czwartek, 13 kwietnia 2017

Wesołych Świąt! :)

Miałam zamiar zamieścić teraz jakiś bardziej treściwy post, ale z uwagi na brak czasu muszę to przesunąć na przyszły tydzień.

Póki co, Mężu, Junior i ja chcielibyśmy Wam życzyć Wesołych Świąt Wielkiej Nocy, aby Święta Wielkanocne przyniosły radość, pokój oraz wzajemną życzliwość. 

By stały się źródłem wzmacniania ducha.

Wesołych Świąt i "do zobaczenia" w przyszłym tygodniu ;)

Znalezione obrazy dla zapytania wielkanoc

środa, 5 kwietnia 2017

Come back of the year ;)

Długo dojrzewałam do tego momentu, ale tęsknota za tym miejscem wygrała. I oto jestem!
Nie mam bladego pojęcia czy ktokolwiek jeszcze tutaj zagląda, ale bardzo chciałabym przywrócić mojego bloga do swiata "żywych". A gdzie byłam kiedy mnie nie było? No cóż... wiele się wydarzyło.
Ostatni post dotyczył m.in. mojej zmiany pracy. Jak czas pokazał mimo pozytywnych przeczuć okazało się to BARDZO złą decyzją. Pracowałam tam trochę ponad pół roku. Zdecydowanie o pół roku za długo, ale kto to mógł przewidzieć. Początki zapowiadały się naprawdę obiecująco, ale po trzech miesiącach wyszło szydło z worka - zarząd okazał się bandą chamów i prostaków, chodziłam wiecznie znerwicowana, myślałam o tym co mnie czeka kolejnego dnia przez 24 godziny na dobę i dosłownie chodziłam po ścianach. W sumie los okazał się dla mnie łaskawy i po 9 miesiącach zaproponowano mi "cudowne" warunki - roboty tyle samo, ale pensja w wysokości 50% dotychczasowej, więc grzecznie, aczkolwiek dobitnie powiedziałam co o tym myślę i podziękowałam za taką umowę. Tym sposobem zostałam bez pracy. Mniej więcej w tym samym czasie mojego ginekologa zaniepokoiły moje wyniki badań i zlecił dodatkowe pod kątem raka. Najpierw biopsja, później oczekiwanie na wyniki sprawiło, że to było 6 najdłuższych, najbardziej nerwowych i najbardziej depresyjnych tygodni mojego życia. Wiadomo - w takich momentach wyobraźnia pracuje, a że ja nigdy ze swoją wyobraźnią nie miałam problemów, więc pracowała na podwójnych obrotach. A nawet potrójnych. Możecie sobie wyobrazić co przeżywałam. Na szczęście moje modlitwy zostały wysłuchane i okazałam się być zdrowa, ale nie życzę nikomu tego co przechodziłam. To wszystko sprawiło, że nie bardzo miałam czas i natchnienie do bloga. Zresztą moje pisanie sprowadzałoby się do roztrząsania wszystkiego na czynniki pierwsze, a nie chciałam się dodatkowo dobijać. Przez tych kilka tygodni daliśmy sobie spokój z poszukiwaniem pracy, żebym mogła trochę odetchnąć, a tydzień po tym jak dowiedziałam się, że jestem zdrowa znalazłam nową pracę ot tak sobie :) I to jest to. Pracuję tu od 7 miesięcy i jest super. To całkiem nowa firma, międzynarodowa, jest nas tylko troje Polaków, reszta pracowników to mega mieszanka kulturowa. To cudowni ludzie, z którymi świetnie się pracuje i naprawdę każdego dnia chodzę do pracy z uśmiechem na twarzy :) W KOŃCU!!

