czwartek, 23 grudnia 2010

Boże Narodzenie

Kochani,
ponieważ mam jeszcze mnóstwo rzeczy na głowie, nie wiem czy będę miała okazję jeszcze tutaj zajrzeć przed Świętami. Korzystając z okazji, chciałabym życzyć Wam wszystkim - tym, którzy się odzywają i tych którzy zaglądają cichaczem - zdrowych, spokojnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia, spędzonych w gronie najbliższych, spełnienia najskrystszych marzeń i snów, oczywiście szampańskiego Sylwestra oraz samych pięknych chwil w nadchodzącym Nowym Roku :)
Moim kochanym Dziadkom i Babci dedykuje przepiekna "Kolede dla Nieobecnych" (wpiszcie w youtube.com - naprawde warto posluchac, kazdy na pewno znajdzie tam jakas czastke dla siebie)
A Wam w prezencie podaruję 2 piękne wiersze, na które przypadkiem trafilam w necie.

MAŁEJ DZIECINIE

Zapachniała choinka,
na niej błyszczą gwiazdeczki,
leży biały opłatek,
jak Pan Jezus w żłobeczku.

Wieczór cichy, grudniowy –
wszystkie dzieci się cieszą,
gdy się Chrystus narodzi,
do kościoła pospieszą.

A w kościele stajenka,
pastuszkowie i granie,
aby było przyjemnie
spać Dzieciątku na sianie.

Nasz maleńki Pan Jezus
gdy się ze snu obudzi,
uśmiechnie się serdecznie
do wszystkich na świecie ludzi.

Hej, niech żyje choinka!
Cukierki i jabłuszka.
Niech kochanej Dziecinie
złożą dzieci serduszka.

I jeszcze jeden...

Pomódlmy się w Noc Betlejemską,
w Noc Szczęśliwego Rozwiązania,
by wszystko się nam rozplątało węzły,
konflikty, powikłania.

Oby się wszystkie trudne sprawy
porozkręcały jak supełki,
własne ambicje i urazy
zaczęły śmieszyć jak kukiełki.

Oby w nas paskudne jędze
pozamieniały się w owieczki,
a w oczach mądre łzy stanęły
jak na choince barwnej świeczki.

ks. J. Twardowski

WESOŁYCH  ŚWIĄT!!!!!

