Dziś bardzo krótko. Melduję się tylko po wizycie u Doktorka.
Najważniejsza wiadomość jest taka, że wszystko jest w porządku. Krwiak zniknął i wszystko w środku jest tak jak być powinno. Infekcja też wyleczona, dzidziuś pięknie rośnie i oby kłopoty na tym się skończyły. Mam nadzieje, że już do końca będzie ok. Oficjalne zakończyłam tez areszt domowy. Hurra!! Miałam nadzieję, że w ramach świątecznego prezentu Pędrak ujawni kim jest, ale tak się ułożył, że nijak nie dało się podejrzec co tam chowa między nóżkami, a młode współpracować nie miało zamiaru. Także nadal tajemnica 😉 choć w sumie z tym to nigdy nie wiadomo- koleżanka wczoraj urodziła, do samego końca miał być syn, a z brzucha wyszła córka 😉
piątek, 22 grudnia 2017
piątek, 15 grudnia 2017
Że za chwilę święta??
Zauważyłam ostatnio pierwsze podobieństwo tej ciąży do ciąży z Juniorem. Sny... gdybyście tylko wiedziały jakie ja mam sny... w sumie wiedziałam, że tak jest, bo poprzednio też było ciekawie, ale powiem wam, nie nie AZ tak 😉 teraz szczegóły nie nadają się do opowiadania w miejscu publicznym, serio 😜 może to przez przymusowy "post" i emocje muszą jakoś znaleźć ujście, no to znalazły sobie taki sposób. I w sumie chyba nie będę narzekać z tego powodu. No i nie pamiętam czy ostatnio też tak było, ale wyrażam się jak baba w ciąży 😜 ostatnio poryczalam się na reklamie allegro 😁 także ten... hormony, niedotlenienie mózgu spowodowane przymusowym aresztem domowym czy co tam jeszcze innego - w każdym razie jest jak jest. A i jeszcze powiem Wam, że to 16 tc, a ja coraz częściej i coraz wyraźniej czuje bąbelki od Pędraka. Łaskocze mnie coraz wyraźniej i bardzo mnie to cieszy, daje nadzieje, że wszystko jest ok. Junior uaktywnil się w 17 tc. Choć może to było wcześniej, ale wtedy nie wiedziałam czego się spodziewać.
Robiłam ostatnio badania i wyniki wyszły mi bardzo dobre, więc może mój areszt niedługo się skończy. Wszystko zależy od tego nieszczesnego krwiaka. Przez to nadupiesiedzenie tak mi trochę głupio, bo święta za pasem a u nas nijak tego nie widać. Jutro muszę zagonic Mężowatego do sprzątania. Niech on się w tym roku wykaże trudno siła wyższa. Jeszcze prezenty trzeba jakoś ogarnąć. Na szczęście wiemy już mniej więcej co komu i uda nam się załatwić temat w jednej niewielkiej galerii niedaleko od nas. Plan jest taki, że załatwimy temat w środę po Doktorku. Tylko Juniora trzeba będzie sprzedać dziadkom na jedno popołudnie. Jeszcze śniegu mogłoby trochę spaść, bo piszesz ta zieleń za oknem w ogóle nie czuć, że za tydzień z małym haczykiem będą święta.
Junior w przyszlym tygodniu ma wigilię w przedszkolu. W sumie to jego pierwsza taka wigilia z kolegami. Rok temu się nie załapał, bo akurat miał ospę i od 7 grudnia do przedszkola nie chodził. Ciekawe jak mu się będzie podobało.
Rozmawiałam dzis z szefem. Powiedział, że im mnie brakuje, ale żebym się nie martwila, bo jakoś dają radę. Maja dwie kandydatki na moje miejsce na zastępstwo, ale zapytał czy mogłabym pogadać z nimi chwilę piszesz telefon i powiedzieć co o nich sądzę, bo w sumie to mogę sobie wybrać, bo to mnie będą zastępować. I dodał jeszcze, żebym wypoczywala ile trzeba, a moje miejsce będzie na mnie czekać. Nie powiem, miło mi się zrobiło i tylko utwierdziło mnie to w przekonaniu z że dobrze trafiłam. Umówiliśmy się, że jeśli wszystko będzie u mnie ok to przeszkole ta nowa osobę, żeby wiedziała co i jak. I wyjdę trochę do ludzi, bo po 2,5 tyg w czterech ścianach kota już dostaję i nawet wypad na pobranie krwi jest dla mnie wydarzeniem tygodnia 😜
Miłego weekendu i udanych porządków świątecznych 🙂
Robiłam ostatnio badania i wyniki wyszły mi bardzo dobre, więc może mój areszt niedługo się skończy. Wszystko zależy od tego nieszczesnego krwiaka. Przez to nadupiesiedzenie tak mi trochę głupio, bo święta za pasem a u nas nijak tego nie widać. Jutro muszę zagonic Mężowatego do sprzątania. Niech on się w tym roku wykaże trudno siła wyższa. Jeszcze prezenty trzeba jakoś ogarnąć. Na szczęście wiemy już mniej więcej co komu i uda nam się załatwić temat w jednej niewielkiej galerii niedaleko od nas. Plan jest taki, że załatwimy temat w środę po Doktorku. Tylko Juniora trzeba będzie sprzedać dziadkom na jedno popołudnie. Jeszcze śniegu mogłoby trochę spaść, bo piszesz ta zieleń za oknem w ogóle nie czuć, że za tydzień z małym haczykiem będą święta.