Junior nam wyrósł, ma już 3,5 roku, od roku chodzi do przedszkola (to ten rok kryzysowy, kiedy łapie wszystko, co się nawinie - od przeziębienia, przez ospę po jelitówkę :P). Wyrósł na bardzo mądrego i wygadanego chłopczyka. Nie powiem, czasem robi wszystko, żeby postawić na swoim, ale chyba każdy tak ma, co nie? :) Niedługo chcemy postarać się o jakieś rodzeństwo dla Niego, bo to już najwyższa pora, ale zobaczymy jak nam te starania będą szły :P
Mężu Niedawno dostał dużo lepsze stanowisko w swojej firmie, Chwilowo jest trochę w rozjazdach, bo musi przejść wszystkie konieczne szkolenia. Teraz od 2 tygodni jest w USA, w piątek wraca. Później jeszcze tylko jeden krótki wyjazd do Hiszpanii i będziemy go w końcu mieć przy sobie :)

Jak widzicie trochę się działo. Mam nadzieję, że choć trochę się wytłumaczyłam i że choć w jakiś stopniu to jest usprawiedliwienie mojej nieobecności. Po prostu przytłoczyły mnie wszystkie problemy, a później sprawy dnia codziennego i nie miałam głowy do bloga. Ale ostatnio na nowo zaczęło mnie tu ciągnąć, tak więc wracam - mam nadzieję, że tym razem na dobre.

Koniecznie dajcie znać czy ktos tu jeszcze jest :)))

Wasz Kfiatushek :)

środa, 16 września 2015

Odliczam


Jeszcze 2 dni J W poprzedniej pracy po początkowej euforii z nadchodzącej zmiany pracy, im bliżej było końca, tym bardziej było mi żal tamtego miejsca, bo jednak spędziłam tam kupę czasu. Tutaj jest zupełnie odwrotnie. Im bliżej końca, tym bardziej nie mogę się go doczekać. Wiadomo, będzie mi szkoda kilku osób, ale mieszkamy dość blisko siebie, więc myślę, że kontakt się nie urwie J Ale i tak nie mogę się doczekać. W poniedziałek byłam chwilkę w moim przyszłym miejscu pracy, bo musiałam załatwić pewne formalności i widziałam gdzie będę siedzieć J Nooo powiem Wam, że robi wrażenie J Ale więcej szczegółów napiszę Wam jak już sobie wszystko obejrzę z bliska i jako tako się zadomowię J Czeka mnie jeszcze pożegnanie tutaj, więc w domu trzeba jeszcze jakieś ciasta machnąć.

Poza tym u nas jakoś leci. Za niecały miesiąc Junior kończy dwa latka, więc trzeba pomyśleć o imprezie z tej okazji. Coraz bardziej synek nam się rozgaduje, wymyśla coraz bardziej kreatywne zabawy i praktycznie każdego dnia zaskakuje nas czymś nowym. Fajnie J Mężu niedługo ma tygodniowy wyjazd służbowy, więc będziemy gospodarzyć sami.

