piątek, 29 lipca 2011

Wakaaaacjjeeeee.... znowu sa wakacjeeee :)

No i sie doczekalam :) Jutro skoro swit ruszamy w droge nad nasze kochane "polskie" morze :)))

Nie tesknijcie za bardzo Kochani moi, gdyz Kfiatushek powroci do Was pelen zapalu :)
Bede u Was myslec o tu :)


si ya!!! :)

środa, 27 lipca 2011

getting ready

Nadeszły ostatnie dni przez urlopem, które jak co roku ciągną mi się niemiłosiernie. Mimo tego, że mamy jeszcze sporo rzeczy do zrobienia przed wyjazdem, czas płynie jakoś tak powoli. Złośliwiec jeden :) Ostatnie rzeczy wyprane, suszą się, jutro wyskoczymy na małe zakupy, a w piątek wielkie pakowanie. Czekam na ten piątek jak na zbawienie. Naprawdę potrzebujemy już odpoczynku od codziennych spraw, bo coraz ciężej wstaje się rano do pracy. Potrzebujemy już chwili wytchnienia, takiego sam na sam z daleka od domu. Musimy wypocząć przed kolejnymi przeprawami ślubnymi, których teraz będzie już coraz więcej. No i to nasze ostatnie wakacje w stanie narzeczeńskim :) następne spędzimy już jako mąż i żona :))))

piątek, 22 lipca 2011

A walk to remember

Wczoraj wieczorem Polsat postanowił zrobić mi prezent i puścić mój ulubiony film. Film, który widziałam już mnóstwo razy i który oglądam za każdym razem, kiedy tylko mam taką okazję. Jaki to film? No oczywiście "Szkoła uczuć" (vel."A walk to remember", vel. "Jesienna miłość" - jak kto woli) :))) Pierwszy raz obejrzałam go chyba w 2003 roku, wcześniej przeczytałam książkę (która swoją drogą ma trochę inna fabułę niż film, ale sens jest ten sam) i normalnie zakochałam się po uszy. Wiem, wiem, banalna historia, ale tak strasznie mi się podoba. Oczywiście wczoraj, zresztą tak jak za każdym razem kiedy oglądam ten film, upłakałam się jak ten dziki bóbr, a B. miał ze mnie polewkę. On sam też miał wilgotne oczy, ale w życiu się do tego nie przyzna "Aaa... bo mi coś do oka wpadło i mnie drapie" - takie ma zawsze wytłumaczenie :) Kiedyś oglądaliśmy jakiś film i od tego "drapiącego oka" miał aż pokapaną koszulkę, ale oczywiście było na mnie, że to ja mu pokapałam, choć moja głowa była pół metra od tejże koszulki :P szczegół ;)
Ja to zauważyłam, że jakieś takie strasznie wzruszliwe i wrażliwe ze mnie dziewczę. Lubię takie płaczliwe książki i filmy. Kiedyś czytałam książkę "Pamiętnik pisany miłością" (swoją drogą naprawdę polecam tą książkę, jest super) i pod koniec prawie nie widziałam już liter na kartkach, bo mi się zamazywały, ale twardo czytałam dalej, bo musiałam dokończyć książkę, a kiedy już ją zamknęłam, moje oczy wyglądały jak po walce bokserskiej. Podobnie było kiedy czytałam książkę "Świadectwo" o naszym Papieżu. Ostatnich 10 stron było dla mnie zabójcze. Książkę łyknęłam w 3 godzinki (skończyłam czytać o 2 w nocy) i zużyłam przy okazji paczkę chusteczek. Taki "Marley i ja" albo "Anioł stróż" - zwykłe historie o psach, niby nic, a wymęczą człowieka jak nie wiem.