Junior w przyszlym tygodniu ma wigilię w przedszkolu. W sumie to jego pierwsza taka wigilia z kolegami. Rok temu się nie załapał, bo akurat miał ospę i od 7 grudnia do przedszkola nie chodził. Ciekawe jak mu się będzie podobało.
Rozmawiałam dzis z szefem. Powiedział, że im mnie brakuje, ale żebym się nie martwila, bo jakoś dają radę. Maja dwie kandydatki na moje miejsce na zastępstwo, ale zapytał czy mogłabym pogadać z nimi chwilę piszesz telefon i powiedzieć co o nich sądzę, bo w sumie to mogę sobie wybrać, bo to mnie będą zastępować. I dodał jeszcze, żebym wypoczywala ile trzeba, a moje miejsce będzie na mnie czekać. Nie powiem, miło mi się zrobiło i tylko utwierdziło mnie to w przekonaniu z że dobrze trafiłam. Umówiliśmy się, że jeśli wszystko będzie u mnie ok to przeszkole ta nowa osobę, żeby wiedziała co i jak. I wyjdę trochę do ludzi, bo po 2,5 tyg w czterech ścianach kota już dostaję i nawet wypad na pobranie krwi jest dla mnie wydarzeniem tygodnia 😜
Miłego weekendu i udanych porządków świątecznych 🙂
poniedziałek, 11 grudnia 2017
Jest dobrze
Od wizyty w szpitalu minęły już prawie dwa tygodnie. Jest dobrze. Przynajmniej tam myślę. Od tamtej pory nic się nie działo. Trzy razy dziennie biorę leki i mam nadzieję, że pomagaja i że wszystko wróci do normy, a my do normalnego rytmu. Staram się leżeć ile się da, od czasu do czasu wstaje na trochę bo boli mnie już każda pojedyncza kosteczka, ale zawzielam się i choćbym miała leżeć do końca to damy radę. Za 9 dni wizyta u Doktorka i dowiemy się jak się sprawy mają.
Powiem Wam, że przez tą cala sytuację zrozumiałam dokładnie co to znaczy, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Rodzice i babcia wiadomo dzwonią codziennie zapytać co tam. Teściowa tradycyjnie na wszystko w doopie, nawet mnie to nie zaskoczyło, choć zastanawiam się jak można być taka zimna osoba. Ale cóż jej wybór. Mam za to taka przyjaciółkę, którą znam od dziecka. Różnie między nami bywało. Najpierw byłyśmy nierozlaczne, później miałyśmy bardzo poważny kryzys i nasza przyjaźń zawisła na włosku. Wydawało się, że wszytko runie z hukiem, ale jakoś przetrwalysmy i powoli odbudowalysmy wszystko kamyk po kamyku. Co prawda teraz nie spotkamy się tak często jak kiedyś. Wiadomo dzieci, praca, dom, ale cały czas jesteśmy w kontakcie. I to właśnie ona codziennie dzwoni i pyta czy wszytko ok, dotrzymuje mi towarzystwa wirtualnie, a trzy razy wpadla w ciągu dnia z babeczkami i z pomaranczami ot tak na chwilę. I powiem wam, że to dla mnie prawdziwa przyjaźń. Nie taka lukrowana, tylko taka, na którą można liczyć własne w takich chwilach.
Oprócz tego przygotowana do świąt zaczynają nabierać intensywnosci. Zamówiłam dziś prezent pod choinkę da Męża, dla Juniora szukam jakiejś fajnej gry i jakiegoś drobiazgu. Nie mam jeszcze konkretnego pomysłu, ale w tym tygodniu trzeba ogarnąć temat prezentów dla wszystkich. W sobotę chłopaki wybierają się po choinkę i wtedy już naprawdę poczujemy święta. Żeby tak jeszcze choć trochę śniegu spadło... szkoda, że na to nie mamy wpływu.
A ja w międzyczasie czytam. Czytam, czytam i czytam. Kończę właśnie trzecią książkę, jak już ja przeczytam napisze post o tym swoich wrażeniach z ostatnich książek. Może pod choinkę dotrze jakaś świeża dostawa pachnących nowością czytadel? Mikołaju, poproszę 😉
Powiem Wam, że przez tą cala sytuację zrozumiałam dokładnie co to znaczy, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Rodzice i babcia wiadomo dzwonią codziennie zapytać co tam. Teściowa tradycyjnie na wszystko w doopie, nawet mnie to nie zaskoczyło, choć zastanawiam się jak można być taka zimna osoba. Ale cóż jej wybór. Mam za to taka przyjaciółkę, którą znam od dziecka. Różnie między nami bywało. Najpierw byłyśmy nierozlaczne, później miałyśmy bardzo poważny kryzys i nasza przyjaźń zawisła na włosku. Wydawało się, że wszytko runie z hukiem, ale jakoś przetrwalysmy i powoli odbudowalysmy wszystko kamyk po kamyku. Co prawda teraz nie spotkamy się tak często jak kiedyś. Wiadomo dzieci, praca, dom, ale cały czas jesteśmy w kontakcie. I to właśnie ona codziennie dzwoni i pyta czy wszytko ok, dotrzymuje mi towarzystwa wirtualnie, a trzy razy wpadla w ciągu dnia z babeczkami i z pomaranczami ot tak na chwilę. I powiem wam, że to dla mnie prawdziwa przyjaźń. Nie taka lukrowana, tylko taka, na którą można liczyć własne w takich chwilach.