A tak w ogóle to zapomniałam Wam opowiedzieć o tym weselu na którym świadkowałam. A jak zapomniałam to znaczy, że co? Że dupy nie urywało. No wesele było, świadkowało się, ale jakoś tak drętwo było. Junior na szczęście nam się po drodze wyspał, bo gdyby jeszcze On wariował z niewyspania, to chyba zapakowałabym się do auta i zwiała do domu, serio. Przyjechaliśmy do Młodej (mojej kuzynki), ubieranie jej w suknię ślubną było tak nerwowe, ze nikomu nic nie wychodziło. No ale tutaj akurat się nie dziwię, bo przed wszystkim stres jednak jakiś zawsze jest. Później błogosławieństwo kompletnie bez ładu i składu. W kościele przyznaję było pięknie, a Młodzi wzruszyli się podczas przysięgi. I w sumie ceremonia w kościele była chyba najbardziej udanym elementem całej imprezy. Mimo, że ślub był na 15:00, a sala była dość blisko, pierwszy taniec był dopiero prawie o 19:00. Goście zniecierpliwieni, nikt nie wiedział co ma robić, bo to ani tańczyć bez muzyki, ani siedzeć przy stolikach. Nuda jednym słowem. Jedzenia na stolikach nie było, trzeba było chodzić do osobnego kącika, ale tam jedzenia też praktycznie nie było. Także rano wszyscy stwierdzili, że są głodni. U nas też był taki kącik, ale zdawało to egzamin, bo było na troszkę innej zasadzie. U nas na stołach były sałatki, owoce i zimne zakąski, a w osobnym kąciku były potrawy na ciepło. Oprócz tego 3 dania były podawane bezpośrednio do stolików. A tam wszystko było wyłącznie w tym kąciku, ale ciągle wszystkiego brakowało. Zespół owszem, dawał radę, ale ogólnie panowała atmosfera jakiejś takiej rozpierduchy, jakby ktoś próbował, ale mimo wysiłku nie potrafił spiąć wszystkiego w jedną całość. Pobawiliśmy się do oczepin, a później pod pretekstem Juniora wymknęliśmy się do pokoju i już tam zostaliśmy. Prawie wszyscy ze strony Młodej byli też na naszym weselu i wszyscy co do jednego szeptali nam na ucho, że u nas było o niebo lepiej. Sami tak uważamy, ale nie powiem, miło nam się robiło z każdą kolejną taką opinią J Nawet bardzo miło J Najbardziej jestem ciekawa zdjęć i filmu ze ślubu, bo kamerzysta i fotograf wyczyniali tam cuda i efekt może być fantastyczny J Także czekam z niecierpliwością. Na tą chwilę to było ostatnie wesele przed chyba dłuższą przerwą, bo nic nam nie wiadomo na temat tego, żeby szykowało się jakieś kolejne. No chyba, że ktoś nas zaskoczy J Ale wtedy Junior zostaje z dziadkami, bo chcę się w końcu porządnie pobawić ;)

piątek, 4 września 2015

Klamka zapadła


No to sprawy mają się tak – zdecydowałam się na nową pracę, złożyłam już wypowiedzenie, nową pracę zaczynam w połowie września J I nawet nie wiecie jak mi ulżyło. Niesamowite uczucie. Mam jeszcze kilka dni zaległego urlopu, który zamierzam wykorzystać, więc będę tutaj jeszcze tylko kilka dni. Cudownie J

Biłam się z myślami strasznie, ale wszyscy, którzy znali sytuację tutaj radzili mi, żeby zwijać manatki póki się nie zasiedziałam, bo szkoda mojego czasu, nerwów i ogólnie nie ma sensu tutaj siedzieć. I myślę, że mają rację. Tutaj nic dobrego mnie nie czeka. Pisałam Wam w skrócie jak się sprawy mają, więc przemnóżcie to wszystko x10 i będziecie mieć pełny obraz sytuacji. Szuja, którą tutaj mamy ryje nie tylko w naszym dziale, ale też w innych, podpieprza każdego jak leci – słusznie czy nie słusznie nieważne. Ważne, że debilny szef łyka każde jego słowo i nie przyjmuje do siebie żadnych argumentów. Jedna dziewczyna od nas zwolniła się 3 tygodnie temu, ja jestem kolejna, więc dział zostaje bez dwóch osób, które miały mega duży zakres obowiązków, ale dla naszego szefa to nie jest problem, bo przecież my jesteśmy beznadziejne. I mówiąc dosadnie Ch mu w d J Jeszcze jedna dziewczyna planuje przejście do innego działu (i jest na bardzo dobrej drodze), a wtedy ten dział leży. I dobrze J Może wtedy ktoś coś z tym zrobi, bo to co się tutaj dzieje, to jakaś paranoja. Było jeszcze kilka takich sytuacji (o których niestety nie mogę tutaj napisać), że włos się jeży na głowie i nie mogę zrozumieć jakim cudem nikt nie wycignął konsekwencji w stosunku do tych dwóch typów. Niepojęte to jest dla mnie, ale cóż... Szef zachował się na swoim „poziomie”, kiedy wręczyłam mu wypowiedzenie, ale jego mina była dla mnie bezcenna. Utwierdziło mnie to tylko w przekonaniu, że podjęłam słuszną decyzję. Szkoda mi tylko 4 pozostałych osób z naszego działu, bo są naprawdę super i żal mi będzie się z nimi rozstawać, ale myślę, że pozostaniemy w kontakcie J

Tak czy siak mam już tą firmę z bani. Żałuję tylko, że straciłam tutaj 7 miesięcy, ale jak to mówią co nas nie zabije to nas wzmocni i zawsze to jakieś doświadczenie na przyszłość.