Ja to jakaś dziwna jestem, naprawdę. Zawsze upłaczę się, zakapię kartki łzami, usmarkam się po pas, muszę wykopywać się spod góry chusteczek, którą produkuję podczas czytania, ale kurcze... strasznie lubię takie książki :)

Chyba ulegnę pokusie i zamówię sobie "Jesienną miłość" w księgarni internetowej... i przy okazji kilka innych książek, bo przecież bez sensu jest zamawiać tylko jedną książkę, co nie? ;)

"Moja miłość jest jak wiatr. Nie mogę jej zobaczyć, ale ją czuję.".... /A walk to remember/

Kocham ten cytat!!!

piątek, 15 lipca 2011

Drzewołaz

W ubiegłą sobotę było jakoś tak nudno. W końcu padł pomysł, żebyśmy urządzili sobie z Młodą (siostrą B.) i "Romeo" (jej chłopakiem) grilla w ogrodzie u teściowej. Myślałam, że będzie trochę dziwnie, bo jednak różnica wieku jest między nami spora (8 i 10 lat), więc śmaliśmy się, że będziemy przy nich jak przyzwoitki :) Ale było całkiem przyjemnie i wesoło. Ponieważ ogród jest całkiem spory - spokojnie zmieściłby się w nim średniej wielkości domek i jeszcze miejsce na kwiatki by zostało - robiło się powoli ciemno, więc stwierdziliśmy, że bawimy się w chowanego. Hmm... duży ogród, sporo krzewów i różnych zakamarków, w które można włazić, więc warunki do zabawy były wręcz idealne :) Kilka rundek, śmiechu co nie miara, jednym słowem ekstra zabawa. No ale wiadomo, w pewnym momencie kończą się kryjówki. Przy kolejnej rundce nie miałam pomysłu gdzie się schować, aż w końcu mnie olśniło :)) Wlazłam na drzewo :) w rogu ogrodu rośnie duży orzech, na który nikomu wcześniej nie przyszło do głowy się wdrapać. A że Kfiatushek nie byłby Kfiatushkiem, gdyby nie wykorzystał takiej okazji, więc niewiele myśląc wlazłam :) Ile oni się mnie naszukali... Siedziałam sobie grzecznie nad ich głowami i obserwowałam akcję z góry, ale w końcu nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać, a tym samym się zdradziłam (choć też nie od razu, bo na początku cała trójka nie wiedziała, skąd mnie słychać :P ). Oczywiście teraz jestem podrapana od gałęzi, ale fajnie było przypomnieć sobie czasy dzieciństwa, kiedy drzewa były moim drugim domem :) Bo ja byłam dzieckiem z gatunku obieżyświata, a teraz zostałam nadwornym drzewołazem mojego B. :) I bardzo mi ta funkcja pasuje :P

Do urlopu zostało już naprawdę niewiele czasu i bardzo mnie to cieszy :) Po powrocie czeka nas coraz więcej spraw do załatwiania w związku ze ślubem, więc czas będzie u nas towarem deficytowym, ale ani trochę mnie to nie martwi, wręcz przeciwnie.
A w ten weekend mam zamiar porządnie się wyspać, bo ostatnimi czasy przez burze budzę się po 3 nad ranem i tak czuwam do 6:30. Ale o dziwo nawet nie chce mi się spać. Podobno na starość ludzie potrzebują mniej snu :P

czwartek, 7 lipca 2011

Kilka słów o męskiej przyjaźni

B. i ja mieszkamy na dość sporym osiedlu, na którym się wychowałam. Kilka lat temu moi rodzice kupili domek kilka ulic dalej, a my zamieszkaliśmy w naszym dawnym mieszkaniu na 2 piętrze. Nasze osiedle nie jest typowym betonowym blokowiskiem, jakich pełno w naszych miastach. Budynki nie są wysokie (max. 3 piętra), są ładne, kolorowe, a wkoło jest mnóstwo zieleni i piękne place zabaw dla dzieci. Kilkadziesiąt metrów od naszego bloku jest malutki plac zabaw - 2 huśtawki, piaskownica, kilka ławeczek. Jak wiadomo są wakacje. W ciągu dnia masowo urzędują tam dzieciaczki z mamami, babciami, opiekunkami itp., a wieczorami - czasami, naprawdę niezbyt często - pojawia się tam "wakacjująca się" młodzież. Nie są to jakieś typowe osiedlowe bandy, u nas jest naprawdę spokojnie, jak mieszkam tam prawie 20 lat, tak nigdy nic się nie stało, cisza, spokój i w ogóle. Wieczorami można śmiało spacerować sobie po mieście bez obaw, że dostanie się w paszczę. To tak jako wprowadzenie, żebyście mogły lepiej wyobrazić sobie pewną sytuację :)

