roku jeszcze musi się odkuć po tegorocznych większych wydatkach, więc porządne prezenty tylko Junior dostanie, reszta tak tylko symbolicznie, ale to przecież nie o prezenty chodzi. Więc myślę, że nikt nie będzie się skarżył ani narzekał. 3,5 tygodnia ... trzeba by zacząć myśleć nad jakimiś potrawami, kto, co, ile itd. Mam nadzieję, że chociaż troszkę śniegu spadnie, żeby jakiś klimat był, bo takie święta bez śniegu jednak są dziwne. Nie pamiętam już kiedy były takie naprawdę białe. Ostatnio częściej śnieg jest na Wielkanoc niż na Boże Narodzenie. 3,5 tygodnia... można już świąteczne piosenki odpalić (bo jednak świąteczna muzyka i reklamy od 2 listopada to dla mnie stanowcze przegięcie) i zacząć się wczuwać w klimat.
Za kilka dni też moje urodziny. Ostatnie z 2 z przodu... Nawet nie chcę o tym myśleć, bo nie mogę uwierzyć w to, że ja mam TYLE (!) lat. W ogóle się na tyle nie czuję i w sumie to jest trochę pocieszające :) Na 18stkę człowiek czeka jak na zbawienie, choć w sumie nie wiem dlaczego (2 lata temu Młoda tak czekała). Niby taka magiczna data, że nagle staje się dorosły, a przecież tak naprawdę oprócz tego nic się nie zmienia. No ok, prawdziwy dowód osobisty się ma, można legalnie kupić piwo czy inne %, głosować można i takie tam. Ale przecież poza tym tak naprawdę nic się nie zmienia, myślenie dalej pozostaje takie samo, nie dostaje się nagle żadnych super mocy i nikt nie staje się zupełnie inną osobą jak za przełączeniem magicznego guziczka w momencie ukończenia 18 lat. Więc w sumie nie wiem z czego to wynika. Sama tak czekałam na tą 18stkę, a teraz nie mam pojęcia dlaczego :) :P Jedno za to jest dla mnie pewne. Po 18stce czas zdecydowanie przyspiesza i zapitala jak głupi. Serio. Nie wiem nawet kiedy mi te 11 lat od 18stki minęło. 29 lat... Za rok 30... Jezusicku jak to strasznie brzmi :P Ale z drugiej strony fajnie jest :) Uwielbiam ten moment w życiu, w którym jestem teraz. I chyba nigdy lepiej nie było. Mam swoją własną rodzinę - Męża i Synka, mieszkamy u siebie, mam pracę, jestem zdrowa (przynajmniej mam taką nadzieję) i pomimo różnych zawirowań i tego, że czasem inni ludzie potrafią uprzykrzyć nam życie, jest mi naprawdę dobrze. I mam nadzieję, że tak będzie zawsze :)
No... to się sentymentalnie jakoś zrobiło, co? :P Chyba ogień w kominku tak na mnie podziałał. Pogoda za oknem straszna, zimno, wieje, że łepetynę chce urwać, ciemno jak w ... nie powiem gdzie :) i musiałam w kominku napalić, bo ten widok zawsze mnie jakoś tak od środka rozgrzewa i lepiej mi się robi mimo okropnej pogody.
Dobra, ale czas na mnie. Mężu niedługo z roboty wróci, muszę obiad podgonić póki Junior śpi. Poza tym pies mi tu nochalem dmucha na klawiaturę i niemiłosiernie mnie wkurza. Muszę go pogonić zanim mi całego laptopa zadmucha :P

Miłego dnia :)

poniedziałek, 24 listopada 2014

Takie czasy...

Przeczytałam dziś taki artykuł na Onecie i normalnie się zdenerwowałam. Chodziło o modę lat 90tych, które zostały określone jako obciachowe. Na redaktora, który to napisał poleciały istne gromy w komentarzach i słusznie, choć podejrzewam, że o to chodziło, bo przecież coraz częściej liczy się ilość "wejść" w dany artykuł niż jakiś jego przekaz. Ale mniejsza o to. Ja w każdym razie zaczęłam sobie rozmyślać na ten temat i doszłam do takich oto wniosków. Jestem rocznikiem '85, więc na lata 90te przypadło moje dzieciństwo i wczesne "naste" lata - pod pewnymi względami najlepszy czas :) Może z perspektywy dzisiejszej młodzieży tamten okres jest obciachowy, bo moda jakaś taka nie teges, choć dla mnie szczytem obciachu jest to, co dziś można spotkać na ulicach - styl a'la Jacyków i często nie wiadomo czy baba toto czy chłop, wszędzie słuchaweczki w uszach, a wszyscy jak dla mnie wyglądają jak odbitki z ksero, styl na jedno kopyto, "bo modne". Ja wiem, że w każdych latach jakaś moda była i tak naprawdę o każdym czasie można to powiedzieć. I jakkolwiek obciachowe dla dzisiejszej młodzieży mogą być lata 90te, to ja osobiście żałuję, że nie żyjemy w tamtych czasach, naprawdę. Może nie było takich "luksusów" jakie ludzie mają teraz, komórki można było głównie w filmach zobaczyć albo u biznesmenów, no ewentualnie na podwórku takie na węgiel :P Internet to już w ogóle był szczyt szpanu (choć to akurat bardzo ułatwia życia i cieszę się, że jest w zasadzie wszędzie), samochody były inne, i tylu galerii handlowych nie było, no mówiąc krótko nie było wielu rzeczy, bez których tak naprawdę teraz nie wyobrażamy sobie życia. Ale kurcze, może było biedniej, ale ludzie byli inni. Nie było tyle tego jadu, który teraz leje się z każdego kąta, zawiści, pędu za pieniędzmi, w ogóle tego dzikiego pędu, życia w biegu. Ludzie spotykali się nie tylko w celach biznesowych, ale tak normalnie, towarzysko, rodzice jakoś więcej czasu mieli dla dzieci i potrafili ten czas jakoś fajnie spędzać. I dzieci inne były... jak czasem słucham tych obecnych to aż boję się pomyśleć jak będzie jak nam Junior urośnie. Teraz tylko kto ma lepszego smartfona, ilu znajomych na fejsbuku i kto jakie selfie sobie strzelił. Porażka jak dla mnie. Pewnie, że nie wszystkie dzieci są takie, ale spora ich część (żeby nie powiedzieć, że większość). Mimo, że obecne czasy niewątpliwie mają swoje zalety, to i tak jakoś mi się nie podobają. Zdecydowanie fajniej było w tych obciachowych latach 90tych....

Hmm... poważnie się trochę zrobiło :) ale taka prawda, przynajmniej dla mnie. A Wy co myślicie?

sobota, 22 listopada 2014

Krok naprzód

We wrześniu pisałam Wam, że po długim rozważaniu wszelkich "za" i "przeciw" postanowiłam poszukać nowej pracy. W Firmie jestem umówiona z szefową, że wracam w połowie stycznia, ale trzymając się swojego postanowienia regularnie przeglądam oferty pracy. Jako, że w naszej okolicy jest naprawdę sporo firm, w których mogłabym znaleźć to, co mnie interesuje (w zasadzie szukam czegoś na podobnym stanowisku, jakie wykonuję w tej chwili), to muszę przyznać, że ofert jest całkiem dużo. Jakieś dwa tygodnie temu zdecydowałam się wysłać pierwsze CV. Oczywiście wątpliwości miałam mnóstwo, no bo to wszystko zaczynało się robić takie realne. Do tej pory tylko myślałam o zmianie pracy, a wysłanie CV to dość poważny krok naprzód. Przynajmniej dla mnie. Po tym pierwszym poszło zdecydowanie łatwiej. Jeśli znajdowałam w okolicy ofertę, która mnie ciekawiła, klikałam przycisk aplikuj i już. W efekcie do tej pory zaaplikowałam na 4 oferty i byłam na 5 rozmowach kwalifikacyjnych (w dwóch firmach przeszłam pierwszy etap rekrutacji i zostałam zaproszona na drugi, właściwie ostateczny). We wszystkich firmach decyzje mają zostać podjęte w nadchodzącym tygodniu. Nie robię sobie jakichś nadziei na to, że zostanę wybrana i że dostanę interesujące mnie warunki (chociaż kto wie, kto wie...), a rozmowy na których byłam traktuję bardziej na zasadzie ćwiczenia. Pewnie, że byłoby fajnie, gdyby się udało, ale jakiegoś strasznego parcia na to nie mam. Póki co mam pracę, mam dokąd wracać, więc mam na tyle komfortową sytuację, że mogę spokojnie szukać najlepszej oferty. Ale powiem Wam, że jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona faktem, że dostałam tyle odpowiedzi. Myślałam, że odezwie się może jedna firma, może żadna, a tak naprawdę odezwały się prawie wszystkie. Ciekawe jak sprawa potoczy się dalej.
Póki co jednak, bez względu na to czy wrócę do obecnej Firmy, czy przeniosę się do innej, dostaję skrętu żołądka na samą myśl o tym, że będę musiała zostawiać Juniora na tyle godzin. Do tego momentu zostały już niecałe 2 miesiące. Do tej pory byliśmy razem przez 24 godziny na dobę (no ok, czasami zostawał z Tatą albo z Dziadkami jak musiałam gdzieś wyskoczyć, ale to co innego), a teraz praktycznie cały dzień będę bez Niego. Wydaje mi się, że ja przeżyję to zdecydowanie bardziej niż On. Pewnie, że fajnie będzie wyjść do ludzi, pracować i w ogóle, ale kurcze, to taki fajny czas, kiedy jestem z Juniorem, że będzie mi tego cholernie brakować. Gdyby tylko była taka możliwość, wzięłabym jeszcze chociaż z rok urlopu wychowawczego, ale niestety nie da rady :( No cóż, jakoś trzeba będzie to przeżyć i przestawić się na nowy tryb. Tylko jak?

wtorek, 18 listopada 2014

Wizję mam :D

Eeeejjjjj... normalnie mam wizję :)))) jak by to powiedziała Mariolka z Paranienormalnych "Co to jest jak głowa boli i obrazki są? Aaa... pomysł". No to ja mam takie obrazki, tylko głowa mnie nie boli (jeszcze :P) i cieszę się normalnie jak murzyn blaszką :)))
Ale od początku może opowiem.
Urządzanie gniazdka wiązało się z podejmowaniem baaardzo wielu decyzji od koloru dachówki, przez przyszły kolor elewacji, po kolor ścian, podłóg i wybór mebli. Początkowo cieszyło nas to niesamowicie, bo to przecież takie fajne i w ogóle, ale z czasem naprawdę nam zbrzydło. Było tego tyle, w takim natężeniu i kumulacji i powodowało tyle nerwów (dodatkowo w ciąży byłam, a później świeżo upieczoną mamą, a to nie ułatwiało sprawy), że śniło mi się po nocach i rzygać mi się chciało na samą myśl. Na sam koniec doszłam już do takiego momentu (Mężu zresztą też), że niektóre decyzje podejmowałam na odczepnego, żeby tylko już mnie nikt nie pytał o żaden kolor, odcień i inne tym podobne duperele. Jak już zamieszkaliśmy, najbardziej mieliśmy ochotę spakować się i wyjechać gdzieś na długie wakacje, żeby odpocząć po tym całym kołowrotku. Początkowo były tylko meble i przedmioty świadczące o tym, że jednak ktoś tu mieszka. Dopiero z czasem zaczęło przybywać takich różnych pierdółek, które nadają domowi duszę. I tak na ścianach pojawiły się nasze rodzinne zdjęcia (bo obrazki żywej bądź martwej natury jakoś do mnie nie przemawiają), przybywa storczyków na parapetach i innych powiedzmy elementów dekoracyjnych. No i dziś, jak położyłam Juniora na drzemkę, zrobiłam sobie herbatki, a później chodziłam z nią po domu i oglądałam. Po drodze znalazłam dwie fajne PUSTE ściany, które przydałoby się czymś ozdobić, bo jakieś takie gołe mi się wydały. Jedna jest jasnoszara w przedpokoju idealnie na wprost drzwi wejściowych, a druga beżowa w jadalni, częściowo oddziela jadalnię od kuchni. No i mnie natchnęło. Normalnie taka wizja mi się w głowie pokazała, że przebieram nogami na samą myśl. Napisy na ścianę... :))) Po prostu muszę je mieć, bo podobają mi się niesamowicie, a te dwie ściany będą dla mnich po prostu idealne. Jakby postawione specjalnie dla tych napisów :) Za kilka lat pewni powiem "Jezu, ale wiocha", ale co tam, dziś jestem zachwycona :)
Do przedpokoju na szarą ścianę wymyśliłam sobie biały napis. Mam dwa, no może trzy typy, no dobra - cztery :) pomóżcie mi wybrać:
1) "W tym domu mówimy prawdę, popełniamy błędy, mówimy przepraszam, dajemy drugą szansę, lubimy się bawić, wybaczamy, jesteśmy cierpliwi, kochamy"
2) "W tym domu bądź szczęśliwy każdego dnia! Szanuj innych, mów: proszę i dziękuję, dotrzymuj słowa, wybaczaj, nawet jeśli to trudne, zawsze mów prawdę, kochaj"
3) "Dom jest tam, gdzie Twoje serce"
4) "Twój dom może zastąpić cały świat. Cały świat nigdy nie zastąpi Ci domu"

Żeby łatwiej było wam to sobie wyobrazić, zerknijcie O TUTAJ
Na jadalnię na razie nie mam pomysłu, ale może mi podpowiecie? Kurcze, tak naprawdę i do sypialni, i do Juniora mam ochotę takie coś walnąć. No tak mi się podobają :)

Co myślicie? :)

piątek, 14 listopada 2014

Trzynaście i pięć :)

