czwartek, 17 marca 2011

Ślubne dylematy - wielka inauguracja tematu! :)))

Coś ta wiosna się ociąga, nie uważacie? W weekend narobiła nam nadziei, że już będzie pięknie (w niedzielę byłam w szoku, bo termometr +18 stopni! ), a tu kaszana delikatnie mówiąc. Z dnia na dzień robiło się coraz brzydziej za oknem, a wczoraj po południu zaczęło całkiem konkretnie padać i pada do tej pory. Super po prostu. Ale mimo wszystko pocieszający jest fakt, że do wiosny jest już bliżej, niż dalej :)

A my wraz z wiosną ruszamy z przygotowaniami do naszego wesela :)))) W końcu!!! Już nie mogłam się tego doczekać :) Termin naszego ślubu (taki mniej więcej) ustaliliśmy już dawno temu, a teraz czas wziąć się do roboty. Na razie zaczynamy od wyboru sali. Na chwilę obecną mamy na oku 2 miejsca, między którymi będziemy wybierać. Najbardziej nam odpowiadają głównie ze względu na rozmiar sali, położenie, ceny (choć są trochę zróżnicowane) itd. Kilka dni temu byliśmy oglądać pierwszą, a w przyszłym tygodniu wybieramy się zobaczyć drugą. Ja w tej pierwszej zakochałam się po same uszy! Jest piękna, nowiutka, elegancka i barszo pomysłowo zbudowana. Jak do tej pory słyszeliśmy o niej same pozytywne opinie. No ale też odpowiednio się cenią. Zawsze marzyłam, żeby nasze wesele odbyło się właśnie tam, ale koszt wychodzi niemały. Choć z drugiej strony jak podliczyliśmy szacowane wydatki, to nawet przy tej wysokiej cenie mieścimy się w naszym budżecie, więc nie jest źle :) Druga sala, którą jedziemy oglądać, jest w zupełnie innym charakterze. Ściany z surowych starych cegieł z dodatkami drewnianych belek. Klimat jest tam naprawdę super, świetnie się to wszystko prezentuje, praktycznie w ogóle nie potrzeba dekoracji, bo taka sala sama w sobie jest dekoracją i szkoda byłoby psuć taki klimat jakimiś balonami czy innymi pierdółkami. No i kurcze mam dylemat. Z terminami nie ma żadnego problemu, mają jeszcze sporo wolnych weekendów w przyszłym roku. Trzeba będzie na coś się zdecydować. Policzymy co i jak, pogadamy z rodzicami co oni sądzą na ten temat i na coś trzeba będzie się zdecydować. Jak już zamówimy salę, jedziemy do księdza zarezerwować termin w kościele. Później fotograf i zespół. A reszta może spokojnie czekać na początek przyszłego roku.
Normalnie aż nie mogę uwierzyć, że w końcu nadszedł taki czas, że zaczynamy organizować NASZE wesele :) Dreszcze radości śmigają mi po całym ciele na samą myśl o tym :) I tym sposobem w naszym życiu zaczyna się wielkie ślubne zamieszanie :)

poniedziałek, 7 marca 2011

powróciłam... wypoczęta, zadowolona i z nowym zapasem sił :))))

Urlop, urlop... i po urlopie. Wydawać by się mogło, że dopiero się zaczynał, a już trzeba było wrócić do rzeczywistości. Wiadomo... wszystko co dobre zdecydowanie zbyt szybko się kończy. Tak było i tym razem. Wyjechaliśmy w poniedziałek, nie całkiem z samego rana, przecież trzeba było zdążyć się wyspać, spakować itd. A ponieważ w góry mamy naprawdę rzut beretem, więc wszystko to na spokojnie zrobiliśmy i w południe byliśmy na miejscu. Szybki rzut oka na okolicę, rozeznanie w terenie i heja na narty :) Góry przywitały nas temperaturą +7 stopni i pogoda za cholerę nie wskazywała na to, żeby gdziekolwiek w pobliżu można było jeździć na nartach i zastanawialiśmy się czy na pewno dobrze zrobiliśmy jadąc tak późno - nic bardziej mylnego. Wystarczyło wyjechać kilkaset metrów wyżej bardzo krętą drogą przez las, żeby naszym oczom ukazała się cudowna panorama kilkunastu pięknie ośnieżonych stoków, poprzecinanych krążącymi wyciągami. Szusowaliśmy po nich całe 5 dni i było naprawdę super. Smigaliśmy sobie po świeżutkim śniegu, na stoku temperatura wynosiła jakieś -2/-3 stopnie, więc warunki były wręcz idealne, a ze stoków mieliśmy widok na okolicę coraz bardziej witającą się z wiosną. Robiło to naprawdę świetne wrażenie. Całe dnie spędzaliśmy na nartach, a wieczorami chodziliśmy na długie spacery po okolicy, więc nasze mózgi musiały przeżyć niezły szok tlenowy po takiej dawce świeżego powietrza. Hmm... może dlatego trzymały się mnie różne durne sny... :P ale o tym innym razem. Przez cały tydzień byliśmy całkowicie odcięci od internetu, mieliśmy tylko TV (który nadawał m.in. telewizję Al Jazeera :P) i było to dla nas prawdziwym odpoczynkiem dla szarych komórek. Okazało się, że nasz dość późny termin wyjazdu jednak był strzałem w 10! Ferie we wszystkich województwach już się skończyły, więc na stokach było prawie pusto i mogliśmy jeździć sobie swobodnie do woli nie tracąc czasu na stanie w kolejce. Słońce świeciło przez cały tydzień bez przerwy, więc nasze pyszczki nabrały już żywych wiosennych kolorków. Ach... tego mi było trzeba!!! :) Wyjazd udał się wprost cudownie i nie moglibyśmy chyba wymarzyć sobie lepszego :) Było naprawdę super i już nie mogę się doczekać przyszłego roku. A teraz - WIOSNO...!!! PRZYBYWAJ.....!!!!! :))))))))))))