czwartek, 16 grudnia 2010

zimowy update

Tiiiaaa... powiem Wam, ze strasznie mi wstyd, ze tak zaniedbalam mojego blogusia. Zagladalam tutaj i do Was codziennie, ale jakos nie mialam czasu na pisanie, a gdy juz ten czas jednak się znajdował, zazwyczaj brakowało mi weny twórczej i nie mogłam sklecić nawet kilku zdań, które miałyby jakikolwiek sens. No... ale jestem, żyję i mam się bardzo dobrze :)
Kolejny zjazd na studiach za mną. Tym razem mieliśmy już takie całkiem konkretne zajęcia. Wszystkie zalieczenia są w formie zadania domowego, więc luzik, spokojnie sobie wszystko zrobie i bedzie z głowy. Dopiero w czerwcu będę miała egzamin końcowy i z głowy. A później już żadnych więcej studiów. Fajnie jest mieć wolne weekendy i móc wyspać się do woli. Ja to czasami śmieję się, że na te studia poszłam po to, żeby mojemu B. nie było smutno, że tylko on musi jeździć na zajęcia :) Ale co tam, to czego naucze się przez ten rok na pewno będzie mi bardzo przydatne i bardzo chciałabym z tym kiedys pracować. No cóż... czas pokaże, może akurat kiedyś się uda :)
Ostatni weekend oprócz zajęć na studiach zaowocował przede wszystkim zakupem części prezentów :) Zostały mi jeszcze tylko 3 osoby i będę miała komplet. Wśród tych 3 osób są 2 dziewczynki w wielku 1,5 roku oraz 5 miesięcy, więc zadanie powinno być ułatwione, bo chcę kupić im jakieś fajne zabawki. Hmm... w sumie takie łatwe to może nie być, bo jak wejdę do działu z zabawkami mogę dostac oczopląsu i nie będę wiedziała za co mam najpierw łapać :))) No cóż, najwyżej usiądę na podłodze i się rozpłaczę :P
Zima u nas na całego. Wczoraj utknęłam na parkingu, bo nie za bardzo mogłam wyjechać, ale na szczęście koleżanka ode mnie z firmy też jechała z mężem do pracy i wypchnęli mnie na ulicę. Uff... Na naszym parkingu śnieg sięga mi po tyłek (naprawdę!!!), więc możecie sobie tylko wyobrazić jaką mamy tam masakrę. Z kolei dziś rano szyby w aucie pozamarzały mi od środka i musiałam spędzić około 10 minut z ogrzewaniem i klimatyzacją włączonymi na full, żeby cokolwiek zaczęło puszczać na tyle, żeby moja skrobaczka mogła sobie z tym poradzić. A termometr pokazywał jedyne -21 stopni... :) Ale za to jak zobaczyłam te cudne oszronione drzewa, byłam pod wielkim wrażeniem.
Dziś rano do naszego biura przyjechała wielka, zielona, przepiękna choinka, która pachnie na cały nasz openspace. Na razie nie jest jeszcze ubrana ani oświetlona, ale wygląda naprawdę super. Wszędzie już naprawdę czuć święta, w radio grają coraz więcej świątecznych przebojów (które naprawdę uwielbiam) i wiecie co... tak sobie myślę, że to będą pierwsze białe święta od bardzo dawna. Kilka lat z rzędu była chlapa albo pogoda wręcz jak na wielkanoc. Więc tym razem mamy naprawdę miłą odmiane :) A ja pójdę jeszcze tylko 4 razy i będę miała cudowne 2 tygodnie urlopu - mam zamiar w końcu się wyspać iu wypocząć. No i przede wszystkim musimy jechać na narty - koniecznie. Nasze narty uśmiechają się do nas coraz szerzej, ilekroć mijamy je w garażu, a ja nie mogę się doczekać, kiedy w końcu je przypniemy :) Już mi sie to normalnie śni po nocach :)))
No ... i tak nam jakoś czas powoli leci do przodu (może nawet wcale nie tak powoli). Niedługo Święta, później Sylwester i kolejny rok od nowa :)

A najbardziej przeraża mnie fakt, że za kilka dni stuknie mi 25 lat i będzie już z górki do 30stki... szok... ;)

sobota, 4 grudnia 2010

Everyday...