Trzynaście... Junior kończy dziś 13 miesięcy. Dopiero miał pierwsze urodziny, a tu minął już miesiąc. Chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać jak to szybko leci. Ten miniony miesiąc był jakąś kumulacją nauki nowych umiejętności. Chyba jeszcze nigdy Junior tak szybko nie nauczył się tylu nowych rzeczy. Rozgadał się niesamowicie, mówi coraz więcej zrozumiałych słów, już nie tylko mama, tata, baba, ale też daj, ma (czyli masz), tak, nie, papa i tak dalej. Potrafi pięknie pokazać co w danej chwili chce, już prawie nie musimy się domyślać o co może mu chodzić, pokazuje jaki jest duży, gdzie jest oczku, uszko, nosek itp., pokazuje sam z siebie jak mu coś smakuje. No tyle tego ostatnio zakumał, że aż trudno mi wszystko wymienić. No i chyba zbiera się w sobie, żeby ruszyć samodzielnie przed siebie. Parę samodzielnych kroczków już zrobił, ale to baaaardzo ostrożne dziecko ( o dziwo jak powie Mu się, że czegoś nie wolno, to nie wolno. Nie rusza i już). Zabawki oprócz Lego Duplo i drewnianego sortera mogłyby dla Niego nie istnieć - najważniejsze są książeczki z bajkami :) Po kilkanaście razy dziennie je wyciąga, kładzie sobie na kolanka i przerzuca z jednej strony na drugą, ogląda obrazki i wybiera tą, którą chce, żeby Mu przeczytać. Uwielbia słuchać bajek. Ach... chciałabym, żeby ta pasja do książek mu została (po mamusi :P). No i sprząta wszędzie i wszystko (to też mogłoby mu zostać :P). Niech tylko zobaczy zmiotkę albo kawałek ścierki w zasięgu ręki i od razu pędzi w ich kierunku i pucuje co się da. Widok naprawdępowalający :) No i straszny przytulasek i całuśnik :) naprawdę kochany chłopczyk nam rośnie :)
;
Pięć... Stuknęło wczoraj :) Dokładnie 5 lat temu napisałam tutaj pierwszych kilka zdań :)
Przez ten czas mój blog został odwiedzony 70 831 razy, napisałam 304 posty (szału nie ma, ale i tak nie spodziewałam się takiej ilości, kiedy pierwszy raz zasiadałam do pisania), a Wy dodaliście 5099 komentarzy.Nie sądziłam, że tak długo zagrzeję tu miejsce, ale cieszę się, że się odważyłam, bo "poznałam" dzięki temu mnóstwo świetnych osób. Mam nadzieję, że to miejsce będzie istnieć i tętnić życiem jeszcze przez dłuuugi czas :)
I że Wy będziecie nadal do nas zaglądać :))

środa, 12 listopada 2014

Żeby było jasne :))

Fiu fiu, widzę, że pod poprzednim postem rozgorzała dyskusja co do słuszności mojego postępowania :) I dobrze, bo i takie posty są potrzebne i komentarze wyrażające Wasze zdanie. Część osób doskonale zrozumiała to, o co w całej sprawie chodziło, a szczególnie to dlaczego zrobiłam tak, a nie inaczej. Są też osoby, które tego absolutnie tego nie popierają i jak najbardziej macie do tego prawo, ale pozwólcie, że napiszę jeszcze kilka słów na ten temat, żeby wszystko było jasne, tak na zamknięcie tematu.
Otóż, mam trochę wrażenie, że niektóre osoby wyobraziły sobie całą tą sytuację jako wielka awanturę z krzykami, płaczem i rwaniem włosów z głów :) absolutnie tak nie było. Jak już ostatnio napisałam nie raz mówiłam co chcrmy kupić i dlaczego, nie raz zaznaczałam, że nigdy w życiu parasolki, bo kompletnie mi nie odpowiada, więc chyba zrozumiałe jest, że wkurzyłam się widząc właśnie parasolkę. Owszem, wiem, że rodzice chcieli dobrze i co do tego nie mam absolutnie żadnych wątpliwości. Cieszę się, że się wnukiem interesują, że kupują Mu mnóstwo rzeczy (choć tak naprawdę w wyhowaniu nie o to chodzi), że się starają. Ale... Wózek to nie jest autko do zabawy czy spodenki, które w razie czego można odłożyć w kąt i nie używać. To poważny zakup, na który chcemy mieć decydujący wpływ, bo to my będziemy go uzytkować w 95% jeszcze przez ładnych parę lat. Ma odpowiadać tak Juniorowi, jak i nam. Mam wybrany model, który zamierzamy kupić i żaden inny nie wchodzi w grę. Jeśli rodzice chcieli nam wózek kupić wystarczyło zapytać wcześniej czy może taki być, czywolimy coś innego. Proste. Ja też powiedziałam im, że ten, który kupili mi nie odpowiada i nie chcę takiego typu wózka. Zrobiłam to bardzo spokojnie. Może za drugim razem zrobiłam to nieco ostrzej, ale to nie może być tak, że ktoś na siłę będzie mi takie prezenty wciskał, skoro już raz jasno wyraziłam swoje zdanie. Wystarczyło powiedzieć ok, wymienimy na inny i już. Przez wiele lat robiłam tak, jak niektóre z Was radziły - zaciskałam zęby i nic nie mówiłam w podobnych sytuacjach, ale tak też nie może być, bo nie tędy droga. Rodzice mimo dobrych i szczerych intencji nie mogą już kierować wszystkimi decyzjami, nawet w tak wydawałoby się błahej sprawie jak kupno wózka. Wiem, że chcą dobrze, ale wszyscy jesteśmy dorośli i tak my, jak i oni sami chcemy podejmować własne decyzje. Im na pewno nie podobałoby się, gdybym ja chciała decydować za nich, tak samo ja nie chcę, żeby oni decydowali za mnie.
Niektóre z Was sugerowały, że przyjęłyby wózek, a później nie używałyby go albo oddały komuś. Noo... myślę, że to jeszcze tylko pogorszyłoby sprawę w tym przypadku, bo dopiero byłaby wojna.
Cóż zrobiłam jak zrobiłam, pewnych rzeczy może trochę żałuję (jak np. tego, że się zdenerwowałam i powiedziałam to w złości), a pewne rzeczy drugi raz zrobiłabym dokładnie tak samo.
Żeby Was na koniec uspokoić powiem tylko, że wczoraj spotkaliśmy się z rodzicami, wyjaśniliśmy wszyscy swoje argumenty, Mężu mnie wspomagał swoimi zdolnościami mediacyjnymi, bo ma chłopak talent do tego i sprawa jest już zakończona. Ja wiem o co chodziło, rodzice też chyba zrozumieli mnie i sprawa jest zakończona. Mam nadzieję, że i u Was obraz mojej osoby jakoś poważnie nie ucierpiał :)

poniedziałek, 10 listopada 2014

I weż tu się człowieku nie denerwuj...

Jestem wkurzona, smutno mi i źle. Jakiś taki beznadziejny ten listopad w tym roku. A przyczyna tym razem jest jedna - moi rodzice znowu zachowali na swoim poziomie. Ostatnio co chwilę robią podobne akcje, a ja już chyba nabawiłam się przez to nerwicy, bo wszystko mi się w środku trzęsie. Ale od początku...
Jakiś czas temu, będąc u nich, zgadaliśmy się na temat spacerówek, wspomniałam, że musimy rozejrzeć się za czymś, bo niedługo będziemy musieli zmienić Juniorową furę na bardziej dorosłą - ale nie parsolkę, bo tego za nic w świecie nie chcę - pokazałam nawet zdjęcia modeli, które chodzą mi po głowie. Ot taka zwykła luźna gadka. W sobotę telefon - przyjedźcie na obiad, mamy dla Juniora niespodziankę. Nieświadomi pojechaliśmy, wchodzimy do domu, a tam na środku stoi spacerówka - oczywiście parasolka. Myślałam, że wybuchnę, para chyba uszami mi szła, ale nic nie powiedziałam. Zaczęli zachwalać ten wózek, jaki to on super jest i w ogóle najwyższa półka (bo tak im w sklepie powiedzieli). Widzieli moje niezadowolenie i ojciec coś tam stwierdził do Juniora "Ooo Twoja mama jest niezadowolona z wózka". Ja powiedziałam tylko krótko, że owszem, bo takie modele mi się nie podobają i ja nie chciałam takiego czegoś. No i temat się skończył. Atmosfera przez całą wizytę była średnia, jak zbieraliśmy się do wyjścia, ubraliśmy z Mężem Juniora, a moi rodzice zaczęli pakować Go do tej pieprzonej parasolki. Nie wytrzymałam... Powiedziałam, żeby Go nie wsadzali, bo ja nie będę jeździć tym wózkiem, bo mi się nie podoba, nie chciałam takiego i sama sobie wybiorę taki, jaki będzie nam odpowiadał. Oczywiście pożegnał nas foch jaka to ja niewdzięczna jestem, że w takim razie do sklepu go oddadzą, bo ja im łaski robić nie będę, że go wezmę i że inny marzyliby o TAKIM SUPER wózku itd. W samochodzie nerwy mi puściły i poryczałam się jak bóbr. Mężu mnie pocieszał, że dobrze zrobiłam, że dobrze powiedziałam itp. W domu miałam już taką chwilę, że stwierdziłam, że ciul powiem, żeby zostawili ten wózek, że może się przyzwyczaję, ale ostatecznie się otrząsnęłam i powiedziałam sobie, że nie. Nie będę się wiecznie dostosowywać do ich widzimisię. To jest zakup, który wypadałoby skonsultować, zapytać czy chcemy taki model, przegadać temat, a nie na łapu capu kupować i wciskać komuś na siłę. Efekt jest taki, że oni są wielce obrażeni i mają focha na cały świat, ja jestem i wkurzona, i smutna, i zdołowana i jeszcze wiele innych określeń mogłabym przytoczyć, a Mężu z Juniorem starają się jakoś zająć moją uwagę, ale kiepsko im idzie, bo co spojrzę na nasz wózek, to cała sprawa do mnie wraca.
Ja nie wiem, może ja faktycznie jakaś dziwna jestem?

wtorek, 4 listopada 2014

Po cmentarnym Fashion Show 2014

Fashion Show tym razem był krótki, bo z Juniorem za długo na cmentarzu nie pobyliśmy, więc i perełek wyłowić nie było kiedy. A ja na to potrzebuję czasu, bo jednak nad grobami staram się skupić na tym, po co przyszłam, a nie na rozglądaniu wokoło. Dzień Wszystkich Świętych bardzo lubię. W zasadzie zawsze lubiłam. Bo jest tak ładnie, kwieciście i te tysiące świeczek wieczorem. Fakt, że większość grobów wygląda tak tylko raz w roku (a szkoda...), bo zwyczajnie ludzie przypominają sobie wtedy o grobach swoich bliskich, często niestety na pokaz, co mnie bardzo irytuje. Jako że nasza trasa spacerowa przebiega niedaleko cmentarza, to my z Juniorem jesteśmy tam codziennie. Nie wyobrażam sobie jak mogłabym przejść obok i nawet nie zaglądnąć. Dlatego uprzykrzamy spokój naszym zmarłym i często wpadamy w gości :P I tak przez cały tydzień obserwowaliśmy jak ludzie, których obecność na grobach widać sporadycznie (mam na myśli stan zadbania grobów) nagla się pojawiali i czyścili, grabili, zamiatali itp. Wiele z tym osób wynosiła do śmietnika stroiki z Bożego Narodzenia, co mówi samo za siebie. I szkoda,  że  w efekcie większość z tych osób poszła w wielkość - kto postawi większą doniczkę z chryzantemą, lub kto postawi ich więcej. Ja osobiście lubię jak na grobie jest jeden duży ładny żywy stroik zamiast miliona doniczek. U Dziadków zawsze robimy zrzutę właśnie na taki stroik i tak podoba nam się najbardziej. No ale o gustach się nie dyskutuje. Junior za to przeżył szok, bo jest przyzwyczajony, że na codzień to spokojne miejsce, a tu nagle dzikie tłumy, panie w kozakach na szpilkach i futrach mimo pogody iście wiosennej (bo jak się już kupiło, to trzeba się pokazać, no nie?), panowie wystrojeni jak woźny w dzień nauczyciela z dumą nosili chryzantemy- giganty, łypiąc przy tym oczami na boki czy ludzie widzą jakie duże niosą, bo przecież nie będą żałować raz w roku. A że stan i jakość tych gigantów pozostawiała wiele do życzenia to już inna sprawa, ważne, że się szarpnęli, no nie? :)) Ach... jak ja to lubię. no i Junior jak już mówiłam przeżył szok, bo co to się dzieje? A jak wracając do domu wieczorem zabraliśmy go jeszcze raz na cmentarz, żeby zobaczył te tysiące światełek po ciemku, to już nam dziecko zupełnie odleciało. Tak się zapatrzył u Męża na rękach, że aż się nie ruszał, oczka miał jak spodki i uśmiech od ucha do ucha. Chyba mu się podobało, choć nie rozumiał o co chodzi :)

piątek, 31 października 2014

Piątek... i już prawie listopad?

Ludu, kiedy ten październik minął? Jakoś przez palce mi przeleciał i nie mogę się nadziwić, że jutro już listopad. Czas płynie zdecydowanie za szybko.
Zaniemogłam... Jakieś paźgawe przeziębienie mnie dopadło i wena do pisania siadła. Nawet nie tyle siadła, co poooooszłaaaa... w siną dal. A w głowie kłębi mi się co najmniej kilka tematów na notki. Tymczasem siedzę z herbatką z cytryną i staram się ratować resztki sił, co by mnie na dobre nie rozłożyło. A jeszcze bardziej staram się trzymać a dala od Juniora - na tyle na ile to możliwe będąc z Nim sama w domu - żeby i Jego nie dopadło. Junior chichra się ze mna jak smarkam (raz się położył ze śmiechu), bo to przecież takie śmieszne jest... No naprawdę, boki zrywać :))) A tu jeszcze i z psem wyjść trzeba i Junior się przy okazji przewietrzy choć kilka minut (bo pogoda u nas dziś nieciekawa). Ale w sumie to dobrze, bo ja odkąd pamiętam nie potrafiłam chorować "na leżąco". W podstawówce jak byłam chora to i tak cały dzień łaziłam po domu, ubranie zakładałam na piżamę, żeby mi cieplej było, a jak rodzice mieli wracać z pracy, to grzecznie wskakiwałam do łóżka, że niby tak ładnie leżałam cały dzień :P Tylko raz w sumie leżałam plackiem, no może dwa - w szóstej jak miałam ospę i 40 stopni gorączki i nie bardzo kontaktowałam co się wokół mnie dzieje (i o dziwo bardzo dokładnie to pamiętam :P) i na studiach jak mnie zapalenie płuc dopadło (wtedy lekarz mnie szpitalem nastraszył i grzecznie leżałam, zapobiegawczo). Także cieszę się, że mam zajęcie, bo gdybym się położyła, to rozchorowałabym się na dobre, zawsze tak mam, nie wiem czemu. Jutro muszę być na siłach, żeby choć na trochę na cmentarz skoczyć.
W ogóle po szczepieniu Juniorkowym jesteśmy. Słynna świnka-odra-różyczka. Matko święta, ile ja się o tym naczytałam, to głowa mała. Poszliśmy wg. kalendarza szczepień, bo to obowiązkowe jest i tak czy siak by nas nie ominęło. Bałam się tej szczepionki (i już nigdy nie będę niczego czytać w necie, bo potem tylko jakieś schizy się w głowie robią i czlowiek doszukuje się nie wiadomo czego na każdym kroku). Na szczęście po dwudniowej gorączce i leciutkiej wysypce nie ma już śladu i wszystko jest w porządku. Junior przez kilka dni był troszkę osowiały, ale już mu przeszło.