Jestem bardzo zadowolona, że podjęłam taką, a nie inną decyzję i jestem zdania, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

Swoją drogą, sposób w jaki znalazłam tą pracę jest dość zagadkowy, bo nigdzie nie było takiego ogłoszenia, a szukałam na wszystkich portalach, jakie tylko przyszły mi do głowy. Wysłałam tam swoje cv na całkiem inne stanowisko, po czym dostałam odpowiedź, że rekrutacja na to stanowisko jest już zakończona, ale tak się składa, że zacznają poszukiwania osoby na inne stanowisko i czy byłabym zainteresowana J Żeby było ciekawiej, wiele lat temu w tej firmie przez ponad 40 lat pracował mój ś.p. Dziadziuś i jestem całkowicie pewna, że maczał w tym swoje palce ;)

wtorek, 1 września 2015

No i mam zagwozdkę...


Dostałam propozycję pracy. Fajne stanowisko z możliwością dalszego rozwoju, kasa ciut lepsza niż obecnie i co?  ...Nie wiem co robić. Mam ochotę spróbować, kusi mnie bardzo, ale się boję. Boję się tego, że znów trafię tak jak tu. Boję się, że po okresie próbnym mi podziękują, a kredyt sam się nie spłaci. Boję się, że trafię z deszczu pod rynnę. A z drugiej strony jeśli zostanę tutaj nic ciekawego mnie nie czeka, a tylko nerwy, nerwy, nerwy... Tyle tylko, że tutaj już tą umowę mam w ręce. Nie wiem co robić. Kusi mnie bardzo, ale się boję... Co robić?

czwartek, 27 sierpnia 2015

Znowu o pracy


Powiem Wam, że jakiś ciężki czas dla mnie nastał. Wszystko przez pracę. Każdy dzień tutaj coraz bardziej mnie zniechęca do tego wszystkiego. Delikatnie mówiąc jest „chujnia” (inaczej się tego określić nie da) i strasznie żałuję, że sama na własne życzenie wpuściłam się w to bagno. Jakiegoś rozstroju nerwowego przez to wszystko dostałam, bo brzuch mnie boli na samą myśl o robocie i jestem jednym wielkim kłębkiem nerwów. Najgorsze jest to, że robię wszystko najlepiej jak potrafię, słyszę opinie, że w końcu nie ma problemów, które notorycznie zdarzały się za mojego poprzednika, a mimo to mój poprzednik, który jest dalej w Firmie, tyle, że na innym stanowisku, ryje pod wszystkimi w naszym dziale wyszukując różne haki na nas – najczęściej nieprawdziwie – które następnie sprzedaje naszemu szefowi, a ten jest na tyle głupi, że wszystko łyka i robi nam coraz bardziej spektakularne jazdy. Brak słów. No ale cóż, kto mógł przewidzieć, że tak będzie. Intensywnie szukam czegoś innego, bo ja się tak bawić nie mam zamiaru, wysyłam CV gdzie się da, chodzę na rozmowy (całe szczęście) i czekam na informacje zwrotne z 3 firm. Jest jakaś iskierka nadziei, bo w przyszłym tygodniu mam trzecie spotkanie w pewnej firmie (tak jak chciałam – poza korporacją), na którym myślę, że padnie konkretna propozycja z ich strony. Pytanie tylko jaka. No nic, poczekamy, zobaczymy. Ziarenko nadziei zostało zasiane i mam nadzieję, że wykiełkuje J A póki co musżę się tu jeszcze troszkę pomęczyć, byle nie za długo.