Zima zawitala u nas juz chyba na dobre i wyglada na to, ze nigdzie sie nie wybiera. Poki co ani troche mi to nie przeszkadza, nie narzekam mimo nieodsniezonych drog, ulic, ogolnej slizgawicy i koniecznosci skrobania szyb. Z niecierpliwoscia czekam za to na pierwsze szusy na sniegu :) Z powodu ogolnego braku czasu bedzie to mozliwe chyba dopiero miedzy swietami a sylwestrem, nad czym strasznie ubolewam, zwlaszcza, ze do Karkonoszy mam rzut beretem. A wyciagi ruszaja juz w ten weekend... Ale coz, trudno... takie sa uroki doroslego zycia ;) Przezylam jakos maraton w pracy i na uczelni, a jutro mam zamiar spac tyle, ile tylko dam rade. B. jedzie na uczelnie i znajac moje dobre serduszko (bo skromnosc to podstawa :P ) wstane rano z nim, zeby go wyprawic do szkoly, ale pozniej ide dalej spac, nie ma glupich :))) W koncu bedzie jeszcze ciemno :) A jak jest ciemno, to sie spi :P (taaa, akurat... ;) )
Kilka dni temu Nabi zaprosila mnie do zabawy w codziennie moglabym. Zaproszeniom do fajnej zabawy sie nie odmawia wiec oto i moje top 8:
Codziennie moglabym....
1. ... wydurniac sie z moim B. - ooo ludu... gdyby tak nas ktos czasem widzial, to chyba nie uznalby nas za normalne stworzenia :P Mega glupawka bije nam czasami na glowe ;)
2. ... chodzic na dluuuugie spacery - wiosna po swiecie budzacym sie do zycia, latem w pieknym sloncu, najlepiej plaza wzdluz brzegu morza, czujac na twarzy delikatny powiew wiatru, jesienia po
szeleszczacych lisciach, lapiac ostatnie cieple promyki, a zima po sniegu do kolan trzeszczacym pod nogami, rozkoszujac sie rzeskim, mroznym powietrzem. Szkoda tylko, ze ze wzgledu na
ograniczona ilosc godzin w ciagu doby nie jest to mozliwe tak czesto jak bym tego chciala.
3. ... jesc cudowny, przepyszny, jedyny w swoim rodzaju sernik mojej mamy - taki puszysty, soczysty, ze skorka pomaranczowa (obowiazkowo BEZ rodzynek). Najlepiej popijajac pyszna
kawke Douwe Egberts Black... ale z tym serniczkiem niestety tak sie nie da, bo wygladalabym jak szafa 3-drzwiowa. W dodatku pancerna! ;) wiec pozostaje tylko kawa
4. ... czytac - jak juz pisalam w jednym z postow pochlaniam ksiazki w zastraszajacych ilosciach i najchetniej co tydzien kupowalabym po kilka nowych :)
5. ... chodzic do fryzjera i kosmetyczki - ach... jak ja uwielbiam jak ktos sie mna zajmuje. Lubie byc w ten sposob dopieszczana :) Warto czasem zafundowac sobie troche "luksusu". Od razu
czlowiek sie lepiej czuje :)
6. ... jezdzic na nartach albo wylegiwac sie na cieplej plazy na tropikalnej wyspie - no coz... z oczywistych wzgledow niemozliwe :P
7. ... ogladac Dr House'a - wybacz Nabi, ale musialam to zmalpowac :) Uwielbiam ten serial i nie moglabym pominac go na tej liscie :)
8. ... opiekowac sie moja chrzesnica - Marta, 1,5 roku :) kochane dzieciatko, dajace nadzieje na to, ze moze moje dzieci tez beda takie slodkie jak ona :) Uwielbiam ja :) to moja Mala Krolewna...
9. ... marzyc... bo co to za zycie bez marzen... ;)
I tym optymistycznym akcentem koncze dzisiejsza notke. A do zabawy zapraszam Natalie, Dziobaczka i Lenke :) ... oraz kazdego, kto ma ochote sie przylaczyc :))) Do dziela!


"Codziennie patrz na swiat jakbys widzial go po raz pierwszy"

sobota, 27 listopada 2010

Help and advice urgently needed!

I znow mamy piatek... czy Wy tez macie ostatnio wrazenie, ze czas leci jak szalony? Dopiero byl weekend, a juz bedzie nastepny. Szkoda, ze znowu w ogole go nie odczuje. Caly poprzedni tydzien bylam w pracy, weekend (oba dni) byl tez bardzo pracowity i w ogole nie zdazylam odpoczac. Zarowno w sobote, jak i w niedziele wychodzilam z domu o 8 wracalam po 16, wiec czulam sie jakbym byla w pracy. Od poniedzialku znowu praca, a jutro i pojutrze mam zajecia do 17, wiec o weekendzie znowu moge jedynie pomarzyc, a w poniedzialek znowu do biura. Mowiac w skrocie to bedzie maraton - 19 dni pracy bez ani jednej chwili wytchnienia (choc raz na studiach mialam taki maraton 26-dniowy). Jestem teraz w polowie i chyba zaczyna dopadac mnie kryzys. Nie ma glupich, dzis ide spac wczesniej. Taa... zawsze tak mowie, a i tak sciagam do lozka po 23 :P