Dobra, na dziś tyle, bo jeszcze robotę mam przed jutrem, bo goście się zapowiedzieli, więc zmykam. Odezwę się po weekendzie. Miłego świętowania :)

czwartek, 23 października 2014

Jesienny misz-masz

Takiej jesieni, jak ta za oknem, nie lubię. Wieje, pada, zimno jest... jdnym słowem bleeee... Kisimy się od wczoraj w domu, bo raz, że nie ma jak wyjść, a dwa w taką pogodę nawet się nie chce. Dziś korzystając z bezdeszczowej chwili wyskoczyliśmy tylko do sklepu. Nawet pies wychodzi z domu tylko na szybkie siku i wraca i szczeka pod drzwiami, żeby go wpuścić, a później śpi w swoim koszu. Junior chyba bierze z niego przykład, bo padł i śpi już drugą godzinę. Bateria mu się chyba całkowicie rozładowała :) A ja przygotowałam sobie częściowo obiad, jak Mężu wróci to tylko go dokończę i grzeję się ciepłą herbatką. Dziś kuchnia serwuje makaron z kurczakiem, brokułami i pomidorami w sosie śmietanowym. Bomba kaloryczna, ale przy takiej pogodzie nie zaszkodzi. A my uwielbiamy przeróżne makarony - spaghetti, lasagne, zapiekanki, różne miksy makaronowo-warzywne, sałatki, co tylko do głowy nam wpadnie. Niby to tuczące dania, ale ruchu mamy dużo, więc i w boczki nie idzie. Kurcze, chyba pierwszy raz w życiu jem jak smok, bo przy takiej ilości ruchu non stop jestem głodna, a figurkę mam jak ta lala :) zawsze myślałam, że w ciąży i po ciąży będę wyglądać jak wieloryb, ale na szczęście obyło się bez tego :) Fakt, w ciąży przytyłam 14kg (w sumie to prawie książkowo), ale na dzięki Bogu poszło mi w brzuch, który miałam naprawdę spory. W ciągu 2 tygoni po porodzie spadło mi 10 kg, a kolejne cztery też jakoś szybko zniknęły, nawet z nadwyżką i w efekcie ważę mniej niż przed ciążą. Czad :) Także tuczącymi potrawami nie mam zamiaru się przejmować, spali się :P
Powoli też dojrzewam do zmiany wózka, choć jeszcze nie wiem na jaki :P Jestem z niego naprawdę mega zadowolona i uważam, że to był dobry wybór, ale Junior rośnie, robi się coraz cięższy (ma już 10,5 kg), a i wózek swoje waży, więc czasami trudno jest jechać, szczególnie pod górkę. No i w bagażniku też zajmuje trochę miejsca. Plan jest taki, że zimę przejeździmy jeszcze tym, bo i koła spore i pokrowce fajnie Juniora osłaniają przed wiatrem, a na wiosnę kupujemy coś mniejszego i poręczniejszego (ale nie typową parasolkę, bo nie podoba mi się to dziadostwo). Jeśli ktoś ma jakieś podpowiedzi co do modelu, będę bardzo wdzięczna :) Ma być lekki, zwrotny i ładny.
Ostatnio zauważyłam, że przy publikacji nowych postów mam naprawdę sporo wejść na bloga, ale w komentarzach tego nie widać. Nie chodzi mi o to, żeby bić rekordy w ilości komentarzy, ale zwyczajnie jestem ciekawa, kto tu zagląda, dlatego będzie mi miło, jeśli ujawnicie się pod tym postem :) Przy okazji powiedzcie mi, czy u Was też pojawia się ta durna weryfikacja obrazkowa? Nie wiem jak to badziewie wyłączyć, sprawdzałam w ustawieniach i niby jest wyłączona, a mimo to się pojawia...

środa, 22 października 2014

"Goście"

Zapomniałam Wam napisać jak się niedawno zagotowałam. 1,5 tygodnia już od tego minęło, ale jednak niesmak pozostał. Jako że pogoda jeszcze dopisuje, chcemy jak najwięcej zrobić wkoło domu przed zimą. A ponieważ trochę tych rzeczy jest, to i roboty full. W sobotę przedurodzinową Junior pojechał do dziadków, a my zakasaliśmy rękawy i wzięliśmy się do roboty. Mężu jeszcze miał na 16:00 dentystęw Mieście, więc postanowiłam, że pojadę z nim, bo miałam kilka spraw do załatwienia, a przy okazji mogłam odebrać Juniora. Robimy sobie koło tego domu, nawet sprawnie nam idzie. Godz. 12:05 - telefon, mój kuzyn Z., a chrzestny Juniora.
- "No cześć, słuchaj, podjechalibyśmy do Was dziś z prezentem, bo akurat mamy czas, a w tygodniu to tak nie bardzo".
Ja trochę zdezorientowana, bo inaczej się umawialiśmy, więc mówię:
- "Wiesz co, dziś to nie bardzo, bo mamy sporo roboty, poza tym umawialiśmy się na imprezę za tydzień".
- "Aha, no spoko". Zamieniliśmy jeszcze parę słów i na tym rozmowa się skończyła. Wróciłam sobie spokojnie do roboty, robię sobie, robię, bardzo zadowolona jestem bo mi sprawnie idzie, Mężu też zasuwa i cieszy się jak murzyn blaszką, bo jego "dzieło" nabiera rumieńców.
15:30. Połknęliśmy kanapki, co by kichy zapchać, zbieramy się do wyjścia. Mężu szuka kluczyków od samochodu, ja już czekam przed domem. Słucham - coś jedzie, normalna sprawa, w końcu po ulicy jeżdżą samochody. Odruchowo słucham dalej. "Coś" zatrzymuje się przed naszym domem. Hę? Odwracam się powoli... Nosz.... %&$*#(!*!(#%&.... !!!!!! Któż by inny! Z. ze swoją przecudowną drugą połową, której nie cierpię całym sercem, a nawet dwoma, gdybym takowe posiadała. Wryło mnie w ziemię i myślę sobie "Kurde, czy ja nauczyłam się mówić po chińsku i nic o tym nie wiem???". Mężu wychodzi z domu tak samo zaskoczony, jak ja. W innej sytuacji, gdybym z nimi wcześniej nie rozmawiała, po prostu zostałabym w domu, a Mężu pojechałby sam, żaden problem, ale nie tym razem. O nie nie nie.... Nie ze mną te numery Brunery dwa. Z. wysiadają z samochodu, a mi para idzie uszami. "Piękna" swoim jazgoczącym świergotem oznajmia, że co tam robota, przerwę sobie zrobimy. Poza tym ona przecież w każdej sytuacji gości przyjmuje, więc jakoś się zorganizujemy. (Z. w tym czasie stał potulniutki i słowem się nie odzywał). No myślałam, że ją walnę, naprawdę, gdybym miała cokolwiek pod ręką,
(taką cegłę na przykład :D) przysięgam, że nie zawahałabym się w nią rzucić. No co za bezczelne babsko. Miarka się przebrała. Spokojnie, aczkolwiek dosadnie i stanowczo powiedziałam, że dziękujemy za odwiedziny, ale TAK JAK JUŻ WCZEŚNIEJ MÓWIŁAM nie mamy dziś czasu na gości, że umówiliśmy się na za tydzień i jak mają ochotę wpaść do Juniora, to wtedy jak najbardziej zapraszamy, poza tym właśnie wychodzimy i nie będziemy zmieniać planów tylko dlatego, że ona nie rozumie co się do niej mówi. Na co ona "Ale co to za problem? Nawet kawki się nie napijemy?" Mężu roześmiał się jej w twarz i poszedł do samochodu, a ja powiedziałam tylko, że owszem to problem, nie mamy czasu na popijanie kawki, bo mamy inne sprawy do załatwienia i sorry, ale musimy już jechać. Po czym poszłam do samochodu i pojechaliśmy. No normalnie mówię Wam, paranoja. Może byłam chamska, nie przeczę, ale nie będę żyć pod czyjeś dyktando, bo komuś coś się umyśliło, mimo, że usłyszał zdecydowane "Nie mamy dziś czasu na gości". I z nimi tak zawsze. Nigdy wcześniej nic nie mówiłam, zaciskałam zęby i się uśmiechałam, ale tym razem nie wytrzymałam. Po powrocie prezent czekał pod drzwiami, a na imprezę nie przyjechali :) I jakoś tak wcale mi nie jest szkoda... :P

wtorek, 21 października 2014

Rozrywki

Jak człowiekowi rodzi się dziecko, siłą rzeczy musi przestawić umysł na troszkę inne myślenie, zmieniają się codzienne zajęcia itp. Kiedy to dziecko rośnie, trzeba wymyślać mu różne kreatywne rozrywki i zabawy, żeby uczyło się nowych rzeczy i miało z tego ubaw. Ja jestem zwolenniczką zabaw wszelakich, więc z Juniorem (z innymi dziećmi z naszego otoczenia też) bawię się bardzo chętnie i nie ma dla mnie różnicy czy są to zabawy typowo chłopięce czy dziewczęce. Zresztą, czy dziewczynki nie mogą się bawić samochodami, a chłopcy lalkami? Jasne, że mogą, sama miałam pokaźną kolekcję samochodów, a i Mężu bawił się lalkami z siostrą :P No ale ja nie o tym chciałam. Miało być o tym, że w zasadzie żadna z rozrywek dla dzieci nie jest mi straszna i już nie mogę się doczekać aż Junior będzie na tyle duży, że będziemy się bawić w najlepsze w wesołym miasteczku. Ale... no właśnie, jakieś "ale" oczywiście musi być :P Jest jedna "rozrywka", która napawa mnie ... hmm... może nie tyle przerażeniem, ale dostaję gęsiej skórki na samą myśl i w głowie huczy mi "Tylko nie tooooo....". Cyrk... Nie cierpię cyrku. W życiu byłam może 3 razy i odechciewa mi się na samą myśl. Nigdy mnie to nie bawiło, ani na żywo, ani w telewizji, wrecz przeciwnie.... normalnie katusze straszne. Biedne zwierzątka wożone z miejsca w miejsce i pokazujące sztuczki, akrobatów jeszcze jakoś zniosę, ale klauni próbujący być śmieszni przyprawiają mnie o wysypkę. Mężu mówi, że jemu to nie przeszkadza i chętnie z Juniorem pójdzie, ale ja już teraz mam ochotę powiedzieć, że ja się na to nie piszę, z pieskiem w domu zostanę :P Bleee... A tak w ogóle to po cichu liczę, że Junior wda się w mamusię i też nie będzie to robić na nim wrażenia. Odbijemy sobie rozrywki na karuzeli :D

Kto jeszcze nie lubi cyrku? Palec do budki, bo za minutkę zamykamy budkę :P

piątek, 17 października 2014

O zapuszczaniu korzeni

Odkąd sięgam pamięcią, nigdy nie brałam pod uwagę mieszkania w innym miejscu niż nasze Miasto. Ani kiedy byłam mała, ani w czasach liceum czy na studiach. Never ever. No ok, jak byłam mała chciałam mieszkać nad morzem, najlepiej na wydmach przy plaży, ale to się nie liczy :P
Mężu tak samo. Jakoś tak jesteśmy mocno związani z naszym miastem i nigdy nie chcieliśmy go opuszczać. No bo fajne jest, co tu dużo mówić. Kilkadziesiąt tys. mieszkańców, nie za dużo, nie za mało, rozmiary przyzwoite, więc i pochodzić jest gdzie, i ładnie tak jakoś, więc ani trochę nie narzekamy. Nie raz znajomi pytali nas, czy nie chcielibyśmy zamieszkać w Wielkim Mieście, a my zawsze odpowiadaliśmy i nadal odpowiadamy "A po co, skoro do tego Wielkiego Miasta mamy 30 minut w porywach do 40 (do centrum), możemy tam wyskoczyć w każdej chwili, a i tak będziemy szybciej niż niejedni ludzie mieszkający tam, na miejscu". No bo taka prawda. Nigdy nas do tego nie ciągnęło i nie ciągnie. Dlatego też postanowiliśmy uwić sobie gniazdko na przedmieściach naszego Miasta. Formalnie rzecz biorąc jest ono położone w miejscowości obok, małej malowniczej wsi, która tak naprawdę położona jest tylko kilkaset metrów od Miasta. Od naszego domu do najbliższego osiedla ze sklepami, szkołą itp. dzieli nas jakieś 300, no góra 400 metrów (aż muszę to kiedyś sprawdzić z czystej ciekawości). Tak naprawdę uważam, że prędzej czy później zostaniemy włączeni w granice miasta jako dzielnica, tak jak to się stało z kilkoma innymi podobnymi przypadkami. No ale póki to nie nastąpi jesteśmy wieśniakami i kropka. Nie ukrywam, że początkowo było dziwnie. No bo jak to... mamy nie mieszkać w naszym Mieście?? Później wiadomo, kiedy zapadła decyzja, że Gniazdko powstanie była euforia - bo domek, bo wieś, bo cisza, spokój, no i coś swojego. Później emocje stopniowo opadały, zwłaszcza gdy pojawiały się problemy przy wiciu tegoż Gniazdka, bo ("fachofffffcy" to krwi nam napsuli co nie miara),  aby na koniec człowiek marzył tylko o tym, żeby tam wreszcie zamieszkać, nie myśleć o niczym co wiąże się w budowaniem czegokolwiek, choćby to miał być domek z kart i mieć święty spokój. Przed samą przeprowadzką zaczęłam się zastanawiać, jak to właściwie będzie. Bo jednak całe życie w Mieście, ruch, sklepy pod nosem, dużo ludzi i w ogóle co my tam będziemy robić, bo przecież oszalejemy od nadmiaru ciszy :) Pierwsze dni w nowym domu wcale trudne nie były, mogę powiedzieć, że trochę dziwne, bo nikt nie wiedział gdzie co jest, kartony były dosłownie wszędzie, pomiędzy nimi my i oszołomiony półroczny Junior, który kompletnie nie czaił co się dzieje i dlaczego Jego łóżeczko stoi teraz w tym nowym miejscu, a nie tam gdzie było do tej pory. Adaptacja i ogarnięcie chaosu zajęło nam jakieś 4-5 dni i zaczęliśmy się zadomawiać. Okazało się, że cisza jest cudowna, że robić jak najbardziej jest co i sąsiedzi fajni,sklep, a nawet dwa też mamy pod nosem i to całkiem przyzwoicie zaopatrzone, a do Miasta, ludzi i samochodów wcale nie jest tak daleko i wystarczy dłuższy spacer, by odwiedzić dawne kąty :) Po kilku tygodniach nawet zaczęło nam się wydawać, że w Mieście to jednak strasznie głośno jest :) No i tych widoków i śpiewu ptaków w Mieście człowiek nie uświadczy w żadnym miejscu :))
Tu, gdzie mieszkamy teraz, jeszcze 10 lat temu były szczere pola. Gdyby ktoś wtedy powiedział nam, że tu będziemy mieszkać zabiłabym go śmiechem (pomijam już fakt, że zareagowałabym tak samo, gdyby ktoś powiedział nam, że MY będziemy małżeństwem, będziemy mieć Synka itp. ;P). Mężu przyznał mi rację, kiedy mu to ostatnio powiedziałam. Ale stwierdziliśmy też, że mimo tego, że nieraz było cieżko, czasem nawet bardzo, to jednak teraz, kiedy już ochłonęliśmy, tej naszej obecnej wsi nie oddalibyśmy za żadne skarby świata i zaczęliśmy już zapuszczać tu korzenie na dobre, bo wiemy, że znaleźliśmy nasze miejsce na ziemi.