P.S. W pracy mój biurkowy kalendarzyk wzbogacił się o nową notatkę - "znowu w pracy" :) Fajnie jest pomyśleć, że ktos tu na mnie czekał. Normalnie coraz bardziej lubię swoją pracę :) Ale urlopy jeszcze bardziej ;)

wtorek, 22 lutego 2011

Przedurlopowo

Bardzo mnie cieszy, że podoba Wam się moje nowe miejsce w sieci. Pewnie jeszcze trochę potrwa zanim wszyscy przyzwyczaimy się do nowego, ale cóż :) Będzie ok :)
Ostatnio mam takiego lenia, że szok. Na sobotę muszę zrobić kilka tłumaczeń na zaliczenie. Miałam na to kupę czasu, ale oczywiście nie chciało mi się za to wczesniej zabrać i teraz mam za swoje. Wszystko robię na ostatnią chwilę. Na szczęście zostały mi jeszcze tylko 3 teksty i koniec. Przynajmniej na razie, bo tłumaczenia z kolejnych przedmiotów już czekają za rogiem. Pewnie będę miała twarde postanowienie, żeby zabrać się za nie wcześniej i pewnie jak zwykle nic z tego nie wyjdzie i znów będę pisać w ostatnim tygodniu przed zajęciami. No cóż - taki już mój urok :P Zawsze znajdę sobie tysiące innych zajęć, byle tylko nie robić nic, co wiąże się ze szkołą. W dodatku sama tego chciałam i zapisałam się z własnej i nieprzymuszonej woli. Głupia... ;)
Poza tym jakoś się u nas wszystko powoli kręci. Wróciła zima - tym razem z niewielką ilością śniegu, ale za to tęgim mrozem. Rano kiedy jechałam do pracy było -16 stopni. Ale ja akurat cieszę się z tego chwilowego powrotu zimy , bo cały przyszły tydzień mamy zamiar spędzić na stoku :) Uzbierało nam się trochę zaległego urlopu, który musimy w końcu wykorzystać, więc śmigamy w góry. Wyruszamy w poniedziałek z samego rana i wracamy w kolejną sobotę :) Już nie mogę się doczekać. W tym sezonie nasze biedne narty więcej musiały leżeć schowane w garażu niż szusować po śniegu, bo przez nasze studia większość weekendów mieliśmy zajętych - jak nie jedno siedziało na uczelni, to znowu drugie i tak jakoś sezon nam minął. Ale w przyszłym roku mamy zamiar nadrobić zaległości. Podobno po naszym powrocie ma przyjść wiosna, więc akurat zdążymy nacieszyć się śniegiem :) a później rękami i nogami będę podpisywać się pod nadjeściem wiosny :)
"Już za parę dniiii... za dni paaarę... wezmę plecak swóóóóój i gitaaaaarę..." :)))

Odezwę się jak wrócimy :)

środa, 16 lutego 2011

Witajcie po raz kolejny :)

Witajcie w moich nowych, jakże skromnych progach :)