No ale wracajac do kwestii pedzacego czasu... Za kilka dni skonczy sie listopad (cale szczescie, bo nie cierpie tego miesiaca) i nastanie grudzien. Tak wiec swieta zblizaja sie wielkimi krokami, co da sie zauwazyc juz doslownie wszedzie. Poniewaz jestem Kfiatushkiem dosc przezornym i zapobiegliwym, nad prezentami swiatecznymi zazwyczaj zaczynam zastanawiac sie juz w polowie pazdziernika, co by przynajmniej naszkicowac sobie w glowie jako taki plan dzialania przed swietami. Pewnie zapytacie "Czy ty do reszty zglupialas Kfiatushku? Dlaczego tak wczesnie? Toz to jeszcze kupa czasu do swiat" A no dlatego, ze zawsze staram sie wszystkie prezenty dokladnie przemyslec. Nie chcialabym kupic komus czegos, tylko po to aby kupic, nie chcialabym, zeby ten ktos udawal, ze mu sie podoba, a pozniej rzucal w kat i zapominal, ze w ogole cos takiego ma. Staram sie kupowac moim bliskim to, co naprawde moze im sie przydac, z czego beda zadowoleni, cos o czym marza (oczywiscie w granicach moich mozliwosci finansowych :P ). Nie lubie tego typu rzeczy zostawiac na ostatnia chwile, prezenty wole kupic duzo wczesniej, schowac je do mojej sekretnej skrytki, ktorej nikt nie wyczai :) i niech sobie grzecznie czekaja do Wigilii. Zazwyczaj o tej porze roku mam juz wszystko opracowane, dokladnie obmyslone, przeliczone (choc moje biedne konto w banku i tak przezywa wtedy prawdziwy nalot i nijak nie moze sie to tego psychicznie przygotowac :P ) i czekam tylko na to, zeby prezenty wreczyc (a naprawde uwielbiam to robic i czekac na reakcje obdarowanych). W tym roku tez mam juz wszystko z grubsza obmyslone, wiem co komu kupic, wiec pozostaje jeszcze tylko wybrac sie do kilku sklepow, ale... jest jeden problem... Kompletnie nie mam pomyslu na prezent dla mojego B. Naprawde... codziennie siedze i mysle, co moglabym mu kupic, z czego by sie ucieszyl. Co wieczor probuje jakos dyskretnie podpytac, albo po prostu pytam wprost (przewaznie padaja 3 odpowiedzi - 1. nic, 2. nowy samochod (o okreslonej marce) - nie stac mnie, 3. Ciebie, ale poniewaz mnie ma juz od dawna, wiec to tez odpada :) ). No i nic mi nie przychodzi do glowy. Na pewno odpada ksiazka (chyba ze z obrazkami, bo B. czytac nie cierpi), film na DVD (ostatnio korzysta tylko z oferty na VOD, wiec po co mu DVD), perfumy (bo to takie oklepane, ostatnio je ode mnie dostal i ma juz calkiem pokazna kolekcje na polce w lazience), ubrania tez nie (bo moim zdaniem ubran w prezencie sie nie daje), gra komputerowa rowniez odpada, bo B. ma swoja ulubiona gre, w ktora gra ze znajomymi online. W razie czego mam plan awaryjny, ale niezbyt on do mnie przemawia, wiec wolalabym jednak wymyslic cos innego.
I w zwiazku z tym bardzo prosze Was o pomoc  hehe   . Moze Wam przychodzi cos do glowy? Szukam czegos fajnego - milego dla oka lub przydatnego, porzadnego, czegos z czego facet moglby byc zadowolony i czego nie rzuci w kat przy pierwszej okazji. Mam taka cichutka nadzieje, ze natchniecie mnie i z Waszymi cennymi radami uda mi sie wymyslic prezent idealny :) Moze akurat mnie na cos nakierujecie... :)))) Bede wdzieczna za wszelkie podpowiedzi :))))

środa, 17 listopada 2010

1... :)