Oprócz tego przygotowana do świąt zaczynają nabierać intensywnosci. Zamówiłam dziś prezent pod choinkę da Męża, dla Juniora szukam jakiejś fajnej gry i jakiegoś drobiazgu. Nie mam jeszcze konkretnego pomysłu, ale w tym tygodniu trzeba ogarnąć temat prezentów dla wszystkich. W sobotę chłopaki wybierają się po choinkę i wtedy już naprawdę poczujemy święta. Żeby tak jeszcze choć trochę śniegu spadło... szkoda, że na to nie mamy wpływu.
A ja w międzyczasie czytam. Czytam, czytam i czytam. Kończę właśnie trzecią książkę, jak już ja przeczytam napisze post o tym swoich wrażeniach z ostatnich książek. Może pod choinkę dotrze jakaś świeża dostawa pachnących nowością czytadel? Mikołaju, poproszę 😉
poniedziałek, 4 grudnia 2017
Niespodziewanie...
Posta na telefonie pisałam tylko raz z porodowki, ale tamten był krótki, więc szybko poszło. Teraz będzie nieco dłużej, ale damy radę.
Czy ja ostatnio coś wspominałam, że u nas ciągle coś się musi dziać i że oddam królestwo za spokój? Otóż podtrzymuję to w całej rozciągłości. Co się zmieniło od ostatniego wpisu? Hmm sporo. Junior już zdrowy śladu nie ma po bostonce i poszedł dziś wreszcie do przedszkola, a już kota w domu dostawał, a my razem z nim. A jak poszedł do przedszkola, to i ja mam trochę spokoju. Jak to? A tak to, że całkiem niespodziewanie wylądowałam na przymusowym L4. We wtorek wieczorem gnaliśmy prawie na sygnale do szpitala z krwawieniem. Wszystko przez cały czas było ok, Junior u dziadków, my obejrzeliśmy ostatni odcinek Diagnozy, po nim poszłam do łazienki siku, umyć się i miałam iść spać. I dobrze, że zachciało mi się siku, bo nawet nie wiedziałabym, że krwawie, bo kompletnie nic nie czułam, ani nic mnie nie bolało. A krwi było sporo. W 3 minuty byliśmy w aucie, po kolejnych 7 pod szpitalem. Mężu po drodze złamał wszystkie przepisy, ale byliśmy szybko na miejscu. Na szczęście mój lekarz miał akurat dyżur. Szybko wziął mnie na usg i uspokoił, że z maluchem wszystko ok, żebym się nie denerwowala. Zrobił mi się krwiak, stad to krwawienie. Dostałam leki, zwolnienie do świąt i zalecenie - leżeć plackiem, wstawać tylko do toalety. No to leżę. Na szczęście od tamtej pory nic się nie dzieje i każdy spokojny dzień jest dla nas teraz na wagę złota. Doktorek mówił, że krwawienie mogę jeszcze wrócić, ale generalnie jest dobrej myśli. I tego się trzymam. Musi być dobrze. Będziemy leżeć ile będzie trzeba. Mężu przejął wszystkie moje zajęcia, Junior na szczęście jest wyrozumialy, więc jakiś damy radę. Rano teleportuje się do salonu, gdzie uwilam sobie już całkiem niezłą bazę, a wieczorem wracam na górę do sypialni. I mam taka schize, że co chwilę chce biegać do łazienki i sprawdzać czy wszystko ok. Także tego... czy już mówiłam, że oddam królestwo za spokój? Mówiłam? No to powtarzam. Trzymajcie za nas kciuki.