Ten blog czekał gotowy na uroczyste otwarcie już od pewnego czasu, ale jakoś tak strasznie ciężko było mi napisać wiadomość o przeprowadzce na poprzednim blogu. Bądź co bądź, moja przygoda z blogowaniem rozpoczęła się na Onecie i związałam się z nim emocjonalnie. Jednakże właściwie od samego początku nie podobała mi się opcja polecania notek na stronie głównej. Na całe szczęście, mój blog nie dostąpił tego jakże cennego zaszczytu, ale jeżyły mi się włosy na całym ciele, kiedy widziałam (czyt. czytałam) co działo się na blogach niektórych z Was po poleceniu notki. Zdanie kompletnie wyrwane z kontekstu na głównej stronie, mające przyciągnąć czytelników w połączeniu z hordami żądnych krwi popaprańców, zostawiających durne komentarze pod postami jest ostatnią rzeczą jakiej życzyłabym sobie u siebie, dlatego też lepiej ewakuować się za wczasu. Przyznaję, że nie przychodzi mi to zbyt łatwo. W końcu spędziłam na Onecie ładnych kilkanaście miesięcy i wylałam mnóstwo żali i radości, dlatego tym trudniej było mi to wszystko zostawić i założyć nowy blog. No bo jak można porzucić wszystko ot tak po prostu? No nijak się nie da. I właśnie podczas tych moich przemyśleń i wewnętrznego rozdarcia, pojawiło się światełko w tunelu w postaci Magdy, która pokazała mi, że przecież CAŁE ARCHIWUM MOŻNA ZABRAĆ ZE SOBĄ!!! :)))) i jest to cudownie proste jak budowa cepa :))) Posiedziałam, podłubałam i wszystko, co udało mi się do tej pory naskrobać jest tutaj razem ze mną (jedyny minus jest taki, że nie mogłam przenieść Waszych komentarzy, ale zawsze mogę do nich wrócić na starym blogu) :))) Jeszcze nie rozgryzłam wszystkim opcji dostępnych na blogspocie i wielu z nich przy moim informatycznym talencie pewnie nigdy nie poznam :P ale co mi szkodzi spróbować. Może akurat mi się tutaj spodoba. A jeśli nie, to przecież zawsze mogę wrócić na stare śmieci :))))

To co teraz widzicie na swoich ekranach nie jest jeszcze wersją skończoną. Jak już wcześniej pisałam, cały czas uczę się blogspota, więc zmiany pewnie co jakiś czas będą się pojawiać. Mam nadzieję, że i Wy zadomowicie się tutaj razem ze mną, usiądziecie wygodnie w fotelu z kubkiem gorącej herbatki i w dalszym ciągu będziecie, tak jak do tej pory, śledzić Kfiatushkowe koleje losu :)

P.S. Dajcie znać, że trafiliście :)

piątek, 11 lutego 2011

Wszystkiego po 4

Ostatnimi czasy jestem zapraszana i nominowana do różnych zabaw i gier blogowych. Ponieważ jestem miłym i niezwykle kulturalnym Kfiatushkiem (tak, wiem, moja skromność wręcz powala na kolana), przez grzeczność nie odmówię i tym razem :) Ostatnio do kolejnej zabawy zaprosiła mnie Ewelina. Zasady zapewne są wszystkim znane. Ograniczenie się tylko do 4 rzeczy będzie cholernie trudne, ale spróbujmy:

4 seriale/programy, które oglądam
* Dr House (tak, wiem, że wszyscy go oglądają, ale ja też go bardzo lubię)
* Przyjaciele - nie mogę się im oprzeć
* Kości
* Praktykant (na BBC Entertainment)

4 rzeczy, które mnie pasjonują
* B. - bo zawsze potrafi mnie czymś zaskoczyć
* śluby - chciałabym kiedyś mieć swój własny salon albo firmę organizującą przyjęcia weselne
* dziecięca logika - bo odpowiedzi dzieci na niektóre pytania potrafią wbić człowieka w fotel :)
* jazda samochodem - pociągała mnie od dziecka, chciałabym kiedyś zapisać się na kurs Akademii Bezpiecznej Jazdy... wiecie, poślizgi kontrolowane, omijanie niespodziewanych przeszkód itp.

4 sformułowania, których używam
* O, w morde...!
* Kocham Cię
* No co za gamoń
* Gdyby mi się chciało tak, jak mi się nie chce... ;)

4 rzeczy, których nauczyłam się w przeszłości
* Umiesz liczyć - licz na siebie
* Ludzka zazdrość i zawiść jest naprawdę powalająca i można się nieźle przejechać nawet na najbliższej przyjaciółce
* Kłamstwo ma krótkie nogi i prawda prędzej czy później wychodzi na jaw
* Czasami warto poczekać..... :))))

4 miejsca, do których chciałabym pojechać
* kurort narciarski we Włoszech lub we Francji
* Anglia (właściwie tylko Londyn) i Irlandia
* tropikalna wyspa na środku oceanu... jakiś Mauritius, Bora-Bora czy cóś takiego :)
* Przylądek Canaveral - chciałabym zobaczyć na żywo start promu kosmicznego :)