Weekend, weekend i po weekendzie... Niestety wszystko co dobre zdecydowanie zbyt szybko sie konczy. Wydaje mi sie, ze ma to szczegolne odniesienie do urlopow, swiat i wszelkich dlugich i krotkich weekendow. Dlaczego czas wolny od pracy tak szybko leci? Ale przynajmniej miniony weekend bardzo pozytywnie nas zaskoczyl piekna pogoda :)
Piekna mamy wiosne tej jesieni... :) Mozna bylo tak powiedziec jeszcze wczoraj. Caly weekend byl u nas piekny, w sobote i w niedziele biegalam tylko w cienkiej bluzie i nawet tak bylo mi momentami za goraco. W niedziele termometr pokazywal u mnie 21 stopni :) Hmm... kto by pomyslal, ze taka pogoda moze byc w polowie listopada. No, ale zeby nie bylo zbyt rozowo dzisiejszy dzien powital nas juz typowo listopadowa aura. Dzis rano oboje z B. baaaardzo leniwie powleklismy sie do pracy, marzac o chocby jeszcze jednej godzince snu. Zdecydowanie nie lubie jesieni. To jest dla mnie chyba najgorszy okres w roku, kiedy nie jest juz cieplo, ale jeszcze nie tak calkiem zimno, w nieba siapi deszcz, jest szaro, buro i ogolnie beznadziejnie... Jakby tego bylo malo wlaczyl sie moj PMS - wredna juz bylam w tamtym tygodniu i czepialam sie mojego biednego kochanego B. o wszystko co tylko przyszlo mi do glowy, najczesciej bez powodu. No po prostu juz sama siebie mialam dosc. Wredota przeminela bezpowrotnie, ale za to przyczepila sie do mnie glodomorrrra. Caly czas chodze glodna i najchetniej zjadlabym wszystko, co tylko znajduje sie w zasiegu mojego wzroku. Na szczescie mam jeszcze na tyle zdrowego rozsadku, zeby sie pohamowac i pomyslec jak bede wygladac wiosna, jesli bede pochalaniac wszystko co nawinie mi sie pod reke. To dziala na mnie zdecydowanie motywujaco :)
No, jak zwykle rozpisalam sie o jakichs pierdolach, a przeciez nie o tym mialo byc :) Z powodu nocnej wichury, ktora nawiedzila nasza okolice z piatku na sobote i w zasadzie troche tez w sobote w ciagu dnia (mimo pieknego slonca wialo tak, ze malo nie urwalo mi glowy, kiedy wracalam z zakupow) bylam calkowicie odcieta od internetu. B. byl na zajeciach (a ja sama niewiele umiem zdzialac w tej kwestii), wiec mialam okazje zajac sie bardziej pozytecznymi rzeczami, ktore juz od jakiegos czasu domagaly sie o moja uwage. Tak mnie to wszystko wciagnelo, ze calkowicie zapomnialam napisac, ze w sobote, 13.11.2010 moj blog obchodzil swoje pierwsze urodziny :) Wiem, ze w porownaniu do mnostw osob z blogowego swiata to praktycznie nic, ale dla mnie to juz jakis tam osiagniecie. Glownie dlatego, ze (dzieki Muffince i jej poscie o ciazowym zboczeniu :) ) w koncu sie przelamalam do zalozenia wlasnego bloga i ze mimo poczatkowego kryzysu i calkowitego braku weny tworczej wytrwalam tutaj juz ponad rok :) I nie mam najmniejszego zamiaru opuszczac tego swiata. Poznalam dzieki niemu cudownych ludzi, ktorych na pewno nie poznalabym w inny sposob (tak tak, o Was mowie kochani moi), nauczylam sie opowiadac i cieszyc ze zwyklych codziennych spraw i zrozumialam bardzo wazna rzecz - mianowicie "w kupie sila" :) Czasami, gdy bylo mi zle, gdy pisalam o rzeczach przygnebiajacych czy nie powalajacych na kolana wszechobecnym optymizmem, nawet zwykly pozornie malo znaczacy komentarz od kogokolwiek z Was potrafil podniesc mnie na duchu i uwierzyc, ze jest wiele osob, ktore trzymaja za mnie kciuki, ktore sa ciekawe co u mnie slychac i ktore tu zagladaja. Poczatkowo bylo Was tylko kilkoro, ale ta gromadka rozrosla sie juz calkiem pokaznie. Bardzo lubie podrozowac po Waszych swiatach, staram sie zagladac do Was codziennie, czesto nawet gdy nie jestem przy komputerze zastanawiam sie co u Was slychac, jak dana sprawa ulozyla sie tej czy innej osobie i zawsze niecierpliwie wyczekuje Waszych postow, chcac z kazdym slowem "poznawac" Was lepiej na tyle, na ile jest to mozliwe poprzez blog. Nie pisze tu na pokaz, mam nadzieje, ze zaden z moich postow nigdy nie zostanie polecony przez Onet, bo nie o to mi w tym wszystkim chodzi. Pisze tutaj przede wszystkim dla siebie - bo to jest miejsce, w ktorym moge sie otworzyc i ubrac w slowa to, co od jakiegos czasu tlucze sie po mojej glowie. To moj skretny swiat, ktory chce zachowac tylko dla siebie. Pisze takze dla Was - pragnac pokazac Wam choc maly skrawek mojego zycia. Mam nadzieje, ze bedziecie ze mna tak dlugo, jak dlugo bedzie istniec moj blog i poki bede miala na to czas, a i ja bede zagladac do Was kiedy tylko bede mogla :)
Tak wiec wszystkiego najlepszego z okazji pierwszych urodzinek moj kochany blogu :) Zycze ci kolejnych dlugich lat w sieci :)