Czy ja ostatnio coś wspominałam, że u nas ciągle coś się musi dziać i że oddam królestwo za spokój? Otóż podtrzymuję to w całej rozciągłości. Co się zmieniło od ostatniego wpisu? Hmm sporo. Junior już zdrowy śladu nie ma po bostonce i poszedł dziś wreszcie do przedszkola, a już kota w domu dostawał, a my razem z nim. A jak poszedł do przedszkola, to i ja mam trochę spokoju. Jak to? A tak to, że całkiem niespodziewanie wylądowałam na przymusowym L4. We wtorek wieczorem gnaliśmy prawie na sygnale do szpitala z krwawieniem. Wszystko przez cały czas było ok, Junior u dziadków, my obejrzeliśmy ostatni odcinek Diagnozy, po nim poszłam do łazienki siku, umyć się i miałam iść spać. I dobrze, że zachciało mi się siku, bo nawet nie wiedziałabym, że krwawie, bo kompletnie nic nie czułam, ani nic mnie nie bolało. A krwi było sporo. W 3 minuty byliśmy w aucie, po kolejnych 7 pod szpitalem. Mężu po drodze złamał wszystkie przepisy, ale byliśmy szybko na miejscu. Na szczęście mój lekarz miał akurat dyżur. Szybko wziął mnie na usg i uspokoił, że z maluchem wszystko ok, żebym się nie denerwowala. Zrobił mi się krwiak, stad to krwawienie. Dostałam leki, zwolnienie do świąt i zalecenie - leżeć plackiem, wstawać tylko do toalety. No to leżę. Na szczęście od tamtej pory nic się nie dzieje i każdy spokojny dzień jest dla nas teraz na wagę złota. Doktorek mówił, że krwawienie mogę jeszcze wrócić, ale generalnie jest dobrej myśli. I tego się trzymam. Musi być dobrze. Będziemy leżeć ile będzie trzeba. Mężu przejął wszystkie moje zajęcia, Junior na szczęście jest wyrozumialy, więc jakiś damy radę. Rano teleportuje się do salonu, gdzie uwilam sobie już całkiem niezłą bazę, a wieczorem wracam na górę do sypialni. I mam taka schize, że co chwilę chce biegać do łazienki i sprawdzać czy wszystko ok. Także tego... czy już mówiłam, że oddam królestwo za spokój? Mówiłam? No to powtarzam. Trzymajcie za nas kciuki.
wtorek, 28 listopada 2017
Trzecie wieści od Pędraczka i nieproszony "gość" z Hameryki...
Powiem tak... u nas chyba zawsze musi się coś dziać, inaczej byłoby nudno. Ale ja naprawdę za taką nudę wiele bym oddała. Piątek rano w pracy - koleżanka przysyła smsa, że nie przyjdzie, bo jej syn jest chory - jelitówka. Czekała mnie kupa roboty swojej, jeszcze więcej jej, a po drodze szkolenie, na którym MUSIMY być. A w perspektywie wizyta u doktorka prawie zaraz po pracy. Cudownie. Przez większość dnia biegałam na maksymalnych obrotach, żeby ze wszystkim zdążyć, ale koło 14 wyczerpały mi się bateryjki i stwierdziłam, że pierdzielę - nie robię. Ile zdążę, tyle zdążę. Reszta poczeka.
14:30 - telefon od babci, że Junior mówi, że głowa Go boli. Gorączki nie ma, ale jakiś taki nieswój jest.
14:45 - telefon od babci, że Junior śpi. No super, wiem jak wygląda jego wybudzanie z głębokiego snu, więc już mi słabo na samą myśl. A nie ma czasu na sentymenty, bo przecież lekarz.
16:15 Przyjeżdżam do babci - dalej śpi. Na szczęście dobudził się w miarę szybko i bez problemu, więc odetchnęłam z ulgą. Mówił, że już się dobrze czuje, więc tym bardziej odetchnęłam. Zapakowaliśmy się do auta i jazda do domu. W domu znowu biegiem, żeby się ogarnąć przed lekarzem, z Mężem minęliśmy się w drzwiach i pognałam do Doktorka. Na miejscu 1 godzina opóźnienia. Spoko, będzie czas odpocząć. U Doktorka na szczęście bezproblemowo. Pędraczek ma 6,3 cm długości i jest bardzo ruchliwy. Doktorek musiał się nieźle nakombinować, żeby go zbadać i zmierzyć. Już już miał w miarę dobry i wyraźne ujęcie z dobrze ułożonym Pędrakiem, a ten nagle myk spod głowicy- i już Go nie ma :) i tak kilkanaście razy. Na szczęście wszystko jest ok, rozwija się prawidłowo i oby tak dalej. Oficjalnie wkroczyliśmy już w II trymestr, więc i ja powinnam się już o niebo lepiej czuć przynajmniej przez kilka miesięcy. Teraz dopada mnie tylko senność o każdej porze dnia i nocy i coraz trudniej jest mi z nią walczyć. Zwłaszcza w pracy, gdzie nie dość, że nie można się zdrzemnąć, to jeszcze trzeba pracować :P Kto to wymyślił? :P No, ale wracając do tematu... Doktorek pomierzył Pędraka, zbadał mnie, przeanalizował wyniki i przepisał antybiotyk na te nieszczęsne bakterie. Reszta wyników książkowa :) W domu byłam przed 19. Junior brykał jak zwykle, więc już całkiem się uspokoiłam, ciśnienie ze mnie zeszło, wreszcie coś zjadłam i spokojnie usiadłam.
20:40 - Junior śpi
20:45 - "Mamaaa..."
21:05 - Junior śpi
21:08 - "Mamaaaa... nie mogę zasnąć".
W końcu poszłam się umyć i położyłam się spać razem z Nim i wreszcie spokojnie spał aż do rana.
Sobota, 07:00 - "Mama, wstajeeemyyyy..." Junior siedział nade mną wesolutki jak skowronek i strasznie mi ulżyło, że wszystko z nim ok, a już się bałam, że coś go rozkłada. Ale zaraz, co |On ma na rączce? jakieś krostki, chyba uczulenie.