Wczoraj położyliśmy się spać. B. zasnął w mgnieniu oka, a ja przez jakiś czas mościłam sobie legowisko i szukałam pozycji, w której będę mogła zasnąć. W pewnym momencie za oknami usłyszałam głosy kilka osób. Między blokami głos świetnie się odbija i nawet jak ktoś mówi cicho, to i tak w nocy bez wysiłku można usłyszeć co kto mówi. No więc tak sobie leżałam i słuchałam. Na placu zabaw było kilka osób, najwyraźniej wracających z jakiejś imprezy czy czegoś. Pogadali, pośmiali się i dość szybko zaczęli się rozchodzić. Zostało dwóch chłopaków. Po głosach i wypowiadanych imionach mniiej więcej kojarzę kto to był. Dwóch chłopaków, mniej więcej 20 letnich, jeden mieszka w bloku obok mojego, drugi kawałek dalej. Usłyszałam taką cichą rozmowę:

- Przemek, wstawaj, idziemy.
- Nie... (wymamrotane, chłopak chyba był baaaardzo "zmęczony")
- No dawaj, nie rób jaj, wstawaj idziemy.
- Nie...
- No chodź
I tak przez dobre 10 minut. Po kilkunastu nieudanych próbach namawiania, głosy ucichły. Myślę sobie poszli. Po chwili znowu słyszę znajomy głos

- Ej, Przemek, wiesz co... byłem u Twojej mamy. - ja w szoku. Myślę sobie co za kabel, ale nic, słucham dalej. - Powiedziałem, że jesteś ze mną i żeby się nie martwiła. Jest już na ciebie nieżle wkurzona, ale powiedziałem jej, że odprowadzę cie do domu. Chodź. - ja oczy jak pięć złotych i myślę "ja pierniczę, to na świecie zachował się jeszcze taki porządny ludź, w dodatku w takim wieku???" Rozbudzona słucham dalej.
- No Przemek chodź, odprowadzę cie i pójdę do domu.
- Nie idę.
- No chodź, nie chcę, żebyś miał jeszcze większe kłopoty. Obiecałem, że cię odprowadzę.
- Nie idę. Będę tu spał.
- Zwariowałeś? Jak tu będziesz spał? Nie rób jaj. Chodź.
- Idź sam, ja zostaje.
- No ja cię tu samego nie zostawię. Przecież nie będziemy tu siedzieć do 7 rano. Chodź cie odprowadzę.

W sumie nie wiem czy poszedł, bo na tym rozmowa się skończyła. Pewnie tamtemu udało się w końcu zaciągnąć kolegę do domu, ale nie to było dla mnie najbardziej fascynujące. We wszystkich przypadkach jakie znam, męska przyjaźń jest jak skała. Nie ma durnej zazdrości o nową bluzkę, nie ma fochów, obgadywania za plecami. Jak ktoś coś do kogoś ma, po prostu mówi wprost, jak trzeba dadzą sobie po razie, żeby postawić się do pionu, a później jest już gicio. Oczywiście jak zawsze i tutaj jest wiele wyjątków, ale u moich znajomych właśnie tak jest. B. też ma takiego przyjaciela, na którego zawsze może liczyć, z którym niejedno przeszli i niejedną beczkę piwa wypili :P Szkoda, że przyjaźnie między kobietami często są takie skomplikowane :) A na koniec coś na wesoło właśnie w tym temacie :)

Damska przyjażń a męska przyjaźń
Przyjaźń między kobietami:
Pewnego dnia kobieta nie wróciła na noc do domu. Następnego dnia powiedziała mężowi, że spała u przyjaciółki . Mąż zadzwonił do 10 jej najlepszych przyjaciółek .... żadna nie potwierdziła....

Przyjaźń między mężczyznami
Pewnego dnia mąż nie wrócił do domu na noc. Następnego dnia powiedział żonie, że spał u kolegi Żona zadzwoniła do 10 jego najlepszych przyjaciół. 8 potwierdziło, że spał, a 2 - że jeszcze jest.....