środa, 15 października 2014

Świętowanie - część pierwsza i na pewno nie ostatnia :)

Wczorajszy dzień zaczął się bardzo miło. Junior wstał wyspany, zadowolony i uśmiechnięty. Poprzedniego wieczoru powiesiliśmy w salonie i w jadalni kilkanaście balonów, żeby umilały nam dzień już od samego rana i żeby Junior wiedział, że to wyjątkowy dzień. Na środku salonu postawiliśmy paczkę z prezentem zawiniętym w kolorowy papier i z wielką kokardą. Odśpiewaliśmy Mu "Sto lat" i wycałowaliśmy ;) Junior był zdziwiony i nie bardzo wiedział co się dzieje, ale ewidentnie Mu się podobało. Prezent - rowerek - okazał się strzałem w 10 i Junior bardzo rzadko z niego schodził :) Początkowo myśleliśmy, że z naszych planów nici, bo od rana padało, ale po 10:00 przestało i, jako że Mężu miał urlop, pojechaliśmy do ZOO :)) Już sam fakt, że Tata był z Nim cały dzień zamiast w pracy był niesamowitym prezentem ;) Dla nas to też była frajda, bo ostatni raz byliśmy tam... hmm... w podstawówce chyba :P Dziecię nasze zachwycone, musiało obejrzeć każde mijane zwierzątko, a prawdziwym hitem było własnoręczne karmienie kóz :)) Także wyjazd oceniamy jako bardzo udany :) po południu odwiedzili naa dziadkowie, znowu były prezenty, śpiewy, buziaki, a Junior w siódmym niebie :) śmialiśmy się, że jak wstanie dziś rano będzie czekał na powtórkę, ale chyba zrozumiał o co chodzi. Przynajmniej tak sobie tłumaczę :P Drugą część świętowania zaplanowaliśmy na weekend, więc będą i dzieci, i tort, i świeczka, i prezenty - jednym słowem szał :)
A ja od wczoraj nie mogę wyjść z szoku, że to JUŻ!! No bo jak to, mój malutki chłopczyk ma już ROK??? A dziś nawet ponad rok? Nie mogę w to uwierzyć. Zawsze wiedziałam, że czas leci jak szalony, ale dopiero teraz, odkąd Junior jest z nami widzę jak szybko płynie. Trochę szkoda, ale co zrobić... Wersja papierowa wczorajszego listu trafiła już do Juniorowego albumu. Postanowiłam sobie, ze co roku na Jego urodziny i przy każdym ważnym wydarzeniu będę pisać do Niego takie listy, zakleję każdy w kopertę, a album ze wszystkimi listami dostanie na 18stkę :) i jeszcze w dniu ślubu :)

wtorek, 14 października 2014

Kochany Synku...

Kochany Synku!

Dokładnie rok temu po raz pierwszy usłyszeliśmy z Tatusiem Twój płacz, po raz pierwszy zobaczyliśmy Cię w całej okazałości i zakochaliśmy się w Tobie od pierwszego wejrzenia. Wywróciłeś nasz świat do góry nogami wyłącznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jesteś spełnieniem naszych najskrytszych marzeń i pokochaliśmy Cię całym sercem od pierwszej sekundy Twojego życia. Trudno nam uwierzyć w to, jak szybko płynie czas. Dopiero jechaliśmy do szpitala, gdy okazało się, że postanowiłeś przyjść na świat, dopiero byłeś taki maleńki i bezbronny, a dziś obchodzisz już swoje pierwsze urodziny i stajesz się coraz bardziej samodzielny. Jaki był dla nas ten rok? Najpiękniejszy w naszym życiu. Każdego dnia patrzyliśmy jak uczysz się świata, poznajesz nowe rzeczy i nabywasz nowe umiejętności. Dziś potrafisz już prawie samodzielnie chodzić, coraz więcej mówisz, jesteś bardzo wesołym i rezolutnym chłopczykiem, nie boisz się wyzwań, próbujesz różnych rzeczy, ale jednocześnie jesteś ostrożny w tym co robisz :) Bardzo dużo się śmiejesz, a swoim śmiechem potrafisz zarazić wszystkich dookoła. Jesteś iskierką, która rozświetla każdy nasz dzień. Nauczyłeś nas co to znaczy kochać absolutnie bezwarunkowo i cieszyć się z nawet najdrobniejszych rzeczy.
Skarbie, w dniu Twoich pierwszych urodzin życzymy Ci, abyś nigdy się nie zmieniał, żebyś zawsze był takim pogodnym, mądrym i wesołym chłopcem, jakim jesteś dziś. Niech błysk szczęścia w Twoich oczkach każdego dnia świeci mocniej, a czarne chmury niech nigdy nie pojawiają się na Twoim niebie. Śmiej się, baw i ciesz i każdego dnia. Próbuj, ucz się, poznawaj nowe rzeczy i pamiętaj, że jesteśmy o krok za Tobą i zawsze Ci pomożemy w chwilach słabości - silną ręką, która pomoże Ci wstać, ciepłym objęciem w chwilach smutku i dobrym słowem szeptanym do uszka.

KOCHAMY CIĘ NAD ŻYCIE SŁONECZKO!!!

Wszystkiego najlepszego z okazji pierwszych urodzin!!! :)))

piątek, 10 października 2014

O sportach zimowych przed sezonem

Wiem, że to totalna rozpusta - dwa posty jednego dnia - ale muszę się z Wami czymś podzielić na dobry początek weekendu :P
Jako że rok temu Junior był jeszcze zbyt małym bąblem na tego typu atrakcje, tematem się nie interesowałam. Poza tym śnieg był u nas przez 3 dni i to w ilości nie pozwalającej na jakiekolwiek zabawy (choć wiadomo dla chcącego nie ma nic trudnego :P). No, ale przeciez zima nadchodzi coraz większymi krokami, a Junior jest już prawie-roczniakiem, więc stwierdziliśmy z Mężem, że w tym roku wypadałoby się rozejrzeć za sankami :) Tak, wiem, można je kupić w każdej chwili, a czasu jeszcze sporo, ale pomyślałam sobie, że zrobię mały rekonesans, bo do sezonu jeszcze daleko, a może akurat uda się jakąś okazję wyhaczyć. W czasie Juniorowej drzemki miałam chwilę czasu i otworzyłam wrota sezamu zwanego allegro. Wpisuję sanki, a tam... wyskoczyły mi pojazdy iście kosmiczne. Sprawdzam, czy dobrze wpisałam. Dobrze. Przyglądam się bliżej - podwozie niby takie, jak za naszych czasów albo drewniane, albo metalowe, ale cała reszta... no kosmos :) śpiworki z polarem, śpiworki z kożuchem, daszki, pasy, pchacz o regulowanym położeniu rączki, mufka, coby rączki powożącemu się nie odmroziły, folie przeciwdeszczowe, odblaski, budki z okienkiem i mój osobisty hit - lampka LED :) w razie gdyby ktoś postanowił wyjechać tym ustrojstwem na autostradę, przynajmiej na bramki się trafi :P Nosz w pipę jeża... dobrze, że sprawdziłam, bo dalej myslałabym, że sanki, to po prostu sanki... ciekawe czy trzeba mieć na nie prawo jazdy czy jakąś inną kartę rowerową ;) żarty żartami, ale pokornie muszę przyznać, że taki śpiworek, czy mufka, czy choćby budka w przypadku małego dziecka, to całkiem dobre udogodnienie. Fakt, ze wygląda to jak gondola od wózka, tyle, że na płozach, ale niewątpliwie swoje zalety ma. Coś trzeba będzie wybrać, będzie prezent na Mikołajki :)
Kurcze, a jak sobie przypomną, że kiedyś dawno temu, gdy mamuty chodzily jeszcze po ziemi, a ja byłam w wieku, kiedy zimą cały wolny czas spędzało się na górce z sankami, ważne było, żeby mieć cokolwiek, co nadawałoby się do zjeżdżania - czy to sanki, czy jabłuszko, dętkę czy zwykły worek ze słomą... Najlepsze sanki jakie widziałam miała moja koleżanka. Jej tato wyspawał je w pracy. Ciężkie były zarazy jak nie wiem, ale za to pędziły jak szalone. Trzeba było się tylko dobrze odepchnąć. W sumie fajnie tak sobie pozjeżdżać na sankach. W końcu będziemy mieli pretekst i nie będzie obciachu, bo my z dzieckiem przecież ;) o ile zmieścimy się w ten śpiworek i budkę :P

No to ten... miłego weekendu :) Grzejcie się na słońcu, póki jest :)

Bez pomysłu na tytuł :P

Patrzę właśnie na naszego śpiącego Synka i nie mogę uwierzyć, że jest już taki duży. Zawsze wiedziałam, że czas płynie bardzo szybko, ale dopiero teraz widzę jak bardzo. Rok temu o tej porze byłam już tykającą bombą zegarową i każdego dnia zastanawiałam się, kiedy wybije godzina zero. Wydaje mi się, że Junior dopiero był taki malutki, a tu już taki duży chłopczyk zasuwa po domu na czworakach albo za rączki i zwiedza każdy kąt nawijając przy tym bez przerwy. Jest coraz sprytniejszy, radzi sobie w coraz trudniejszych sytuacjach, kombinuje, próbuje, zawzięcie uczy się chodzić, wstawanie przy wszystkim ma juz opanowane do perfekcji, mówi coraz więcej. No jednym słowem dorośleje mi dziecię :) Z jednej strony bardzo się cieszę, a z drugiej szkoda mi, że rośnie tak szybko i za parę lat nie będzie już miał ochoty na przytulaski z mamusią i tatusiem. Urodziny już za kilka dni. Mężu zaplanował sobie urlop na ten dzień i zabieramy Juniora na wycieczkę do zoo jeśli będzie ładna pogoda, a jeśli nie to do aquaparku (Junior jest jak prawdziwy wodnik szuwarek, z wody mógłby nie wychodzić wcale), no chyba, że przyjdzie nam do głowy coś jeszcze innego. Zobaczymy. A w następny weekend imprezka w domu :)
A tymczasem chodzę do domu i wącham, bo kurcze coś mi pachnie i nie mogę namierzyć źródła tego zapachu. Ładnie pachnie, żeby nie było. Mężu kupił wczoraj jakiś nowy płyn do płukania, więc może to to? Jak Junior wstanie wybywamy na dłuuugi spacer, bo pogoda piękna, 25 stopni dziś ma być. Czad! Trzeba korzystać, bo to pewnie ostatnie podrygi takiej rozpusty.
A jak wrócimy planujemy nasz obiadowy debiut w postaci carbonary. Podobno dobra bestia, ale jakoś jeszcze jej nie próbowaliśmy. Zobaczymy co za cudo nam wyjdzie :) Miłego dnia :)

P.S. Junior chichra się przez sen. Na głos :P Ciekawe co Mu się śni :)
P.S.2 - to jednak ten płyn. Rossmannowy jakiś :)

wtorek, 7 października 2014

Jak to jest z tą chęcią pomocy?

Kilka dni temu, gdy byłam na spacerze z Juniorem, spotkałam swoją dobrą koleżankę. Przyjaźniłyśmy się przez całe liceum, później wybrałyśmy róźne kierunki i miasta na studia i nasze drogi się rozeszły. Cieszę się, że ją spotkałam, bo nawet nie wiedziałam, że sprowadziła się w nasze okolice. Wyszła za mąż za swojego chłopaka jeszcze z czasów liceum, mają dwumiesięcznego synka, a niedawno kupili mieszkanie na osiedlu niedaleko nas. Ucieszyło mnie to bardzo, bo znów będziemy mieć siebie blisko i będziemy mogły się częściej spotykać. Wtedy zamieniłyśmy tylko kilka zdań, bo obie trochę się spieszyłyśmy, ale umówiłyśmy się na spacer na wczoraj. K. stwierdziła, że dobrze, że się spotkałyśmy, bo musi się komuś wygadać. No i spotkałyśmy się wczoraj. K. opowiedziała mi co u nich się wydarzyło przez ten czas, kiedy się nie widziałyśmy, ja opowiedziałam jej co u nas, wymieniłyśmy się doświadczeniami porodowymi i dzieciowymi, a później K. stwierdziła, że musi się wyżalić. No i tak. Kupili mieszkanie wiosną, stan deweloperski, więc kupa roboty w środku. Jej mąż jest jedynakiem, jego rodzice już nie żyją, więc nie bardzo miał kto mu pomóc. Kuzynów niby ma, ale bardziej chętnych do odwiedzin na piwko czy kawkę niż do pomocy, więc nie bardzo miał na kogo liczyć. Rodzice K. są w sile wieku, mieszkają w tym samym mieście i zawsze zarzekali się, że im pomogą w remoncie itp. Jako, że nie bardzo było ich stać na fachowców, R. robił wszystko sam po powrocie z pracy. K. w momencie kupna mieszkania była już w dość zaawansowanej ciąży, więc siłą rzeczy wolno jej było coraz mniej i sama przyznała, że bardziej przeszkadzała R., niż pomagała. liczyli na to, że jej rodzice pomogą im tak jak obiecywali. No... i się przeliczyli. Kiedy przyszło co do czego nawet słowem się na ten temat nie zająknęli, a kiedy R. skończył i przyszło do przeprowadzki, przyszli ocenić efekty. I wtedy marudzili, że to nie tak, tamto nie tak, a jeszcze coś innego mógł zrobić inaczej. R. przyznał, że owszem mógł, ale nie bardzo dałby radę sam, więc zrobił tak jak dał radę. Wtedy rodzice K. oburzeni stwierdzili, że trzeba było poprosić o pomoc. Szczęka mi opadła jak to usłyszałam, ale w sumie szybko ją podniosłam, bo moi rodzice wychodzą niestety z tego samego założenia. Ja jestem całkiem innego zdania. Moim zdaniem, jeśli ktoś wcześniej sam tą pomoc oferuje, a ktoś inny chętnie ją przyjmuje, to chyba nie trzeba o nią specjalnie kogoś prosić. Jeśli ktoś ma ochotę pomóc w takiej sytuacji, to po prostu ubiera się i idzie pomagać, bez proszenia. Przynajmniej i ja, i Mężu tak uważamy. Moi rodzice też niestety są odmiennego zdania, ich też o wszystko trzeba specjalnie prosić. Mężu wykańczał nasze gniazdko własnymi siłami z wujkiem, a kiedy ja chciałam iść sprzątać to też musiałam się prosić, żeby zostali z Juniorem 2-3 godzinki, żebym mogła coś zrobić. Nigdy sami nie zaproponowali, żeby go przywieźć, to z Nim posiedzą, żebyśmy mogli coś porobić, zawsze trzeba było ich o to specjalnie prosić, a oni z wielką łaską zgadzali się, bądź nie (bo np. muszą jechać na zakupy). Ja bym tak nie potrafiła. Smutne to ale prawdziwe. Szkoda, że słyszę o coraz większej liczbie takich przypadków.

