Obiecałam post o koleżance i dotrzymuję słowa :) Uprzedzam, że będzie długaśnie i z góry gratuluję osobom, które dotrwają do końca.
Na samym początku chciałabym zaznaczyć, że ja tą koleżankę (nazwijmy ją Monika) lubię, żeby nie było :) Tylko chyba nie do końca ją rozumiem. A może nie tyle ją, co jej podejście do wielu spraw. Ale od początku...
Poznałyśmy się już prawie 5 lat temu, gdy zaczynałam pracę w Firmie. Na początku jakoś ten kontakt był taki średni, wiadomo - byłam nowa i musiałyśmy się trochę poznać, żeby załapać jakiś kontakt. W ciągu tych kilku lat mojej pracy tutaj zmieniała się ekipa w naszym dziale - jedni odchodzili, inni przychodzili i w zasadzie teraz to my dwie pracujemy w naszym dziale najdłużej. No i jakoś z biegiem czasu nasze stosunki uległy zdecydowanemu zacieśnieniu i teraz naprawdę mamy świetny, zgrany i wesoły zespół. Ale... no właśnie, jakieś "ale" zawsze musi być. Mimo mojej całej sympatii do Moniki, czasami trudno nadążyć mi za jej sposobem rozumowania i podejściem do pewnych spraw. Na przykład:
- Monika ma 31 lat. Mimo tego, że faceta miała raz w życiu i to przez niecały rok na studiach (czyli jakieś 10 lat temu), uważa się za eksperta w sprawach związków, w sprawach sercowych itp. Niektóre jej poglądy są tak nieżyciowe, że jak czasami do kogoś z czymś wyskoczy, to zazwyczaj ten ktoś nie ma zielonego pojęcia co odpowiedzieć i albo roześmieje się dorzucając jakiś zabawny komentarz, albo pominie jej słowa milczeniem. Jej wypowiedzi brzmią mniej więcej tak: "No jak to, TY kupiłaś bilety do kina (to do koleżanki, która zamiast prezentu na imieniny zabrała swojego faceta na film, który od dawna chciał obejrzeć). Tak się absolutnie nie robi. To facet powinien Cię zaprosić. Ja się znam!" (ale już wytłumaczyć dlaczego nie potrafi) albo "Ja to się na facetach znam. W końcu mieszkałam ze swoim PRAWIE ROK, więc wiem co mówię!" A z tego co opowiadała to mieszkanie polegało na wynajmowaniu mieszkania w 4 osoby i każda miała swój pokój, więc umówmy się, że prawdziwe "mieszkanie z facetem" to to nie było :) Ale Monika jest w tej dziedzinie ekspertem i koniec. I niech ktoś spróbuje powiedzieć, że jest inaczej to spotka go mega oburzenie. Bo co on tam wie, "oni ze sobą mieszkali !!!" :))
- Kiedy ktoś przy sąsiednim biurku rozmawia przez telefon odwraca się w jego stronę i na bezczelnego podsłuchuje myśląc, że tego nie widać :) Kilka razy powiedziałam jej wprost "Monia, nie podsłuchuj" to tylko zaczynała się śmiać i słuchała dalej.
- To, że przez ostatnich 5 lat nie widziałam u niej śladu makijażu mnie nie dziwi, bo przecież nie każdy musi to lubić i dobrze się czuć z czymś na twarzy, ale już to, że nie używa dezodorantu mając tendencję do "przegrzewania się" już mnie trochę dziwi. I nie chodzi o to, że ma jakieś uczulenie (wysondowałyśmy to z drugą koleżanką), czy coś. Po prostu "nie przywiązuje do tego uwagi". Ale to nie jest takie straszne, bo zapaszki spod paszki wydobywają się tylko czasami, więc da się przeżyć bez większego uszczerbku. Bardziej powalił mnie jej dawny zwyczaj. W zimie gdy było jej gorąco, a miała na sobie np. ciepły sweterek, potrafiła go po prostu zdjąć i siedzieć przy biurku w dżinsach i podkoszulku (wiecie, takim białym na ramiączkach, z koroneczką lub bez, który zakłada się pod coś, żeby było cieplej i który jest raczej uważany za bieliznę!). Żeby on jeszcze był biały... Przeważnie był już mocno pożółknięty, ale najwidoczniej Monice to nie przeszkadzało :) Porzuciła ten zwyczaj jakiś czas temu, może ktoś jej zwrócił uwagę albo coś.