4 rzeczy, które robiłam wczoraj
* gotowałam obiad
* byłam na wieczornym spacerze
* czytałam książkę
* męczyłam B. swoją niekontrolowaną głupawką :)

4 rzeczy, które kocham w zimie...
* przepiękne krajobrazy i to jak cudnie wyglądają drzewa przy silnym mrozie,
* to, że można jeździć na nartach, sankach, łyżwach i innych pojazdach kosmicznych (co ja z tym kosmosem? :P )
* można siedzieć przy kominku i delektować się jego ciepełkiem
* wszystkie samochody jeżdżą brudne i nie muszę się przejmować, że mój wygląda jak ostatnia świnka :P

4 rzeczy na liście moich pragnień
...................................................................................a reszta pozostanie milczeniem... ;)

Nie typuję nikogo do kolejnej rundy - jeśli ktoś ma ochotę się pobawić niech po prostu się przyłączy.

środa, 9 lutego 2011

moja teściowa = diabeł wcielony

Kiedyś myślałam, że moja mama mojego B. jest całkiem niezłym materiałem na teściową. Jakże się myliłam... Zawsze uważałam, że kijowe relacje na linii teściowa-synowa spowodowane są utratą gruntu spod nóg mamusi, kiedy jej ukochany synek wyfruwa z gniazdka i taka mamusia musi kontrolować czy synkowi nie dzieje się żadna krzywda, przy okazji wytykając swojej synowej wszystkie błędy itd.
Hmm... no cóż. Łudziłam się, że nas to ominie, ale jak to mówią nadzieja matką głupich. Moja teściowa generalnie nie jest jakąś straszną kobietą, ale wydaje jej się, że zawsze musi mieć ostatnie słowo w każdej kwestii. Ona nie jest szaleńczo zapatrzona w synka, wręcz przeciwnie. Czepia się biednego B. na każdym kroku, cały czas go krytykuje, jest wredna, rozdarta i zapatrzona w samą siebie. Taka niestety była podobno od dziecka i teraz w wieku 50+ lat już się nie zmieni, a nam przez to napsuje trochę krwi. B. wiecznie wysłuchuje jej pretensji o to, że albo w ogóle się u niej nie pojawia, albo pojawia się zdecydowanie zbyt często, że ona biedna wszystko musi robić w domu sama (bo jej córka ma wszystko w dupie i nie robi nic), a w ogóle dobrze byłoby, gdyby B. oddawał jej co miesiąc połowę wypłaty albo najlepiej całą za to, że ona wydawała na niego jak był mały. W kwestii wyjaśnienia - ona finansowo stoi naprawdę dobrze i nie rozumiem jak coś takiego może jej w ogóle przejść przez gardło. B. często zbywa jej głupie uwagi milczeniem, żeby nie denerwować samego siebie, choć częściej mówi jej wprost co myśli o jej głupich tekstach (choć niestety nic to nie daje, jakby rzucał grochem o ścianę). B. zawsze był na jej zawołanie, robił to, o co go prosiła i w sumie dalej tak jest, choć czasami B. potrafi się zbuntować, kiedy ona ewidentnie przegina, ale jej ciągle jest źle. Moja osoba wprost jeszcze nie padła na linię jej rażenia (choć za moimi plecami zapewne powiedziała niejedno), ale naprawdę ledwo się hamuję, żeby nie wygarnąć jej tego co o niej myślę. Krew mnie zalewa jak słyszę, jak to wredne babsko wydziera sie na B. zupełnie bez powodu i jak go traktuje. Takiego syna jak on można tylko pozazdrościc i chciałabym, żeby nasz syn był kiedyś taki jak B., a ona ciągle widzi w nim tylko  wady (wymyślone przez jej wyobraźnię). Wczoraj dała kolejny popis o takim samym repertuarze. Jeszcze kilka takich akcji i naprawdę wybuchnę, a wtedy usłyszy kobieta całą prawdę o sobie. Choć pewnie do tego nie dojdzie, bo wtedy B. miałby już całkowicie przechlapane. Mi tam rybka, mnie lubić nie musi, ja jej także, ale tak mi szkoda B., bo nie zasłuzył sobie na takie traktowanie. W tej babie nie ma za grosz matczynych, ciepłych uczuć, jest beznadziejna... Ale przynajmniej moja mama wynagradza B. te nieprzyjemności - są parą świetnych kumpli, a B. jest najukochańszym zięciem mojej mamy :)))) ( i jedynym :P )
Wiem, że ta notka jest całkowicie pozbawiona ładu, sensu i logiki, ale musiałam się jakoś rozładować. Dziękuję za uwagę :)

P.S. Zazdroszczę wszystkim synowym, których teściowe są w porządku. Takie osoby to skarb...