07:20 - takie same krostki wokół ust. NOSZ &*()_$*%(%*^)$*#(%(#)%(#%*# !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Jak w mordę strzelił bostonka... Słyszałam o tym parchu jeszcze jak Junior był malutki, córka koleżanki to wtedy miała. Poczytaliśmy na internetach - nic się nie podaje oprócz syropu na zbicie gorączki w razie potrzeby i coś przeciwwirusowego. Spoko, wszystko mamy. ALE UWAGA - choroba jest bardzo zaraźliwa i szczególnie niebezpieczna dla kobiet w ciąży. No ja ... dobra, nie będę kląć. Szybki telefon do mojego Doktorka - zalecenie: trzymać się z daleka od Juniora. Telefon do Dziadków - przywozić jak najszybciej. A ja całą sobotę przepłakałam, bo jak to tak?? Mój Synuś jest chory, a ja go oddałam? Co ze mnie za matka? I tak cały dzień w ten deseń. Junior zachwycony, bo przymusowe "wakacje" u Dziadków są Mu jak najbardziej na rękę. Tym bardziej, ze dobrze się czuje, nie ma gorączki i szaleje jak zawsze. Wizyta u naszej pediatry tylko potwierdziła diagnozę i chwilowo żyjemy na dwa domy - Junior tam, a my u siebie. Jutro po południu wraca, a my tęsknimy jakbyśmy Go nie widzieli przynajmniej miesiąc.
Także tak nam minął weekend. Królestwo za spokój i zwykłą nudę...
Trzymajcie się i niczego nie łapcie!!!!
14:30 - telefon od babci, że Junior mówi, że głowa Go boli. Gorączki nie ma, ale jakiś taki nieswój jest.
14:45 - telefon od babci, że Junior śpi. No super, wiem jak wygląda jego wybudzanie z głębokiego snu, więc już mi słabo na samą myśl. A nie ma czasu na sentymenty, bo przecież lekarz.
16:15 Przyjeżdżam do babci - dalej śpi. Na szczęście dobudził się w miarę szybko i bez problemu, więc odetchnęłam z ulgą. Mówił, że już się dobrze czuje, więc tym bardziej odetchnęłam. Zapakowaliśmy się do auta i jazda do domu. W domu znowu biegiem, żeby się ogarnąć przed lekarzem, z Mężem minęliśmy się w drzwiach i pognałam do Doktorka. Na miejscu 1 godzina opóźnienia. Spoko, będzie czas odpocząć. U Doktorka na szczęście bezproblemowo. Pędraczek ma 6,3 cm długości i jest bardzo ruchliwy. Doktorek musiał się nieźle nakombinować, żeby go zbadać i zmierzyć. Już już miał w miarę dobry i wyraźne ujęcie z dobrze ułożonym Pędrakiem, a ten nagle myk spod głowicy- i już Go nie ma :) i tak kilkanaście razy. Na szczęście wszystko jest ok, rozwija się prawidłowo i oby tak dalej. Oficjalnie wkroczyliśmy już w II trymestr, więc i ja powinnam się już o niebo lepiej czuć przynajmniej przez kilka miesięcy. Teraz dopada mnie tylko senność o każdej porze dnia i nocy i coraz trudniej jest mi z nią walczyć. Zwłaszcza w pracy, gdzie nie dość, że nie można się zdrzemnąć, to jeszcze trzeba pracować :P Kto to wymyślił? :P No, ale wracając do tematu... Doktorek pomierzył Pędraka, zbadał mnie, przeanalizował wyniki i przepisał antybiotyk na te nieszczęsne bakterie. Reszta wyników książkowa :) W domu byłam przed 19. Junior brykał jak zwykle, więc już całkiem się uspokoiłam, ciśnienie ze mnie zeszło, wreszcie coś zjadłam i spokojnie usiadłam.
20:40 - Junior śpi
20:45 - "Mamaaa..."
21:05 - Junior śpi
21:08 - "Mamaaaa... nie mogę zasnąć".
W końcu poszłam się umyć i położyłam się spać razem z Nim i wreszcie spokojnie spał aż do rana.
Sobota, 07:00 - "Mama, wstajeeemyyyy..." Junior siedział nade mną wesolutki jak skowronek i strasznie mi ulżyło, że wszystko z nim ok, a już się bałam, że coś go rozkłada. Ale zaraz, co |On ma na rączce? jakieś krostki, chyba uczulenie.
07:20 - takie same krostki wokół ust. NOSZ &*()_$*%(%*^)$*#(%(#)%(#%*# !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Jak w mordę strzelił bostonka... Słyszałam o tym parchu jeszcze jak Junior był malutki, córka koleżanki to wtedy miała. Poczytaliśmy na internetach - nic się nie podaje oprócz syropu na zbicie gorączki w razie potrzeby i coś przeciwwirusowego. Spoko, wszystko mamy. ALE UWAGA - choroba jest bardzo zaraźliwa i szczególnie niebezpieczna dla kobiet w ciąży. No ja ... dobra, nie będę kląć. Szybki telefon do mojego Doktorka - zalecenie: trzymać się z daleka od Juniora. Telefon do Dziadków - przywozić jak najszybciej. A ja całą sobotę przepłakałam, bo jak to tak?? Mój Synuś jest chory, a ja go oddałam? Co ze mnie za matka? I tak cały dzień w ten deseń. Junior zachwycony, bo przymusowe "wakacje" u Dziadków są Mu jak najbardziej na rękę. Tym bardziej, ze dobrze się czuje, nie ma gorączki i szaleje jak zawsze. Wizyta u naszej pediatry tylko potwierdziła diagnozę i chwilowo żyjemy na dwa domy - Junior tam, a my u siebie. Jutro po południu wraca, a my tęsknimy jakbyśmy Go nie widzieli przynajmniej miesiąc.