piątek, 5 listopada 2010

"Badania"

Poniewaz w przyszlym tygodniu mina 3 lata mojej pracy w Firmie, wczoraj zostalam wyslana na badania okresowe do jednej z kilku przychodni w naszym Miescie. Lekarz, do ktorego musialam sie zglosic, to znany w okolicy przekreciarz, kobieciarz (lat 40+), lapowkarz i moim zdaniem kiepski specjalista w swojej dziedzinie. Nigdy nie poszlabym do niego na wizyte z wlasnej woli, no ale skoro Firma ma z nim podpisana umowe na badania okresowe, to nie ma bata. Sila wyzsza. No nic... poszlam. Badania okresowe mialy trwac od 17 do 17:30. Zjawilam sie troche wczesniej z glupia nadzieja, ze moze wtedy szybciej sie zalapie na swoja kolej, ale oczywiscie nic bardziej mylnego :) Poczekalnia byla juz pelna ludzi - glownie facetow. Dalam pani w rejestracji swoje skierowanie, usiadlam i grzecznie czekam. Po okolo pol godzinie pani wola mnie zza swojego biurka i wrecza mi wypelniona karte badan, oczywiscie z zakreslona opcja "z braku przeciwwskazan zdrowotnych, zdolna do pracy na dotychczasowym stanowisku". Ok, fajnie, bardzo mi to na reke, ze jestem zdolna do wykonywania swojej pracy, ale skad ta pani z rejestracji to wie? :) Ot i zagadka. Wrocilam na swoja laweczke i czekam dalej. O 17:40 (czyli juz dawno po czasie) pan doktor raczyl laskawie zaczac wpuszczac ludzi na badania okresowe w swoje jakze skromne progi. Poniewaz bylam 8 w kolejce mysle sobie "no, to moze za jakas godzine wejde". I tu czekala mnie niespodzianka. Wszystkich zdziwilo tempo, w jakim to sie odbylo. Zdziwilo nas do tego stopnia, ze zaczelismy mierzyc czas kazdej wizyty :) Przyjecia pacjentow ruszyly z kopyta i piorunem nadeszla moja kolej :) Dlaczego? Hmm... moze powiem na wlasnym przykladzie :)
ja - Dzien dobry, ja na badania okresowe.
XY - Dzien dobry, prosze bardzo... poprosze karte. Czy ma Pani jakies dolegliwosci?
ja - Nie
XY - Prosze przeczytac ta linijka (i tu pokazuja mi mikrospopijna karteczka z cyferkami)
ja - 1 2 3 4 5
XY - A tu?
ja - 57.
XY - Dziekuje. Czy jest Pani zdrowa?
ja - ???? (hmm... czy ja dobrze slysze?) Yyy... chyba tak.
XY - Dobrze. Prosze sie rozebrac do badania.
"Uff..." mysle sobie "A jednak nie skonczy sie tylko na zadawaniu durnych pytan"
I znow pan doktor postanowil mnie zaskoczyc. Wyjal stetoskop, przylozyl mi go 2 ray z przodu i raz z tylu na 2 sekundy. Pozniej go odlozyl, popukal w bok, klepnal w brzuch.
XY - Mozna sie ubrac,
Po czym szybciutko usiadl do biurka i zaczal klepac pieczatki. A kiedy bylam juz gotowa wreczyl mi moje wypisane juz wczesniej zaswiadczenie i dodal "Dziekuje, to wszystko. Nastepny!"
Calosc - lacznie z wejsciem go gabinetu, zajeciem miejsca na krzeselku, odpowiedziami na jakze blyskotliwe pytania, rozebraniem sie, badaniem (??), ubraniem, podbiciem zaswiadczenia (jaka to oszczednosc czasu jesli pani z rejestracji wypisze wszystko wczesniej) i wyjsciem z gabinetu - zajela mi rowne 3 minuty!!! Ludzie w poczekalni liczyli czas i pobilam rekord poczekalni ;)
Ja rozumiem, ze te cale badania to jest taka sztuka dla sztuki, ale skoro placa mu okolo 50-80zl od osoby (!), tak naprawde z naszych pieniedzy, wiec moglby sie choc troche wysilic i przynajmniej stwarzac pozory, ze probuje kogos naprawde przebadac. Zarowno moja mama, jak i moja tesciowa, na badania okresowe chodza do innej przychodni, do ktorej ja sama jestem zapisana i ZAWSZE maja robione wszystkie wyniki krwi, moczu, mierzone cisnienie itp, itd... A ten wielki "specjalista" MNIE pyta czy jestem zdrowa. No on chyba rozum w domu zostawil, naprawde. O ile w ogole go ma. Zaluje, ze nie odpowiedzialam mu "Pan to powinien wiedziec", ale chyba bylam w zbyt wielkim szoku. Podejrzewam, ze gdybym weszla do jego gabinetu z 4 rekami, 2 glowami i okiem na czole to nawet by tego nie zauwazyl. Ale u niego to sie raczej nie zmieni, bo ow pan doktor "specjalista" jest wlascicielem calej przychodni, wiec sam sobie uwagi nie zwroci... :)
Ach ja naiwna....
P.S. Mam strasznego pietra przed jutrzejszym pierwszym zjazdem na mojej podyplomowce. Mam nadzieje, ze nie porywam sie z motyka na slonce...