poniedziałek, 6 października 2014

Za wcześnie... (*)

Niedzielny wieczór. Junior śpi, oglądamy z Mężem coś w telewizji (już nawet nie pamiętam co). Reklamy. Sięgam po telefon, żeby szybko sprawdzić pocztę,bo czekamy na 2 ważne maile. Otwiera mi się strona główna Onetu, jakieś reklamy, czarno-białe zdjęcie kobiety, podpis "Anna Przybylska nie żyje". Wróć... ŻE CO???? Wtf???? Jak nie żyje??? Toż to młode dziewczę jeszcze... Prawie spadłam z kanapy, pokazuję Mężowi, on też oczy jak spodki... Szok! Tak mogę krótko określić to, co przeżyłam. Przeczytałam chyba wszystkie artykuły jakie się wtedy ukazały. Nie miałam pojęcia, że była tak bardzo chora. Zawsze bardzo lubiłam ją jako aktorkę i jako człowieka (mimo, że jej nie znałam osobiście). Zawsze była taka wesoła, uśmiechnięta, pełna życia, a przy tym wydawała się być jedną z niewielu NORMALNYCH aktorek, które oprócz sławy wyróżnia przede wszystkim ciepło, rozsądek, oddanie rodzinie. Niecałe 36 lat... Całe życie było jeszcze przed Nią, małe dzieci do wychowania, tak bardzo chciała żyć, a tu pach... przyplątało się to dziadostwo i już jej nie ma. Naprawdę trudno w to uwierzyć. Nie zrozumcie mnie źle. Ja wiem, że każde życie jest cenne, ale jakoś inaczej jest, kiedy odchodzi starsza osoba, któa "swoje już przeżyła", a całkiem inaczej, kiedy umiera ktoś tak młody, który miał jeszcze tylko przed sobą, tyle do zrobienia. Bardzo mną to wstrząsnęło, mimo, że to praktycznie obca osoba, znana "jedynie" z ekranu... Strasznie mi jej szkoda, jej dzieci, partnera... W dodatku za kilka dni miną 3 lata od śmierci mojej koleżanki, 27 lat... też rak.
Aż strach pomyśleć co by było, gdyby...

wtorek, 30 września 2014

Włączam się w akcję

Przez przypadek natknęłam się na jakimś blogu na ten link i ani przez moment nie zastanawiałam się czy włączyć się w tę akcję. Jestem żywym przykładem na to, że każde słowo tam napisane to prawda. Przemoc psychiczna wobec dzieci jest gorsza od tej fizycznej, bo pozostaje w ich psychice na bardzo długo, o ile nie na zawsze. Sama doświadczyłam czegoś takiego ze strony mojego ojca i nikomu tego nie życzę. Podkopało to moją wiarę w siebie, poczucie własnej wartości i ogólnie mnie całą. Dopiero Mężu podał mi pomocną dłoń i pomógł mi stanąć na nogi, wziąć się w garść i uwierzyć w siebie i w to, że jestem wartościowym człowiekiem, pomimo wszystkiego co w życiu na swój temat usłyszałam. Zrobię wszystko, aby moje dziecko nigdy tego nie doświadczyło, a jeśli ten post pomoże w jakikolwiek sposób uchronić przed tym inne dzieci, to będę się bardzo cieszyć.

Przeczytajcie proszę TEN ARTYKUŁ. To naprawdę poważna sprawa i postarajmy się nie przechodzić obok niej obojętnie, tym bardziej, że niektóre z Was też tego doświadczyły. Sprawmy, żeby inne dzieci nie musiały przez to przechodzić.

czwartek, 25 września 2014

Dziesięć rzeczy, które sprawiają, że jestem szczęśliwa

Do napisania tego postu zainspirowała mnie Karolinka, za co BARDZO Ci dziękuję kochana. Piszę go nie tylko dlatego, że podoba mi się tematyka, ale chociażby dla samej siebie, żeby móc wrócić do niego w trudniejszych chwilach (o jakich przykładowo pisałam kilka postów temu), docenić to co mam i nie przejmować się tym, na co nie mam wpływu.

Jeden - po pierwsze i zdecydowanie najważniejsze to:moje Chłopaki :) (choć oczywiście do rzeczy ich nie zaliczam :P). Jestem szczęśliwa, że mam ich przy sobie, że są, że widzę ich kiedy się budzę i kiedy zasypiam. Kiedy Ten Mniejszy wtula się we mnie całym sobą, kiedy tak mądrze patrzy swoimi wielkimi niebieskimi oczkami, kiedy Jego buzia rozjaśnia się w uśmiechu na mój widok, a Jego usteczka tak pięknie mówią "Mama" :) I kiedy Ten Większy mnie przytula i mówi, że nas kocha, za to, że wspiera, rozśmiesza, pomaga, że zwyczajnie jest :)
 I Ten Kudłaty też :) za to, że jest taki mądry, kochany, wierny, a jednocześnie tak pozytywnie szurnięty (jak jego właściciele :P),a do tego tak zakochany w swoim najmłodszym Panu :)

Dwa - po drugie:nasz dom. Jest poniekąd spełnieniem naszych marzeń, zawsze pragnęliśmy mieć swój własny kawałek podłogi i choć czasem było naprawdę ciężko, udało się. I dzięki temu wiemy, że marzenia się spełniają. Czasem trzeba im tylko troszkę pomóc :)

Trzy - po trzecie: poranna kawa i coś słodkiego :) Uwielbiam rano, w sumie to może bliżej południa napić się pysznej kawy. Zwykłej rozpuszczalnej (najlepiej zielonego jacobsa) albo z ekspresu, bez żadnej pianki (bo przypomina mi bitą śmietanę :P jak już piję kawę z pianką, to piankę zawsze muszę dokladnie rozmieszać w kawie albo oddaję ją Mężowi, żeby mi pianę "wysiorbał" :P - nie lubię takich puchów i już). Do kawy obowiązkowo coś słodkiego, najlepiej sernik, albo murzynek, albo takie kruche ciastka ze słonecznikiem na wierzchu. Mniam :)

Cztery - po czwarte: jak to pięknie i malowniczo ujęła Karolina (pożyczę to od Ciebie kochana, ok?) dzień dresa :))) Kiedy nic nie muszę, mogę poleniuchować z dobrą książką albo kubkiem gorącej herbatki, kiedy idziemy całą naszą małą rodziną na długi spacer, bo od kiedy mamy Juniora, a później jeszcze psa, długie spacery są naszym odpoczynkiem :)

Pięć - po piąte: morze. Choć mamy do niego prawie 500km, choć widzimy je maksymalnie raz w roku, to wtedy czujemy, że żyjemy. Tylko nad morzem potrafimy odetchnąć pełną piersią i zawsze dziwimy się, że mamy takie pojemne płuca, bo tylko nad morzem powietrze tak pięknie do nich wchodzi.

Sześć - po szóste: dobre jedzenie. Polskie pierogi, włoskie makarony i pizze, chińskie specjały, japońskie sushi... wszystko, no... może prawie wszystko :P I nie mam tu na myśli samego jedzenia, ale i gotowanie. Uwielbiam gotować, piec, eksperymentować na żywym organizmie, bo Mężu jest moim testerem i póki co - żyje :) Kiedy byłam młodsza nie cierpiałam robić nic w kuchni, bo wiecznie ktoś mnie pouczał, że to nie tak, to źle, tamto niedobrze i w ogóle co ja robię. A ja tego strasznie nie lubię, nie tyle krytyki, co ciągłego wtykania nosa i plątania się pod nogami. Od kiedy zamieszkałam z Mężem, baaardzo wiele się nauczyłam, podchodzę do gotowania z pasją i na luzie. Wyjdzie, to super, nie wyjdzie - trudno, spróbujemy jeszcze raz, może wtedy się uda :) A najbardziej lubię, kiedy Mężu mi coś dobrego przygotuje :) Jemu też coraz bardziej się to podoba i coraz częściej "panoszy" się w kuchni. I dobrze, nie mam nic przeciwko :)

Siedem - po siódme: rozpieszczanie samej siebie u kosmetyczki. O mamuńciu, jak ja to lubię, te wszystkie zabiegi, kremy, odżywki, masaże, zapachy... żyć nie umierać :) A już największą ekstazę przeżyłam raz, kiedy chodziłam na zabiegi odświeżające przed ślubem. Wyobraźcie sobie, że leżę ja sobie na łóżeczku z masażem (bo i takie cudeńko tam mają), na twarzy pięknie pachnąca maseczka, w tle nastrojowa muzyczka, odpływam powoli w krainę marzeń, a tu moja kosmetyczka stwierdziła, że jak i tak czekamy aż maseczka się wchłonie czy cóś, to zrobi mi masaż dłoni. Nałożyła jakiś jeszcze ładniej pachnący cieplutki peeling i heja. Łoooooo Jezusicku.... co to było za uczucie... odlot porównywalny chyba tylko z mega najlepszym seksem pod palmami... serio... :))) Chyba muszę w tym roku poprosić św. Mikołaja o bon do kosmetyczki, to fundnę sobie taką chwilę rozkoszy, a co se będę żałować ;))

Osiem - po ósme: wiosna... kiedy po długiej zimie wszystko budzi się do życia, rozwijają się listki, zaczynają kwitnąć kwiaty i robi się pięknie. Mimo, że każda pora roku ma w sobie coś magicznego, to chyba wiosna najbardziej napawa mnie optymizmem :)

Dziewięć - po dziewiąte: dobra książka. Uwielbiam usiąść sobie na kanapie z dobrą książką. A ponieważ ja książki dosłownie połykam w całości i odpływam totalnie, kiedy coś czytam, ciągle mi mało. Szkoda, że nie mam już tyle czasu na czytanie co kiedyś. Ale i tak staram się chwytać ile się da :)

Dziesięć - po dziesiąte: zdjęcia - uwielbiam robić, oglądać wspominać, zatrzymywać czas, łapać chwile i wracać do nich. Bo w każdym zdjęciu kryje się mnóstwo wspomnień i emocji, ktorych nikt nam nie odbierze :)))

Nie nominuję nikogo,, ale zachęcam Was wszystkie, bo naprawdę fajnie się na chwilę zatrzymać i głeboko zastanowić, co nam daje szćzęście, bo czasem to nie jest takie oczywiste :) Także kto chętny, do dzieła, a ja chętnie poczytam :)

wtorek, 23 września 2014

Jesienna skleroza

No i przyszła jesień. Mogłabym zaśpiewać "A mnie jest szkoda lata..." bo tak szybko minęło, a ja tak lato lubię, wiosnę też lubię. Jesień oznacza pogodę coraz bardziej kapryśną - np. taką jak dziś w ciągu 15 minut słońce, chmury, deszcz i znowu słońce wszystko okraszone porywistym wiatrem. A przez to i krótsze spacery albo w ogóle ich brak, i dni krótsze. Ale od roku jesień też lubię, bo  i kolory piekne, i ten charakterystyczny zapach, i kubek gorącej herbaty w ręce, i wieczory dłuższe... no a właśnie jesienią 2013 roku nasze życie wywróciło się do góry nogami i przyniosło nam najcudowniejszą istotę, jaką tylko moglibyśmy sobie wymarzyć :) Juniorka :)

Przy okazji tej jesieni odczuwam chyba jakieś oznaki starzenia czy cóś... Skleroza mi się jakaś rzuciła na głowę i powiem Wam, że trochę mnie to przeraża. Od kilku dni prześladuje mnie pewna twarz, znajoma, ale nie wiem skąd. Co jakiś czas mam przed oczami twarz pewnej kobiety, ale nie mogę za nic skojarzyć kto to jest. Nie wiem gdzie ja ją widziałam - czy w naszej okolicy, czy w tv, czy na jakimś blogu... pojęcia nie mam. Jest sympatyczna i uśmiechnięta i jednocześnie znajoma, ale nieznajoma. Męczy mnie to okropnie, bo ciągle zastanawiam się kto to jest i dlaczego mnie ten obraz prześladuje...
Poza tym wczoraj miałam coś sprawdzić w necie, później zapomniałam co to miało być i do tej pory nie przypomniałam sobie o co chodziło. Trzeba jakieś kropelki na pamięć brać czy ki czort? :P

niedziela, 21 września 2014

Worki:P

Jeszcze do niedawna panował wokół nas klimat weselny. Ponieważ Mężu i ja mamy kuzynów i znajomych zbliżonych wiekowo do nas, to idziemy wszyscy podobnym rytmem. Jak już niedawno pisałam, najpierw długo była cisza, później nagle worek się rozwiązał i posypały się wesela jedno za drugim i nie było roku, żebyśmy przynajmniej w jednym lub w kilku nie uczestniczyli. Licząc na szybko wychodzi mi ich w sumie koło 30, choć pewnie gdybym się dłużej zastanowiła, pewnie jeszcze coś by się znalazło. Wydawać by się mogło, że to już koniec, ale wciąż trafiają się jakieś zabłąkane perełki i znowu w kolejce czekają dwa na przyszły rok. Jak już śluby zostały zawarte, rozwiązał się kolejny worek i posypały się dzieci - najstarsze ze sporej już gromadki ma skończone 5 lat, a najmłodsze tydzień. W efekcie tego w naszym towarzystwie dosłownie roi się od ciąż i dzieci. Fajnie, bo przynajmniej na spotkaniach rodzinno-towarzyskich dzieci nie będą się nudzić. A ja ostatnio patrząc na te jeszcze ciężarne coraz częściej łapię się na tym, że tęskno mi za tym stanem, za brzuszkiem i w ogóle (oczywiście nie narzekam na obecną sytuację, a wręcz przeciwnie!) i chciałabym jeszcze raz to przeżyć. Jeszcze nie teraz, bo nie czujemy się gotowi na drugie dziecko, ale tak za rok  chyba będziemy mogli zacząć coś na ten temat myśleć. Junior będzie miał już wtedy 2 latka, więc zakładając, że szybko udałoby się nam zaciążyć, zanim drugi dzidziuś przyszedłby na świat, miałby już prawie 3, więc tak jak od początku zakładaliśmy. Hmm... fajnie by było, ale nie planuję nic na wyrost. Będzie jak będzie :)