:)) Miłego dnia :))

P.S. Trochę to trwało, ale to mój 100 post :)

poniedziałek, 4 lipca 2011

W strugach deszczu

Ta pogoda chyba mnie wykończy. Kto to widział w lipcu chodzić w kurtce (co prawda cienkiej) i w szaliku (też cienkim)? No pytam się kto? Podobno pojutrze ma być u nas 26 stopni, a później z każdym kolejnym dniem coraz cieplej i mam nadzieję, że tak będzie, bo inaczej naprawdę wykorkuję. Głowa mnie boli praktycznie codziennie od niskiego ciśnienia, kawa nie za bardzo pomaga, choć piję jej więcej niż zwykle, ale przecież ile można pić kawy. Zasypiam na siedząco i co najgorsze nic mi się nie chce! Mam trochę rzeczy do zrobienia, ale oczywiście mi się nie chce :P Dziś mam zamiar zebrać się w sobie i zrobić kilka rzeczy, które do tej pory bardzo skutecznie od siebie odsuwałam. W sobotę mimo niesprzyjającej aury zakasaliśmy rękawy i wysprzątaliśmy porządnie mieszkanie w rekordowym czasie :) A później mieliśmy czas na relaks - czyt.: parapetówkę u znajomych. Impreza jak najbardziej udana, zabalowaliśmy do 2 w nocy, co rano przypłaciliśmy pustynią w ustach. Ale za to było wesoło, zwłaszcza w drodze do domu ;) Dobrze, że mieliśmy blisko :P

Piątek dla odmiany spędziliśmy sam na sam z uroczym 5-miesięcznym maluchem :) Filipek jest synkiem kuzynki mojego B. Ponieważ Ania miała kilka spraw do załatwienia po południu, podrzuciła nam Małego i tym sposobem mieliśmy zapewnioną rozrywkę do wieczora :) Filip był niezmordowany i strasznie zadowolony z całej sytuacji, bo oto nagle miał ciocię i wujka na wyłączność, którzy bawili się z nim i rozśmieszali go do łez. A muszę przyznać, że jest on wyjątkowo pogodnym dzieckiem :) Mój B. świetnie sprawdził się w roli opiekuna i już nie mogę się doczekać, kiedy będziemy mieli takiego Malucha. Swojego :) Ale cóż... wszystko w swoim czasie ;)

Niedziela za sprawą sobotniej imprezy i pogody za oknem minęła nam na słodkim nic-nie-robieniu, a kiedy dziś rano zadzwonił budzik, miałam wielką ochotę wyrzucić go przez okno. Ale było mi szkoda szyby :P

W kwestiach ślubnych.
Uzgodniliśmy z fotografem i z zespołem, że umowy podpiszemy jesienią, jak już minie gorący okres ślubów, bo teraz nie za bardzo jest czas. Terminy mamy na 1000% zaklepane, więc nie mamy czym się martwić. Pojawił nam się pewien pomysł dotyczący oprawy samej uroczystości, który wprawił nas oboje w taki zachwyt, ze szok :) Podsunęła nam go właśnie ta wcześniej wspomniana Ania, mama Filipka. Nie wiem jak to się stało, że wcześniej sami na to nie wpadliśmy. Powiem Wam o co chodzi jak już będziemy wiedzieli więcej i jak już co nieco załatwimy, bo na razie nie chcę zapeszać. Ale póki co wszystko jest na jak najlepszej drodze :)
Ostatnio namiętnie oglądam suknie ślubne w internecie i na TLC i kurcze, zaczynają mi się podobać takie modele, których wcześniej w ogóle nie brałam pod uwagę. Wcześniej za żadne skarby świata nie chciałam mieć na sobie ani śladu koronki. Ale ostatnio wpadło mi w oko kilka fasonów właśnie z dodatkami koronki (niektóre mają jej bardzo dużo), które naprawdę mi się podobają. Taka Kfiatushkowa przewrotność ;) Ale nie ma co gdybać dopóki czegoś się nie przymierzy. To, że coś fajnie wygląda na manekinie czy na modelce albo na zdjęciu w necie nie znaczy, że będzie równie dobrze wyglądać na mnie. Poczekamy, zobaczymy :) We wrześniu w większości salonów pojawiają się przyszłoroczne modele, zaczynają się wyprzedaże obecnej kolekcji i właśnie wtedy zamierzam rozpocząć rajd po sklepach :) Suknię chciałabym kupić pod koniec grudnia, bo właśnie wtedy można trafić bardzo korzystną cenę. Moja mama już nie może się doczekać takich wypraw, a zapowiada się ich całkiem sporo, bo mam zamiar odwiedzić kilka salonów i poświęcić jeden dzień na każdy z nich :) Tak więc będzie się działo.

I urlop coraz bliżej!!! :)