środa, 27 października 2010

Z jak zazdrosc

Zastanawiam sie, skad w niektórych ludziach jest tyle zawisci? Zwlaszcza w tych, po których kiedys nigdy bysmy sie tego nie spodziewali? Dlaczego ktos potrafi wypomniec przyjacielowi, ze skonczyl studia, a sam nie zrobil nic w tym kierunku "bo mu sie nie chce uczyc" (cytat prawdziwy co do slowa!). Dlaczego ktos potrafi wypomniec komus to, ze ten pracuje, ze moze kupic sobie nowe ciuchy, samochód, jechac na wakacje itp, a sam do zadnej pracy sie nie garnie? Bo co? "Bo nie ma w okolicy zadnych ofert, które odpowiadalyby jego wymaganiom zarówno pod wzgledem finansowym, jak i pod wzgledem jego kwalifikacji" (tez cytat w pelni autentyczny). Zaznaczam, ze ten ktos w swoim zyciu od zdania matury (6 lat temu) przepracowal 5 dni, wiec doswiadczenie ma praktycznie zerowe, jezyków sie nie uczy ("bo nie lubi", umie tyle, co nauczyli tego ludzia na sile w szkole, czyli prawie nic). Kwalifikacje? Poza matura nic a nic. Ale za to ten ktos ma wybitny talent do obrabiania komus tylka, zazdroszczenia i wypominania wszystkim wszystkiego, co udalo im sie osiagnac lub kupic za ciezko zarobione pieniadze, nie patrzac na to, ze zadnej z tych osób obgadywanych nic z nieba nie nakapalo i wszystko co maja, zdobyly tylko i wylacznie dzieki wlasnej ciezkiej pracy. A zazdrosnikom zólc sie ulewa, ze komus moglo sie cos w zyciu udac. Jednak ludzka zawisc to juz calkiem powszechne zjawisko, obecne wszedzie gdzie tylko sie spojrzy. A najbardziej boli ze strony osób, które kiedys byly nam bliskie.