Na razie coraz bardziej skupiam się na imprezie urodzinowej Juniora. Z góry założyliśmy sobie, że będzie prawie bezalkoholowa, prawie czyli niskoprocentowa - jedynie jakiś szampan i winko, bo wychodzę z założenia, że tego typu imprezy właśnie takie powinny być. Ostatnio sąsiedzi teściowej robili roczek wnuczki na ogródku, gorzała lała się tam strumieniami do 2 w nocy, a większość uczestników zaliczyła reset - nie nasze klimaty. Trochę nie mamy pomysłu na prezent dla Juniora, więc musimy wysilić szare komórki. Jak macie jakieś pomysły, to słucham :) No i potrzebuję jeszcze inspiracji na tort. Ma ktos jakiś pyszny sprawdzony przepis? Byle nie z bitą śmietaną :) Będę wdzięczna za podpowiedzi :)

piątek, 19 września 2014

Hormonalny kalejdoskop

Uprzedzam, że dziś post będzie trochę fizjologiczny, ale tak mnie jakoś naszło :P

Zanim zaszłam w ciążę co miesiąc cierpiałam z powodu @. Raz bardziej, raz mniej, ale zawsze, za każdym razem w pierwszy dzień @ byłam na tabletkach przeciwbólowych, żeby normalnie funkcjonować. Pamiętam, że kuzynka jak mantrę powtarzała mi "Zobaczysz, jak urodzić dziecko przejdzie jak ręką odjął." Nie chciało mi się w to wierzyć, bo niby dlaczego miałoby się to nagle zmienić. W tej chwili mam @ piąty raz po porodzie, pierwszą dostałam 7 miesięcy o urodzeniu Juniora. Sama jestem tym bardzo zaskoczona, ale jeszcze ani razu nic, kompletnie NIC mnie nie bolało, a gdyby nie konieczność biegania do toalety co jakiś czas w wiadomym celu, pewnie nawet nie zauważyłabym, że mam @. Szok po prostu. Także dziewczyny, jeśli któraś się męczy z @ to uszy do góry - jest dla was nadzieja! :P Pomijam fakt, że trwa u mnie póki co 6, a nawet (o zgrozo!) 8 dni, ale liczę na to, że organizm jeszcze w jakiś sposób się oczyszcza i że z czasem to się trochę skróci.

W ogóle ciąża i poród czynią w organizmie kobiety mega rewolucję i w sumie wszystko mi się powywracało do góry nogami. Przed ciążą, a w zasadzie przed ślubrm jeszcze dość mocno wypadały mi włosy. Podejrzewam, że było to skutkiem mojej przedślubnej diety, stresami itp. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po sesji zdjęciowej był bieg do fryzjera w celu opitolenia włosów z długości za ramiona na boba :) ewidentnie tego im było trzeba, bo gołym okiem widać było, że biedaki odżyły. 5 miesięcy po ślubie zaszłam w ciążę i wtedy moje włosy przeżywały w ogóle jakąś ekstazę egzystencjonalną, bo nie dość, że nie wypadały wcale, to jeszcze rosły jak szalone. Hormony zrobiły swoje. Po porodzie wiadomo - równia pochyła w drugą stronę, wypadło mi ok 1/3 tego, co udalo mi się w ciąży wyhodować. Teraz wszystko wróciło do normy, hormony chyba wróciły już na swoje miejsce i włosy też. Są znów ładne i gęste, a na czubku mam gąszcz 5-6cm antenek. Czadowo :)

Cera też można powiedzieć na plus. Przed ciążą miałam tłustą. W ciąży unormalizowała się do tego stopnia, że zrezygnowałam z podkładu, a jeśli już jakiegoś używałam to lekkiego BB z garniera. Na szczęście mi tak pozostało.

Ciekawe jak będzie następnym razem... kiedyś :P

wtorek, 16 września 2014

W sumie to bez tytułu, bo nawet nie wiem jak go ubrać w słowa.

Zawsze się zastanawiam jak to jest, że najbardziej człowiekowi dokopać potrafi najbliższa rodzina. Nawet największy wróg nie jest w stanie tak zranić jak bliskie osoby, które z założenia powinny człowieka wspierać. Moi rodzice są w tym po prostu mistrzami. Nie powiem, zawdzięczam ich wiele, ale tak jak oni, zdołować i zranić nie potrafi nikt. Mimo, że od ładnych paru lat z nimi nie mieszkam, mimo że mam swoją rodzinę, która jest dla mnie najważniejsza, oni zawsze muszą wtrącić swoje trzy grosze. Hmm... to nawet nie jest wtrącenie trzech groszy, ale całych milionów, bo przejawiają niesamowitą chęć kontrolowania naszego życia i naszych wyborów. Ja naprawdę rozumiem, że mogą chcieć doradzić, coś podpowiedzieć, to jest jak najbardziej w porządku, ale nie pozwolę sobie na sytuację, kiedy próbują wymusić coś na nas, a później walą focha, kiedy okazuje się, że robimy coś po swojemu. Najchętniej w ogóle "kazaliby" nam robić coś tak, a nie inaczej, bo im się tak podoba i wszystko ma być pod ich dyktando i chcieliby, żeby ze wszystkiego im się tłumaczy. A już w ogóle najchętniej dom by nam urządzili i wychowali Juniora, bo są po prostu najlepsi, same ochy i achy. O nie nie, nie tędy droga. Po ostatniej wizycie u nich chodzę jak struta, bo mimo, że jestem dorosła, to nie potrafię po prostu przejść do porządku dziennego nad sytuacją, kiedy ktoś traktuje mnie jak kogoś niedorozwiniętego. Powiedziałam co o tym myślę, wyszliśmy, a w domu stwierdziłam, że musimy trochę od nich odpocząć, może to im da coś do myślenia. Mężu na razie się nie miesza, ale widzę, że potrzebuje tylko iskry, żeby wybuchnąć. Jak ja czegoś takiego nienawidzę... Mój ojciec taki jest od zawsze, i nie zależy mi na poprawie stosunków z nim. Sa chłodne i takie pozostaną. Mama jest naprawdę w porządku, taka prawdziwa mama, przynajmniej była taka do niedawna, bo gołym okiem widzę jak się zmienia pod debilnym wpływem ojca. Szkoda... Moja teściowa też święta nie jest, nie raz o tym pisałam, ale nigdy nie posunęłaby się do takiego zachowania, tego jestem pewna. Choć moi rodzice jak zwykle uważają się za lepszych od niej, pod każdym względem. W sumie to oni uważają się za lepszych od wielu osób, kupują najlepsze prezenty, jeżdża na wakacje w najlepsze miejsce, a pod pozorami świętości i religijności panuje zwykła ludzka obłuda, której nienawidzę. Nie będę tego komentować, bo szkoda nerwów. Zresztą długo możnaby pisać i i tak nie wyczerpałabym tego tematu. Krótko mówiąc - temat rzeka. Jedyne co mnie cieszy w tej sytuacji to to, że mam swoich Chłopaków, bo kiedy jestem tak zjechana psychicznie jak w tej chwili Oni obaj potrafią mnie podnieść na duchu i postawić do pionu. Najchętniej spakowałabym tą naszą małą rodzinkę i wyjechałabym z nimi na koniec świata, z dala od tego wszystkiego.

niedziela, 14 września 2014

11 miesięcy :)

Nasz kochany synuś przyszedł na świat równo 11 miesięcy temu. Trudno mi uwierzyć, że jest już taki duży, a przecież dopiero trzymałam go takiego malutkiego na rękach w szpitalu
A jaki jest ten nasz Urwis? Czas na małe podsumowanie:

- ma 80cm wzrostu i ważt 9,8 kg,

- stan uzębienia na chwilę obecną to 8 sztuk,

- ma piękne blond włoski, które w słońcu błyszczą jak złoto,

- mówi coraz więcej, coraz częściej udaje mu się powiedzieć daj, ja, nie ma, mam itp. Jak na chłopca
to moim zdaniem całkiem sporo,

- coraz lepiej chodzi, choć nadal trzymany za rączki. Jeśli nadal będzie trenować na intensywnie, roczek przejdzie już samodzielnie, a wtedy Pokerze strzeż się :P

- Jest kochany i bardzo grzeczny, choć zdarza mu się pokazać też swój charakterek. Jest słodki niesamowicie, ale nie da sobie przy tym w kaszę dmuchać (dosłownie też, bo kaszy nie cierpi :P)

- nie wstydzi się innych ludzi, zachowuje się niesamowicie - uśmiecha się, podaje rączkę (sam!), a na pożegnanie robi papa. Czasem obcym ludziom też robi papa :)

- uśmiecha się do pań kasjerek w sklepach, bez wyjątku,

- lubi jeździć samochodem, najlepiej u taty na kolanach po naszej ulicy :P (na której ruchu praktycznie nie ma :P)

- pieknie je, a najbardziej smakuje Mu to, co akurat my jemy :)

- kocha wode w każdej postaci - do picia, do mycia, a najbardziej do plywania

- kocha swojego pieska :)

- nie lubi za długo siedzieć w miejscu, musi być wszędzie, żeby nic Go nie ominęło :)

... i mogłabym tak pisać w nieskończoność :)

A za miesiąc będziemy dmuchać pierwszą świeczkę... :) Niesamowite :)

piątek, 12 września 2014

Szkoła rodzenia, czyli jak teoria ma się do praktyki

Jestem mamą już prawie 11 miesięcy (wciąż nie mogę uwierzyć jak ten czas szybko leci), więc myślę, że mogę wypowiedzieć się trochę na temat zawarty w tytule.
Jak zapewne pamiętacie wahałam się trochę czy w ogóle zapisać się do szkoły rodzenia. Korzystając z Waszych rad oraz wszystkich innych aspektów jednak się zdecydowaliśmy i nie żałujemy ani trochę. Żałowalibyśmy, gdybyśmy tam nie poszli. W notce z 30.09.2013 pisałam co dokładnie było poruszane na zajęciach, więc powtarzać się nie będę, a jak ktoś chce sobie odświeżyć pamięć to zapraszam do archiwum :) W każdym razie na zajęciach zastanawiałam się w jakim stopniu wykorzystam to, czego dowiedziałam się w szkole rodzenia i mogę śmiało powiedzieć, że skorzystałam chyba ze wszystkiego. Od diety w ciąży, poprzez to kiedy w ogóle jechać do szpitala i co ze sobą zabrać, poprzez pozycje uśmierzające ból, swoją drogą pomogły bardzo (do wykorzystania już na porodówce :P), techniki oddychania itp. Na porodówce pomogło mi to bardzo, ale chyba najbardziej przydatnymi informacjami były te odnośnie pielęgnacji noworodka. No, bo powiedzmy sobie szczerze - z noworodkami miałam do czynienia nie raz, ale na zasadzie trzymania ich na rękach :) nigdy wcześniej żadnego nie przewijałam, nie kąpałam, nie karmiłam piersią :P ani nic z tych rzeczy. Także ten temat interesował mnie najbardziej, bo ok, urodzić szybko i sprawnie to jedno, ale co dalej? Ja nie miałam zielonego pojęcia i baaardzo dziękuję paniom położnym za szczegółową instrukcję co się z czym je :) Dzięki temu po przyjściu do domu nie bałam się ani trochę, wiedziałam co mam robić i jakoś gładko poszło. A i teraz, gdy Junior jest już duży, wiele rzeczy się przydaje. Jedyne co mi się nie sprawdziło to pielęgnacja pępka, bo trwałą akcja psikania octeniseptem, która była szeroko propagowana przez położne ze szpitala. I tak naprawdę żałuję, że go używałam, bo jednak stary dobry znajomy spirytus o wiele szybciej uporał się z juniorkowym pępuszkiem i gdybym wprowadziła go wcześniej, pewnie szybciej by Mu odpadł, a tak męczyliśmy się z tym 5 tygodni (w sumie głównie dlatego, ze pępowina jednak była gruba i długo to wysychało).
No więc, wszystkim przyszłym mamusiom, a tu w blogowym świecie kilka ich jest, które jeszcze się wahają czy skorzystać z takich zajęć gdzieś w okolicy naprawdę szczerze polecam. Warto dziewczyny, naprawdę warto.
Aha, mam jeszcze pytanie do tych bardziej doświadczonych mam - czy znacie jakąś sprawdzoną, w miarę szybką i "bezbolesną" metodę na zakończenie przygody z cycusiowaniem? :)

A tymczasem znikam oswajać się z myślą, że trzeba zacząć obmyślać przyjęcie z okazji PIERWSZYCH URODZIN JUNIORA! szok... :)

poniedziałek, 8 września 2014

Jak za dawnych lat ;)