Także tak nam minął weekend. Królestwo za spokój i zwykłą nudę...
Trzymajcie się i niczego nie łapcie!!!!
poniedziałek, 20 listopada 2017
Etap pierwszy (prawie) zakończony
Moje drogie, wyobraźcie sobie, że kończymy właśnie powolutku I trymestr. Jejuuu, słyszałam, że druga ciąża mija szybciej, ale nie myślałam, że aż tak. Jestem teraz na takim etapie, którego w ciąży najbardziej nie lubię. Ten mój brzuch nie jest już taki normalny, nie jestem w stanie go wciągnąć, ale nie jest też jeszcze taki typowo ciążowy. Wyglądam bardziej jak przejedzona klucha i jak ktoś nie wie jaki jest tego powód, to raczej się nie domyśli, prędzej stwierdzi "Ale się spasła". Serio, nie mogę się już doczekać TEGO PRAWDZIWEGO bebzola. W sobotę wygrzebałam kilka ubrań jeszcze z czasów Juniorowego pobytu w brzuchu. Problem jest taki, że większość tamtego czasu przypadło na lato, a teraz na zimę, więc wykorzystam na razie tylko jedne spodnie i maksymalnie ze 3 bluzki. Te spodnie miałam jeszcze odłożyć na jakiś bliżej nieokreślony czas, ale dziś w pracy stwierdziłam, że pierdzielę, niewygodnie mi już siedzieć w takich normalnych, bo guzik mi się wpija, a nie będę przecież pomykać po firmie w rozpiętych gaciach :P Póki co ratuję się gumką recepturką :P Jeśli maj będzie ciepły, to mam jeszcze trzy superowe sukienki, ale kto to wie jak to z tą pogodą będzie. Zobaczymy. Więc wszystko wskazuje na to, że trzeba ruszyć na allegrowe łowy (chyba, że ktoś ma namiary na jakiś fajny sklep internetowy). W weekend obskoczyłam kilka H&Mów, ale nic mi się nie podobało, a na koniec stwierdziłam, że 129 zł za bluzkę, którą ponoszę przez kilka miesięcy na pewno nie dam. Więc przerzucam się na zakupy online. Coś w sam raz dla mnie, czyli dla osoby która reaguje ciężką alergią i stanami depresyjnymi na myśl o zakupach ubraniowych. Już taka moja natura... ;)
Junior pognał dziś do przedszkola jak na skrzydłach. Ja nie wiem co oni tam robią, ale jest przeszczęśliwy jak idzie do przedszkola. Tydzień temu miałam dzień wolnego i mówię mu, że zostaniemy sobie razem w domu, a on spojrzał na mnie oburzony i mówi "Jak wolne?? Ja idę do przedszkola!!" Ale ponieważ był przeziębiony to jednak został. Dobrze, że tak tam pędzi. To znaczy że jest mu tam dobrze i lubi przedszkole. Zresztą nawet dziś rano opowiadał mi, że ma tylu kolegów i tak fajnie się bawią. Dobrze, oby tak dalej. Za to o szkole nie chce słyszeć. Za każdym razem na wzmiankę o szkole mówi, że on do szkoły chodzić nie będzie, tylko będzie pracował a dziadkiem. Hmm... chciałbyś Synu :P
Pogoda u nas prezentuje dziś wszystkie możliwe opcje.Rano był mróz, że aż zęby dzwoniły po wyjściu z domu. Póżniej niby sie ociepliło, ale zaczęło wiać i padać - na zmianę deszcz i śnieg. A teraz są popielate chmury i słońce świeci jak w szczycie lata. Super. A wczoraj wieczorem mieliśmy burzę i to tak całkiem znienacka. Oglądaliśmy sobie film z Mężowatym i nagle jak nie huknie błyskawica i grzmot w tym samym momencie, aż oboje podskoczyliśmy. Dobrze, że nie oglądaliśmy horroru :P
Powiem Wam, że niedługo zacznę dopiero 4 miesiąc ciąży, a już mam lenia. W sensie, że do roboty mi się nie chce chodzić. W sumie ostatnio nawet się nad tym zastanawiałam. Jak powiedziałam szefowi, że jestem w ciąży powiedziałam mu, że postaram się być najdłużej jak to możliwe biorąc pod uwagę mój stan zdrowia. I tak najpierw planowałam sobie, że będę pracować do końca marca (termin mam na pierwsze dni czerwca), ostatecznie jednak stwierdziłam, że pobędę tu do końca lutego, jeśli wszystko będzie ok. A dziś mam takiego niechcieja, że nie wiem jak ja tu wysiedzę jeszcze 3 miesiące :P Nie jestem typem, który biegnie na L4 od razu po zrobieniu testu (choć to też sprawa indywidualna, bo jeśli kobieta z przyczyn zdrowotnych na to L4 iść musi czy też pracuje w niekorzystnych warunkach, to bez dwóch zdań jest to jedyne logiczne rozwiązanie). W każdym razie wracając do tematu. Z Juniorem w pakiecie pracowałam do połowy 6 miesiąca, tak jak planuję teraz. A ile faktycznie wytrzymam to się okaże. Nie wiem, może to przez to, że miałam jednak prawie 5 lat mniej, albo przez jesienno-zimową pogodę za oknem, ale ciężko mi się zebrać do pracy. Najchętniej zakopałabym się w dresiku pod kocykiem z kubkiem gorącej herbatki. Ach... marzenia...