- Przekręca wyrazy i jest zdziwiona, jak ktoś jej mówi, że źle coś mówi, np. ramiążka zamiast ramiączka :) No i przekręca nazwiska :) w naszej firmie jest mnóstwo komunikacji mailowej i nasze adresy mailowe wyglądają standardowo: imie.nazwisko@firma.com - oczywiście bez polskich znaków. No i mimo tego, że Monia wie, że ktoś nazywa się powiedzmy Pawłowski czy Łyżka, to i tak będzie na niego mówić Pawlowski czy Lyzka, "bo tak ma napisane w mailu". Na początku strasznie mnie to raziło, ale teraz już chyba się przyzwyczaiłam :)
No a teraz 2 przykłady, które ostatnio dość skutecznie podniosły mi ciśnienie:
- Monia nie uznaje tego, że ktoś może mieszkać z rodzicami będąc np. studentem lub osobą pracującą. Ok, po części się z nią zgadzam, bo jeśli ktoś ma możliwość, to mógłby się pokusić o samodzielne mieszkanie, ale nie w tym sęk. Monika nie przyjmuje do wiadomości tego, że kogoś może zwyczajnie nie być stać na własne czy wynajmowane mieszkanie. Ona sama dostała swoje mieszkanie od rodziców, kiedy skończyła studia i nie rozumie, że nie wszyscy ludzie mają tak dobrze. Mamy w dziale takiego kolegę, który jest w moim wieku i mieszka z rodzicami, mimo tego, że pracuje. I Monika co chwile mu coś przygaduje z tego powodu, a to że u mamusi, a to że nie chce się wyprowadzić, bo mu tak wygodnie itp. Ale już nie bierze pod uwagę tego, że on zarabia mniej od niej i zwyczajnie nie stać go na opłacenie studiów, dojazdy do pracy, opłaty mieszkania, spłatę kredytu itp. W tym przypadku na życie prawie nic by mu nie zostało. Więc skoro ma taką możliwość, do końca studiów chce mieszkać z rodzicami i ja wcale mu się nie dziwię. Poza tym, Monia uważa, że jak już ktoś z tymi rodzicami mieszka, to po powrocie ze szkoły, tudzież z pracy tylko zasiada na kanapie, włącza TV i czeka - na podanie obiadku, na kawkę, za wypranie i wyprasowanie ubrań, na posprzątanie jego pokoju itd. Według Moni taka osoba nie robi w domu nic, bo robią to za niego rodzice. Być może u niektórych tak jest, może u niej tak było, ale ja z własnego doświadczenia z czasu kiedy mieszkała z rodzicami wiem, że wygląda to zupełnie inaczej.
- Drugi przykład jest taki. Jakiś czas temu Monia zapytała mnie, dlaczego B. i ja nie chcemy po ślubie sie wyprowadzić np. na drugi koniec Polski (????). Powiedziałam jej, że tutaj się urodziliśmy, tutaj mamy rodzinę, dobrą pracę, mieszkanie, większość znajomych i jest nam tutaj naprawdę bardzo dobrze, więc nie widzimy takiej potrzeby. "Hmm... a nie wolelibyście gdzieś wyjechać, np. za granicę albo do jakiegoś większego miasta jak np. taki Poznań czy Warszawa i tam żyć?" Tłumaczę jej jeszcze raz, że po co, skoro tutaj mamy wszystko, czego nam potrzeba i nie chcemy wyjeżdżać nie wiadomo dokąd i zaczynać wszystkiego praktycznie od zera, tylko po to, żeby "gdzieś wyjechać". A jak będziemy chcieli wyskoczyć do "dużego" miasta, to mamy niecałe pół godzinki do samego centrum stolicy Dolnego Śląska. I nie mamy zamiaru nigdzie się wyprowadzać, bo tu jest nasze miejsce na ziemi. Nie wiem czy zrozumiała, czy nie. Sądząc po jej minie chyba nie bardzo, ale to już nie nasze zmartwienie.
Ale ogólnie Monia ogólnie jest miła i sympatyczna i naprawdę fajnie się z nią pracuje. I to wszystko, co napisałam, nie ma w sobie ani krzty złośliwości ani obgadywania, bo nie taki miałam zamiar pisząc tą notkę. Po prostu zastanawiam się, czy to niektóre poglądy Moni są dziwne, czy to ja czegoś nie rozumiem :) A Wy co uważacie?