Junior śpi, Mężu wyszedł do pracy, a ja stwierdziłam, że muszę się z Wami czymś podzielić. Pewnego dnia "siedzimy sobie" z Juniorem w domu, ja składałam pranie świeżo zdjęte z suszarki i pachnące wiatrem (uwielbiam ten zapach!). Junior bawił się swoimi zabawkami na podłodze, a Poker próbował rozpracować swoją zabawkę-węzełek. Ot taki sobie zwykły domowy obrazek. W pewnym momencie Junior zauważył pilota od TV leżącego na stoliku i zaczął sobie pstrykać, przypadkowo przełączając kanały. Po chwili się znudził, odłożył pilota i wrócił do zabawek. A ja dalej składam sobie spokojnie pranie. W pewnym momencie do moich uszu zaczęły dobiegać jakieś znajome dialogi i imiona. Zerkam ja kątem oka w telewizor i w momencie odmłodniałam :) No nic innego jak mój serial z młodości. Pierwszy serial, któremu oddałam się bez reszty :) Kiedy oglądałam pierwszy odcinek miałam jakieś 10-11 lat. Uwielbiałam go strasznie, obejrzałam caluteńki od A do Z kilka razy, w podstawówce nawet wynalazłam w bibliotece książki z fragmentami serialu, a w liceum biegusiem wracałam do domu, kiedy tylko miałam możliwość zdążyć na odcinek 14:15 w TVN. Może to śmieszne, że stara baba ogląda serial dla młodzieży (teoretycznie :P), ale tak się znów wciągnęłam, że oglądam go tak, jakbym widziała go po raz pierwszy :) Mam to szczęście, że Junior o tej porze śpi, więc mogę w spokoju oddać się seansowi :P O czym mowa? Tylko się nie śmiejcie, a jeśli już to chociaż nie za bardzo :) otóż... ten serial to "Beverly Hills 90210" :)))))))))))) :P może obciach, ale co tam :) I nawet gust jeśli chodzi o bohaterów mi się nie zmienił od tamej pory, bo w początkowych seriach zawsze najbardziej lubiłam Dylana, a później kiedy go zabrakło w obsadzie, przerzuciłam się na Davida, kiedy wyprzystojniał i tak już zostało do ostatniego odcinka :) Tylko moda lat 90. powala mnie na łopatki i czasem sama nie wiem czy śmiać się czy płakać na widok niektórych strojów.
No, to przyznać mi się tutaj... kto też oglądał? :)))

czwartek, 4 września 2014

Czas na zmiany

Długo dojrzewałam do tej decyzji, w zasadzie przymierzałam się do niej już kilkukrotnie, jednak zawsze było jakieś "ale". Ostatnio usiedliśmy z Mężem wieczorem, przegadaliśmy sprawę wzdłuż i wszerz i decyzja zapadła. Mój urlop macierzyński powoli dobiega końca, wykorzystuję jeszcze sporo zaległego urlopu i około 10 stycznia wracam do pracy. Gdyby była taka możliwość chętnie zostałabym jeszcze z rok na wychowawczym, ale wiadomo, kasa... Juniorem w tym czasie zajmować się będzie cioca Męża, która sama swoje wnuki już wyprawiła do szkoły, a że Juniora baaaardzo lubi, zgodziła się nim zająć do czasu aż pójdzie do żłobka. Chcemy go przetrzymać w domu do 3 latek, ale trochę się nad tym zastanawiam, bo Junior kocha dzieci i świetnie się czuje w ich towarzystwie, na spacerach już z daleka piszczy na widok dzieci, więc myślę intensywnie czy nie zapisać go do żłobka już za rok. No ale pożyjemy, zobaczymy. Wracając do pracy. Firma moja jest duuużą korporacją, dobrze mi tam było, choć wiadomo, jak w każdej pracy nie zawsze było różowo. Tak czy siak była fajna atmosfera, lubiłam to co robiłam i nadal lubię. W zeszłym roku będąc w szóstym miesiącu ciąży poszłam na L4, później na macierzyński. Normalna kolej rzeczy, moje stanowisko na mnie czeka, więc luz. A jednak. Podczas mojej nieobecności w Firmie zaszły dość spore zmiany, zmieniły się władze i z tego co wiem tak fajnie już nie jest. Wiadomo, kwestia indywidualna, jednemu może sie podobać, drugiemu nie. Mnie tam nie ma, więc się na ten temat nie wypowiem. Ale miałam sporo czasu na przemyślenie swojej pozycji w Firmie i doszłam do wniosku, że to by było na tyle. Owszem, lubię swoją pracę, ale nie mam tam już żadnych perspektyw na dalszy rozwój. Nie marzy mi się nie wiadomo jaka kariera zawodowa, bo mam inne priorytety w życiu, ale nie chcę też tkwić w miejscu. Pracuję tam prawie 8 lat, na tym samym stanowisku, jeśli chodzi o awans to szanse znikome. Pas. Nadszedł czas na zmiany. Zdecydowaliśmy, że wracam do pracy na niepełny etat (żeby być pod ochroną w razie czego), a w międzyczasie szukam czegoś innego. Firm u nas w okolicy jest mnóstwo, więc prędzej czy później coś fajnego znajdę. Póki co przeglądam ogłoszenia, żeby zrobić rekonesans naszego rynku pracy. Czy to dobra decyzja? czas pokaże, ale czasem trzeba zaryzykować. Także tego... trzymajcie kciuki :)

wtorek, 2 września 2014

Wrzesień

Wrzesień... aż trudno uwierzyć, że to już. Dopiero zaczynało się lato, a tu za 3 tygodnie w kalendarzu stuknie jesień. Wczoraj na ulicach szalenstwo szkolne, machina ruszyła. Czas chyba zdecydowanie ostatnio przyspieszył. Nie pisałam znowu przez jakiś czas, bo w sumie nie mogłam się zebrać. Junior intensywnie ćwiczy chodzenie, więc trzeba za Nim ganiać krok w krok, zwłaszcza, że trzeba Go trzymać za rączki. W każdym razie idzie mu coraz lepiej i jeszcze trochę i będzie dreptał samodzielnie. A wtedy piesku nasz - strzeż się :) ostatnio w ogóle nasze spacery wyglądają komicznie. Poker drepcze bardziej lub mniej grzecznie koło wózka, a Junior zwisa z tegoż wózka, co by przypadkiem piesek mu z oczek nie zniknął ani na ułamek sekundy. W ogóle ta dwójka pała do siebie miłością ogromną i będzie z nich para naprawdę dobrych przyjaciół. Gdzie Junior, tam i pies i odwrotnie. Fajnie, bardzo się z tego cieszę.
Jakiś czas temu rozmawialiśmy z Mężem o weselach w naszej rodzinie i u znajomych. Od 2006 roku co chwilę ktoś brał ślub i nie było roku, żebyśmy nie bawili się przynajmniej na 2-3 weselach. W tym roku zaliczyliśmy ostatnie i miała być dłuższa przerwa. No właśnie... miała być :) Ale nie będzie. Wczoraj dowiedzieliśmy się o dwóch kolejnych w przyszłym roku. Kurcze, urodzaj u nas niesamowity. Fajnie, bo my lubimy takie imprezy, szczególnie jak towarzystwo jest sprawdzone. Tych dwóch wesel jestem trochę ciekawa, bo i miejsca całkiem nowe i towarzystwo inne niż do tej pory. Pożyjemy zobaczymy jak będzie :) A po tych dwóch już chyba przerwa będzie. Chyba... :P
W gniazdku zaczęliśmy etap gromadzenia pierdółek i ozdób, żeby bardziej domowo i po naszemu się zrobiło. Do tej pory całą kasę pakowaliśmy w rzeczy najważniejsze, bez których funkcjonować byłoby ciężko. A teraz nadszedł czas na pierdółki i dekoracje. I tak na ścianach i komodach pojawia się coraz więcej ramek ze zdjęciami, na parapetów coraz więcej storczyków (kocham je!), a ja poszukuję coraz to innych inspiracji. Jak ktoś ma jakieś ciekawe pomysły to dzielcie się :)

wtorek, 19 sierpnia 2014

Jestem, jestem :)

Jak w tytule - jestem :) Nie odzywałam się przez jakiś czas, bo najpierw sie było o czym pisać, a później nie było kiedy. Teraz trochę wyszłam z czasem na prostą i powracam. No więc, gdzie byłam, jak mnie nie było? Przede wszystkim Mężu i Tatuś nasz kochany w jednej osobie postanowil nam zrobić prezent z okazji drugiej rocznicy ślubu i na początku sierpnia zabrał nas na tydzień nad morze :) To była prawdziwa niespodzianka, bo powiedział mi o tym na trzy dni przed wyjazdem, żebym zdążyła się przygotować i ogarnąć to, co trzeba było zabrać :) Nie przypuszczałam, że dane nam będzie pojechać w tym roku gdziekolwiek, a już tym bardziej nad morze, a tu proszę, taka niespodzianka. Cieszyłam się tymi krótkimi wakacjami jak murzyn blaszką, naprawdę. A radość Juniora na widok morza i TAAAAAAAAAAAAAAKIEEEEEEEEEJJJJJJ ilości wody, którą kocha miłością ogromną, jest wprost nie do opisania. A jak jeszcze odkrył, że do tej wody można wejść, to już w ogóle była pełnia szczęścia :) Gorzej było z wychodzeniem i miałam wrażenie, że zamieszkamy na morzu w pontonie, ale jakoś obyło się bez tego :) Tego było nam trzeba... odpoczęliśmy po stresach i nerwach minionych miesięcy, spędziliśmy ten czas tylko we czworo, nawdychaliśmy się helu i ogólnie wykorzystaliśmy ten tydzień na maksa. Było cudownie. Po powrocie zajmowaliśmy się ogrodem, tzn. bardziej jego tworzeniem, sianiem, sadzeniem itp., a wczoraj Junior został z dziadkami w domu, a Mężu zabrał mnie na rocznicową obiado-kolację. Fajnie było. Jak na prawdziwej randce ;P
A teraz czas na powrót do rzeczywistości, Mężu od jutra idzie do pracy, w tym tygodniu mam jeszcze kilka spraw do załatwienia, więc na nudę narzekać nie będziemy :)
A co do poprzedniego posta (piszę, bo kilka osób o to pytało) - Ktosia się nie odezwała i nie sądzę, żeby miała się odezwać. Wiem na pewno, że wiadomość odczytała, a brak odpowiedzi mówi sam za siebie. Cóż, nic na siłę. Ja sto razy to przemyślałam i uważam, że postąpiłam słusznie, a jak Ktosia na dalszy kontakt nie ma ochoty to trudno, tak bywa. Ja mam czyste sumienie i nie będę się przynajmniej zastanawiać "co by było, gdyby...". I w sumie dobrze mi z tym, choć nie powiem, że gdzieś tam w środku liczyłam na inne zakończenie i troche mi smutno. No, ale co zrobić... życie...

czwartek, 31 lipca 2014

Czy dobrze zrobiłam?

A co mi tam, po tym jak opublikowłam poprzedniego posta, napisałam kolejnego. Miałam się wstrzymać z publikacją, ale co tam, będą dwa jednego dnia. Taki mały bonus :P

Od kilku dni nie mogę przestać myśleć o pewnej sprawie. Otóż... dwa lata temu z małym haczykiem, ktoś bardzo mnie zawiódł. Emocje wzięły górę, padło o kilka słów za dużo (a może i nie za dużo, ciężko powiedzieć, padła po prostu prawda, może tak to ujmę) i od tamtej pory nie mamy ze sobą kontaktu. Ktoś to dziewczyna, więc na potrzeby posta będzie Ktosią. Wie o naszym ślubie, wie o Juniorze, ale mimo to sie nie odezwała. Kilka dni temu wstałam z dziwnym wewnętrznym uczuciem, w sumie nie wiem co czułam, ale od samego rana nie mogłam przestać myśleć o Ktosi i o tym co nas poróżniło. I tak chodziłam, myślałam, rozkminiałam, analizowałam i rozkładałam na czynniki pierwsze, aż wieczorem usiadłam i napisałam do Ktosi maila, że było minęło i że chciałabym, żeby się odezwała. Napisałam, wysłałam, a teraz nie wiem czy dobrze zrobiłam. Na razie odzewu brak. Poczekamy, zobaczymy. Ponad dwa lata temu nie myślałam, że to powiem, ale brakuje mi tej Ktosi.

"To kiedy następne?"

Tiaaa... to pytanie ostatnio słyszymy jak jakąś mantrę. Nie zawsze w takiej formie, bo czasami przybiera postać "To kiedy postaracie się o rodzeństwo dla Juniora?" albo "Juniorowi przydałaby się teraz siostrzyczka"... Zazwyczaj odpowiedź, że jednak jeszcze ze 2-3 lata poczekamy jest wystarczająca, ale czasami trafiają się przypadki bardziej nachalne, które usiłują nas przekonać, żebyśmy zachodzili w kolejną ciążę już teraz, najlepiej natychmiast. Od samego początku jesteśmy zdania, że chcemy, aby między naszymi dziećmi było około 3 lat różnicy, aby Junior był w miarę samdzielny kiedy urodzi mu się rodzeństwo (jak wyjdzie w rzeczywistości to się okaże, bo życie lubi płatać różne figle), ale takie jest nasze założenie, którego mamy zamiar się trzymać. Wiadomo, że ile ludzi, tyle opinii. Znam trochę osób, które mają dzieci rok po roku, bo albo tak chciały, albo tak wyszło i nie narzekają, a wręcz przeciwnie, ale my chcemy inaczej i przyznaję, że powoli zaczynają mi działać na nerwy pytania w stylu "Kiedy następne?" Będzie, kiedy będzie i tyle :)
A co u nas? Czas leci, Junior z każdym dniem wydaje mi się doroślejszy, coraz więcej umie i uczy się sam wstawać i chodzić za rączki :) Kombinuje jak nie wiem, i coraz lepiej mi to wychodzi :) A ostatnio powali mnie na łopatki przy kąpieli. Była u nas moja mama, Mężu coś tam robił w ogrodzie, więc babcia korzystając z okazji załapała się na kąpiel Juniora. Niuniek bawił się w wannie, w pewnej chwili rozejrzał się po łazience i mówi: "Tata nie, Baba". W sensie, ze tata go dziś nie kąpie, tylko babcia. Minęła dobra chwila, zanim pozbierałyśmy z mamą szczęki z podłogi. On ma niecałe 10 miesięcy i naprawdę nie spodziewałam się jeszcze z Jego ust tak logicznej wypowiedzi. Naprawdę dziecko nam dorasta...
A Mężu od poniedziałku jest na urlopie tacierzyńskim, więc mamy go przez 3 tygodnie w domu ;) super :)))

czwartek, 24 lipca 2014

Jak dobrze mieć sąsiada :)