Junior pognał dziś do przedszkola jak na skrzydłach. Ja nie wiem co oni tam robią, ale jest przeszczęśliwy jak idzie do przedszkola. Tydzień temu miałam dzień wolnego i mówię mu, że zostaniemy sobie razem w domu, a on spojrzał na mnie oburzony i mówi "Jak wolne?? Ja idę do przedszkola!!" Ale ponieważ był przeziębiony to jednak został. Dobrze, że tak tam pędzi. To znaczy że jest mu tam dobrze i lubi przedszkole. Zresztą nawet dziś rano opowiadał mi, że ma tylu kolegów i tak fajnie się bawią. Dobrze, oby tak dalej. Za to o szkole nie chce słyszeć. Za każdym razem na wzmiankę o szkole mówi, że on do szkoły chodzić nie będzie, tylko będzie pracował a dziadkiem. Hmm... chciałbyś Synu :P
Pogoda u nas prezentuje dziś wszystkie możliwe opcje.Rano był mróz, że aż zęby dzwoniły po wyjściu z domu. Póżniej niby sie ociepliło, ale zaczęło wiać i padać - na zmianę deszcz i śnieg. A teraz są popielate chmury i słońce świeci jak w szczycie lata. Super. A wczoraj wieczorem mieliśmy burzę i to tak całkiem znienacka. Oglądaliśmy sobie film z Mężowatym i nagle jak nie huknie błyskawica i grzmot w tym samym momencie, aż oboje podskoczyliśmy. Dobrze, że nie oglądaliśmy horroru :P
Powiem Wam, że niedługo zacznę dopiero 4 miesiąc ciąży, a już mam lenia. W sensie, że do roboty mi się nie chce chodzić. W sumie ostatnio nawet się nad tym zastanawiałam. Jak powiedziałam szefowi, że jestem w ciąży powiedziałam mu, że postaram się być najdłużej jak to możliwe biorąc pod uwagę mój stan zdrowia. I tak najpierw planowałam sobie, że będę pracować do końca marca (termin mam na pierwsze dni czerwca), ostatecznie jednak stwierdziłam, że pobędę tu do końca lutego, jeśli wszystko będzie ok. A dziś mam takiego niechcieja, że nie wiem jak ja tu wysiedzę jeszcze 3 miesiące :P Nie jestem typem, który biegnie na L4 od razu po zrobieniu testu (choć to też sprawa indywidualna, bo jeśli kobieta z przyczyn zdrowotnych na to L4 iść musi czy też pracuje w niekorzystnych warunkach, to bez dwóch zdań jest to jedyne logiczne rozwiązanie). W każdym razie wracając do tematu. Z Juniorem w pakiecie pracowałam do połowy 6 miesiąca, tak jak planuję teraz. A ile faktycznie wytrzymam to się okaże. Nie wiem, może to przez to, że miałam jednak prawie 5 lat mniej, albo przez jesienno-zimową pogodę za oknem, ale ciężko mi się zebrać do pracy. Najchętniej zakopałabym się w dresiku pod kocykiem z kubkiem gorącej herbatki. Ach... marzenia...
poniedziałek, 13 listopada 2017
Wieści od Pędraczka - cz. 2
W środę byłam na wizycie u Doktorka. U Pędraka wszystko ok, ma już 3,5 cm długości, serduszko pięknie bije i generalnie wszystko jest w porządku. Z moim ciśnieniem wszystko wydaje się być ok, ale i tak sama dla siebie nadal je sprawdzam. Lepiej dmuchać na zimne.Gorzej z moimi wynikami. Morfologia w porządku, wszystko w normie, gorzej z wynikami moczu, bo nie wyszły za dobre. W każdym razie mam je powtórzyć i wtedy zobaczymy co dalej. Prawdopodobnie dostanę jakiś antybiotyk i tyle. W ciąży z Juniorem było tak samo. Cały czas coś było nie tak z tymi wynikami, a morfologia była książkowa. Tym razem Doktorek pobrał mi też cytologię, więc znowu będę się stresować wynikami. Ja tak zawsze mam. Nie lubię robić takich badań, bo później siedzę i myślę jakie wyjdą mi wyniki. Ale robię, żeby nie było. Także zobaczymy na następnej wizycie. Ja ogólnie czuję się całkiem dobrze, czasem tylko boli mnie głowa i muszę się położyć, a tak to jest ok. No i jeszcze mam jedną niefajną dolegliwość, nie jest to typowa zgaga, ale taki dziwny kwaśny posmak w ustach bez pieczenia w przełyku. Nie wiem jak to dokładniej określić. Póki co nie odkryłam jeszcze skutecznego sposobu na to. Woda pomaga tylko na chwilę, soki owocowe powodują tylko mega wzrost tej kwaśności i tyle. Jeśli któraś z Was miała coś takiego i zna sposób jak to dziadostwo przegonić, będę wdzięczna za rady :))