Dodatkowo sprawy nie ułatwia Junior, któremu wychodzą chyba wszystkie piątki na raz, ponieważ ręce pcha sobie do samego gardła, ślini się niemiłosiernie, przynajmniej jakby miał pól roczku, a nie prawie 2 latka, histeryzuje niemiłosiernie doprowadzając mnie tym do szału, a później do wyrzutów sumienia, że się na Niego wkurzam i o. Spirala nerwów się nakręca. Całe szczęście, że znalazłam sobie odskocznię i sposób na odreagowanie, bo inaczej skończyłabym już chyba u czubków. Mianowicie wyładowuję się w ogródku i grabię, przekopuję, sadzę, przesadzam, wyrywam chwasty... i tak się uspokajam.

Trzymajcie kciuki, żeby wszystko się pozotywnie dla nas potoczyło. I to jak najszybciej.

środa, 19 sierpnia 2015

I po urlopie


I powróciwszy. A urlop jak zwykle minął za szybko. Zdecydowanie zbyt szybko. Szał pakowania trzymał mnie w zasadzie aż do momentu, kiedy ruszyliśmy spod domu. Cały wieczór chodziłam i przeglądałam, sprawdzałam, odhaczałam na liście, dopakowywałam, znowu sprawdzałam, obchodziłam cały dom, żeby sprawdzić czy wszystko zrobione, zamknięte, zakręcone itd. Efekt był taki, że 80% rzeczy, które ze sobą zabraliśmy tylko się przejechało i nie użyliśmy ich ani razu. My to jednak nie potrafimy się pakować :P Ale za to miałam ten komfort psychiczny, że wszystko mamy w razie potrzeby :P Droga minęła nam fajnie i szybko. Mimo tego, że wyjechaliśmy w środku nocy ruch był już ogromny, ale na szczęście obyło się bez stania w korkach i śniadanie zjedliśmy już nad morzem. Z powrotem było jeszcze lepiej, wyjechaliśmy od razu po śniadaniu, kiedy nie było jeszcze praktycznie żadnego ruchu na drodze znad morza na południe – 4 godzinki i byliśmy w domu. Za to na przeciwnym pasie mijaliśmy 4 kilkunastokilometrowe korki w kierunku morza. Masakra. Współczuliśmy ludziom, którzy musieli w nich stać.

Junior morzem zachwycony, piaskiem jeszcze bardziej i gdyby tylko mu pozwolić w ogóle nie schodziłby z plaży. No chyba, że na żarełko. O to to tak, bardzo chętnie nawet J Dziecko nasze bowiem od morskiego powietrza nabrało takiego apetytu, że głowa mała. Szczególnie zasmakował w rybkach i różnego rodzaju zapiekankach makaronowych z warzywami, bo Junior kocha makaron w każdej postaci. Tylko skąd ja mu teraz będę takie świeże rybki brała :P Wypoczęliśmy, głównie psychicznie, bo o wypoczynku fizycznym przy niespełna dwulatku jest bardzo ciężko J Ale ten wypoczynek psychiczny jest chyba ważniejszy od fizycznego.  W tych krótkich chwilach, kiedy moi chłopcy bawili się sami, a ja mogłam spokojnie poleżeć sobie na ręczniku, posłuchać szumu morza (oraz „gotowana kukurydza”, „popcorn”, „naleśniki”, „mrożona kawa” :P), same układały mi się w głowie notki, a tematy same napływały do głowy. Szkoda, że część z nich szybko wyparowała, ale ja sobie przypomnę co tam chciałam ;) Także postaram się przelać na klawiaturę to, co mi się tam w głowie zalęgło i mam nadzieję, że uda mi się to zrobić jakoś tak w miarę sprawnie i systematycznie, żeby znowu nie zapuścić się w pisaniu.

A tymczasem wracamy  do rzeczywistości...