Miałam napisać już w poniedziałek, ale jakoś tak się nie złożyło. "Pan i wladca" (tylko we własnym mniemaniu) z poprzedniego posta skutecznie popsuł mi humor i straciłam chwilowo wenę do pisania. Tak naprawdę nikt nie ma pojęcia o co mu chodzi, on sam chyba też nie, ale zrobił aferę w sumie z niczego stwierdzając na koniec, że on do nas przychodzić nie będzie. No i dobra, nie to nie, łaski bez, nikt nikogo na siłe nie będzie uszczęśliwiał. Niech tylko ma świadomość tego, że to działa w dwie strony. Wolę to niż udawane uprzejmości. No ale co nas nie zabije, to nas wzmocni, czy jakoś tak :) a ja przecież nie o tym chciałam.
O sąsiadach naszych dziś będzie. Takich najbliższych w sumie mamy troje - w sensie, że trzy rodziny :) Teraz będzie w miarę szczegółowo, ale w przyszłości na potrzeby postów dla ułatwienia będę ich nazywać stronami. Zaraz zrozumiecie co mam na myśli.
Więc tak... Sąsiedzi z prawej to małżeństwo z dwójką dzieci - Agnieszka i Piotrek są w naszym wieku, mają 5-letniego synka i prawie rocznego. Wprowadzili się miesiąc po nas. Ona farmaceutka, on przedstawiciel handlowy. Zapowiadają się całkiem fajnie i mam nadzieję, że tak będzie nadal :)Sąsiedzi z lewej to małżeństwo, około 60-letni ludzie, Pani Basia i Pan Jurek. Po przejściu na emeryturę sprzedali mieszkanie w centrum Wielkiego Miasta i wybudowali domek na naszych Przedmieściach. Pani Basia pracowała w banku, Pan Jurek to były policjant. Mieszkają tu już od ubiegłej jesieni i w sumie ich znamy znajdłużej, bo poznaliśmy się, gdy kupowaliśmy działkę 3 lata temu, oni wtedy już budowali, a kiedy my zaczęliśmy mieli oko na wszystko, kiedy nas nie było. Baaaaardzo sympatyczni ludzie, polubiliśmy się od pierwszego spotkania, a Junior jest ich ulubieńcem :) Chyba z wzajemnością :)
Sąsiedzi z naprzeciwka to małżeństwo ciut od nas starsze, Gosia i Maciek, mają dwie córki 13-letnią i 2-miesięczną. Wprowadzili się mniej więcej wtedy co my, może kilka dni wcześniej. Na początku wydawali się trochę dzicy i nieśmiali, ale ostatecznie już się rozkręcili :) Ona nauczycielka klas 1-3, on okulista. Także sąsiedzkie grono mamy dość różnorodne :) Tam, gdzie mieszkaliśmy wcześniej, czyli w mieszkaniu, w którym żyłam od 5 roku życia sąsiedzi byli raczej w podobnym wieku. Kiedy się tam wprowadzaliśmy były to rodziny z dziećmi na zasadzie rodzice okolo 30-40 lat i dzieci mniej więcej w moim wieku lub ciut starsze. Dziś prawie wszystkie z tych dzieci mieszkają osobno i zostali sami rodzice w wieku 50+ i 60+. Tak więc rówieśników nie mieliśmy tam praktycznie wcale, ale i tak dobrze się dogadywaliśmy z tymi, którzy zostali. W sumie znam ich wszystkich już ćwierć wieku :)
Z naszymi obecnymi sąsiadami długo się umawialiśmy, bo ciągle komuś nie pasował termin, aż w końcu się udało i w ubiegłą sobotę urządziliśmy składkowego sąsiedzkiego grilla. Tym razem organizowali Sąsiedzi z lewej, bo stwierdzili, że skoro mieszkają tu najdłużej, to oni zaczynają :) Pani Basia okazała się być nie tylko przesympatyczną kobietą, która z młodszym pokoleniem potrafi znaleźć wspólny język zawsze i wszędzie (nie tylko z nami rodzicami, ale i z dziećmi), ale też świetną kucharką. A jej ciasta są po prostu cudowne. My jesteśmy następni w kolejce i aż się boję, bo dorównać Pani Basi nie mam najmniejszych szans :) posiedzieliśmy u nich do 23, dzieci się wyszalały za wszystkie czasy, nawet Junior dotrzymywał im kroku, choć on o tej porze już zawsze smacznie śpi :) Za to jak później padł, tak wstał dopiero o 8 rano :) Fajnie było, naprawdę. Trafili nam się fajni ludzie w bezpośrednim sąsiedztwie. Dziwnych przypadków oczywiście też nie zabrakło, ale o tym innym razem.

A tymczasem Junior nam się rozgadał. Buzia mu się nie zamyka i mówi aż 6 zrozumiałych słów i co najśmieszniejsze prawidłowo ich używa :)
Mówi mama, tata, baba, dada, papa i nie :) No i kilka razy zdarzyło mu się am kiedy był głodny, ale nie wiem czy to było zamierzone, czy to był czysty przypadek :)

piątek, 18 lipca 2014

o braku relacji...?

Z moim ojcem nie dogadywałam się w zasadzie nigdy (za to z moją mamą zupełnie odwrotnie). Ma parszywy charakter i sporo sobie w życiu nagrabił u mnie i mojej mamy (do tego stopnia, że słowo "tato" przechodzi mi przez gardło z wielkim trudem), choć oczywiście, gdyby ktoś popatrzył z zewnątrz mógłby odnieść wrażenie, że to spoko gość. Pozory robią swoje. Każdy kto go zna doskonale zdaje sobie sprawę co to za ziółko, bo wielu osobom zalazł za skórę, nie tylko nam. Relacje teść-zięć też są dość oschłe. Mężu od początku próbował, starał się, ale skoro druga strona nie wyrażała chęci zawracia dobrych kontaktów, to przecież nic na siłę. Tylko w stosunku do Juniora jest w porządku i niemalże tylko z nim rozmawia, kiedy przychodzimy. No cóż bywa i tak i jakoś byśmy to przeżyli, gdyby nie to, że ostatnio włączyła mu się chęć kontroli naszego życia. Kiedy zrobicie to i to, dlaczego tak, a nie inaczej, itp. i stara sie narzucać nam swoje zdanie na każdym kroku. Chciałby, żeby każdy robił wszystko pod jego dyktando, bo "pan i władca tak zarządził". Sorry, ale tak dobrze nie będzie - od ładnych "kilku" lat jestem dorosła, mam swoją rodzinę i swoje życie i nikt, a zwłaszcza on, nie będzie mi go ustawiał po swojemu, a jego fochy nie robią już na mnie żadnego wrażenia.

Zazdroszczę wszystkim, którzy mają normalnych i fajnych ojców. Przyrzekliśmy sobie z Mężem, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby Junior miał z każdym z nas dobre relacje i żeby zaoszczędzić mu tego wszystkiego złego, którego sami w życiu doświadczyliśmy.

Przepraszam za przynudzanie, ale musiałam sobie ulżyć i się wygadać, bo nie chcę sobie szarpać nerwów u progu weekendu.

czwartek, 17 lipca 2014

Dziecię mi rośnie :)

My tu gadu gadu, a tymczasem Synek mój kochany zaczął dziesiąty miesiąc życia :) Stan na dzień dzisiejszy - waga 9300g, wzrost - i tutaj jest ciężko stwierdzić ze względu na ogromną ruchliwość - na tyle na ile udało nam się go zmierzyć wychodzi 77 cm. W każdym razie ubranka nosi w rozmiarze 80cm ;) stan uzębienia 6 szt. Dziesiąty miesiąc życia... toż to niedługo świeczkę będziemy dmuchać. Dopiero cieszyłam się swoim okrąglutkim brzuchem, dopiero trzymaliśmy w ramionach małe zawiniątko, a tu dziesiąty miesiąc? Niedługo świeczka? Jaaaa.... normalnie starzejemy się... ekhm... to znaczy dziecko nam sie starzeje, my absolutnie nie :P Rozgadał nam się Junior w tym miesiącu niesamowicie. Buzia mu się nie zamyka, choć w zasadzie prawie cały czas mówi po chińsku (poliglota czy co? ;P) z polskimi wtrąceniami w postaci "mama", "tata", "baba", "papa" i oczywiście "nieee" :) Ponadto nauczył się wstawać przy różnych w miarę stabilnych rzeczach, choć na razie trochę koślawo i chwiejnie mu to wychodzi, ale intensywnie nad tym pracuje :) I słodki jest niesamowicie :)

Ostatnio, gdy byliśmy na spacerze, próbowałam coś znaleźć w torbie przy wózku. Nooo pzyznam nie lada wyzwanie. Ok, jestem osobą, która ubóstwia dobrą organizację wszystkiego, porządek i "swoje" miejsce dla wszystkich rzeczy. Ale mam duuuużą wadę. Powiedziałabym, że ogromną wręcz - w żadnej torebce porządku utrzymać nie potrafię. I za każdym razem, gdy biorę się za sprzątanie, znajduję różne dziwne rzeczy. Teraz ze względu na Juniora zamiast standardowej damskiej torebki używam raczej torby z wózka, bo pakowniejsza jest, więc mój torebkowy bałagan przeniósł się tam. I tak, znalazłam w niej:
rzeczy standardowe i niezbędne, jak
- klucze do domu
- 4 pampersy,
- 3 śliniaki,
- butelkę z piciem do Juniora,
- herbatniczki,
- smoczek,
- zapasowe body na "w razie czego"
- małe zabawki dla umilenia czasu na spacerze,
- długopis,
- gumy do żucia,
- krem do rąk,
- grzebień

oraz rzeczy dość... powiedzmy nietypowe:
- mała paczka prażonego słoneczniku (nie lubię, więc Mężu musiał mi go tam podstępnie podrzucić)
- katalog z meblami kuchennymi,
- kilka zdjęć z naszego wesela (???),
- cukierka "Michałka",
- CD De Mono (której nawiasem mówiąc wszędzie szukałam),
- starą listę zakupów,
- oraz mój osobisty hit - klucz oczkowy rozmair 8 oraz śrubokręt płaski :)

Czekają mnie jeszcze porządki w mojej torebce. Ciekawe co tam znajdę :P

wtorek, 15 lipca 2014

Nowy członek rodziny ;)

Nie chwaliłam się jeszcze, ale 3 tygodnie temu nasza rodzina się powiększyła. Do naszego trzyosobowego stadka dołączyła jeszcze jedna ważna persona... ;) czworonożna. A w zasadzie czworołapna :) Na imię ma Poker - to nie my je wymyśliliśmy, a właściciel jego mamy, który wszystkie pieski nazwał na literę P, a nam to imię się spodobało i został Poker. Jakoś tak do niego pasuje :) Ma teraz 11 tygodni, rośnie dosłownie z dnia na dzień i jest boski :) Oboje z Mężem zawsze chcieliśmy mieć dużego psa i zawsze chcieliśmy, żeby Junior wychowywał się z psem, a teraz kiedy mamy ku temu warunki postanowiliśmy to marzenie spełnić. No i mamy psa :) Na razie jest bardzo posłuszny i chętnie się uczy. Dopóki jestem w domu na macierzyńskim chcę go nauczyć bezproblemowego funkcjonowania w naszej rodzinie i mam nadzieję, że mi się to uda. Junior pieskiem zachwycony, kiedy tylko otwiera oczka od razu rozgląda się za psem. Poker też wyraźnie obdarzył Juniora miłością ogromną, którą okazuje mu na każdym kroku, oczywiście na tyle, na ile mu pozwalamy. Póki ci jest super, niczego nie gryzie, przygoda z sikaniem zdarzyła się tylko 3-4 razy i od tygodnia jest spokój, więc chyba załapał o co chodzi. Kiedy mu się coś chce kręci się koło nas i piszczy, a kiedy wypuszczam go na zewnątrz pędzi co sił, żeby załatwić co trzeba. Oby mu tak zostało :)

ps. ciekawe ile osób pomyślało o ciąży :P

wtorek, 8 lipca 2014

Zew młodości

Znowu przepadłam. I znowu niechcący :)
Czas więc znowu nadrobić zaległości :)
Od wtorku do piątku w poprzednim tygodniu byliśmy z Juniorem sami w gniazdku z racji mężowego służbowego wyjazdu do stolycy. Pierwszy raz byliśmy tu sami w nocy i nie powiem, pierwszego wieczoru było dziwnie :) Trzy razy z rzędu zrobiłam obchód całego domu, sprawdziłam każde drzwi i każde okno, po czym zrobiłam obchód jeszcze raz :P Dziwnie mi było samej w wielkim łóżku, więc zaprosiłam do niego Juniora, któremu dwa razy nie trzeba było powtarzać i z zaproszenia ochoczo skorzystał :P Mały Miś przyzwyczajony do obecności taty w domu szukał go każdego dnia, rozglądał się i wypatrywał go ze smutną minką. Nasze sam na sam we dwoje trzeba było wykorzystać jak najowocniej i nadrobiliśmy zaległości w spotkaniach towarzyskich, Junior miał okazję ćwiczyć relacje z innymi dziećmi (zauważyliśmy, że ostatnio coraz bardziej ciągnie Go do innych dzieci, więc staramy się umożliwiać mu kontakty z nimi). Natłukliśmy kilometrów po okolicy, bo pogoda sprzyjała, więc trzeba było korzystać. A kiedy stęskniony Tata i Mężu wrócił w piątek do domu, Junior prawie wyskoczył mi z rąk, kiedy tylko go zobaczył.  Obaj nie mogli się sobą nacieszyć. Fajny widok, nie powiem :) A tymczasem od niedzieli u nas totalna sahara...żar się leje z nieba, nie ma czym oddychać, jednym słowem masakra. I kiblujemy w domu, bo tu chłodniej. Na spacerze byliśmy krótko i to z samego rana, a później tylko Junior moczył pupkę w baseniku w cieniu na tarasie. A ja obserwowałam Go z wywieszonym jęzorem i miałam ogromną ochotę wleźć tam do Niego. Gdyby tylko basenik był ciut większy... ;P od jutra podobno ma trochę odpuścić, więc mam nadzieję, że trochę odetchniemy. Ja nie wiem, czy w naszym kraju temperatura nie może być jakaś taka znośna? Jest albo 15 albo 35... nic po środku...
Ostatnio przeglądałam jeszcze kilka pudeł, które czekają na rozpakowanie (jakoś nie mam natchnienia, żeby się za to zabrać). Mam tam trochę staroci, które muszę przejrzeć i podzielić na kategorie "zostaje" albo "wyrzucić". W każdym razie ostatnio zajrzałam do jednego z nich i znalazłam płytę CD "Dawson's Creek - Soundtrack"... ach ileż wspomnień momentalnie się pojawiło... :) to był jeden z moich ulubionych seriali, kiedy miałam nacie lat :) Razem z moją kuzynką byłyśmy od niego uzależnione. Wyszukiwałyśmy w internecie wszystkiego - piosenek teledysków, zdjęć - wszystkiego związanego z serialem. A najbardziej wkręciłyśmy się w oglądanie odcinkó, które jeszcze nie leciały w PL. Znalazłyśmy jakąś amerykańską stronę i obejrzałyśmy w pewne wakacje cały serial z nowymi odcinkami włącznie, a na dwóch ostatnich ryczałyśmy jak bobry. Wiem, wiem, teraz to żadna rewelacja obejrzeć serial w necie, ale jakieś 10 lat temu popularne to to nie było. W każdym razie włączyłam sobie tą odnalezioną płytę i przesłuchałam ją (z Juniorem) trzy razy pod rząd. Super jest :) Muszę poszukać sobie serialu w necie... chętnie obejrzałabym go jeszcze raz. I nie tylko to, bo jeszcze np. "Życie na fali" (oryg. "The OC") albo "Pogodę na miłość" ("One tree hill"). Coś tam jeszcze było, ale nie pamiętam już tytułów.

Aha, zapomniałabym - osoby, które mają zablokowały blogi w czasie mojej nieobecności, a pozwolą mi dalej siebie czytać bardzo proszę o nowe zaproszenie, bo tamte juz mi wygasły i nie mogę ich potwierdzić... :(