Junior strasznie się cieszy z Malucha. Zastanawialiśmy się jak będzie reagował, ale póki co jest naprawdę super. Oby tak mu zostało jak dzidziuś już się urodzi. Junior odłożył już dla Pędraczka całe pudło swoich zabawek z "młodych" lat i co chwilę opowiada co będą razem robić itd. Super :)
A tak w ogóle to zapomniałam Wam wspomnieć, że moja przyjaciółka jeszcze z czasów dzieciństwa też jest w ciąży, tylko rodzi dwa miesiące przede mną. Także będziemy mogły sobie chodzić razem na spacerki i pewnie nasze dzieci będą chodzić razem do szkoły. Jej córka jest o 7 miesięcy młodsza od Juniora, są już z dwóch różnych roczników, więc w przedszkolu są w dwóch różnych grupach. Znają się z takich naszych spotkań, ale te drugie maluchy mają szansę na wspólną szkołę. Super :) Fajnie by było, gdyby też się zaprzyjaźniły :)
A poza tematami dzieciowymi, przez ostatni tydzień całą trójką chodzimy zasmarkani. Przyplątało się do nas przeziębienie i nie chce puścić. My z Juniorem wychodzimy już na prostą. Juniorowi już prawie nic nie jest, ja jeszcze trochę kaszlę i mam resztki kataru, ale już jest git. W porównaniu do piątku, kiedy to zdychałam całkowicie i najchętniej cały dzień bym przespała (ale, że byłam sama z Juniorem, to nie było takiej opcji), dziś już czuję się całkiem dobrze. Do następnego razu kiedy Junior przywlecze coś z przedszkola.
A jeszcze coś mi się przypomniało odnośnie Pędraczka. Wreszcie odważyłam się powiedzieć w pracy. Co prawda dwie osoby wiedziały już wcześniej i to właśnie one cały czas mi truły, że muszę powiedzieć szefom. No i w końcu się odważyłam. Na początku byli w ciężkim szoku, później mi gratulowali, a teraz się śmieją, że to będzie nasze pierwsze "firmowe" dziecko". Tak więc przecieram szlak jak jakiś pionier ;) Umówiliśmy się, że popracuję do wiosny, a w międzyczasie znajdziemy kogoś na zastępstwo, żebym miała czas tą osobę dobrze przeszkolić. No chyba, że sytuacja zmusi mnie do pójścia na zwolnienie wcześniej. Do marca chciałabym dociągnąć, ale zobaczymy jak będzie.
Miłego tygodnia! :)
Junior strasznie się cieszy z Malucha. Zastanawialiśmy się jak będzie reagował, ale póki co jest naprawdę super. Oby tak mu zostało jak dzidziuś już się urodzi. Junior odłożył już dla Pędraczka całe pudło swoich zabawek z "młodych" lat i co chwilę opowiada co będą razem robić itd. Super :)
A tak w ogóle to zapomniałam Wam wspomnieć, że moja przyjaciółka jeszcze z czasów dzieciństwa też jest w ciąży, tylko rodzi dwa miesiące przede mną. Także będziemy mogły sobie chodzić razem na spacerki i pewnie nasze dzieci będą chodzić razem do szkoły. Jej córka jest o 7 miesięcy młodsza od Juniora, są już z dwóch różnych roczników, więc w przedszkolu są w dwóch różnych grupach. Znają się z takich naszych spotkań, ale te drugie maluchy mają szansę na wspólną szkołę. Super :) Fajnie by było, gdyby też się zaprzyjaźniły :)
A poza tematami dzieciowymi, przez ostatni tydzień całą trójką chodzimy zasmarkani. Przyplątało się do nas przeziębienie i nie chce puścić. My z Juniorem wychodzimy już na prostą. Juniorowi już prawie nic nie jest, ja jeszcze trochę kaszlę i mam resztki kataru, ale już jest git. W porównaniu do piątku, kiedy to zdychałam całkowicie i najchętniej cały dzień bym przespała (ale, że byłam sama z Juniorem, to nie było takiej opcji), dziś już czuję się całkiem dobrze. Do następnego razu kiedy Junior przywlecze coś z przedszkola.
A jeszcze coś mi się przypomniało odnośnie Pędraczka. Wreszcie odważyłam się powiedzieć w pracy. Co prawda dwie osoby wiedziały już wcześniej i to właśnie one cały czas mi truły, że muszę powiedzieć szefom. No i w końcu się odważyłam. Na początku byli w ciężkim szoku, później mi gratulowali, a teraz się śmieją, że to będzie nasze pierwsze "firmowe" dziecko". Tak więc przecieram szlak jak jakiś pionier ;) Umówiliśmy się, że popracuję do wiosny, a w międzyczasie znajdziemy kogoś na zastępstwo, żebym miała czas tą osobę dobrze przeszkolić. No chyba, że sytuacja zmusi mnie do pójścia na zwolnienie wcześniej. Do marca chciałabym dociągnąć, ale zobaczymy jak będzie.
Miłego tygodnia! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)