Nosz w dupę jeża, że tak powiem. Po kiego czorta ta zima wróciła? Jeden wiosenny weekend tak mnie nakręcił, że teraz ciężko mi się pogodzić z tym, że nas totalnie zasypało. Przez całą zimę nie było ani płatka, a tu nagle niespodzianka na koniec sezonu. W ciągu jednej doby spadło tyle śniegu, że sięga mi do połowy łydki. Wiedziałam, że ma być biało, ale nie sądziłam, że aż tak. Jak zaczęło u nas sypać wczoraj koło 13, tak skończyło dziś koło 15. Zanim przed południem odśnieżyłam auto miałam pełno śniegu w butach 😜 ale wszystkie negatywne emocje poszły w zapomnienie jak zobaczyłam jaką Junior miał z tego radość. W zasadzie nie widział jeszcze takiej ilości śniegu. Odkąd się urodził nie było prawdziwej zimy, a jak już pojawiał się śnieg to raczej symbolicznie. Więc jak dziś wypuściłam się z Pierworodnym na podwórko, tak nie mogłam go zagonić do domu. Wytarzał się w śniegu od stóp do głów. Policzki miał czerwone jak dojrzałe pomidory i tak się cieszył jak tylko tylko dzieci potrafią. Aż samej mi się udzieliło 😜 ciekawe jak długo ten śnieg poleży.
W poniedziałek odbieramy Męża z lotniska. W końcu, bo już zatęskniliśmy. My za nim, a on za nami. Mam nadzieję, że do tej pory drogi będą doprowadzone jako tako do porządku. Na lotnisko mamy 40km, niby niewiele, ale przy takiej pogodzie to jednak trochę. Oby się poprawiło, to jakoś dotrzemy 😉
Ok, Junior już śpi, a ja zabieram się za nową książkę, bo mruga do mnie z regału 😜 tym razem biblioteczka serwuje książkę "Cudowny chłopak". Podzielę się wrażeniami jak skończę.
Miłej niedzieli 🙂
sobota, 17 marca 2018
środa, 14 marca 2018
Nie rozumiem
Jeszcze dziś będzie tematyka dzieciowa, ale obiecuję, że następnym razem dam Wam odetchnąć :P Po prostu dowiedziałam się o czymś, czego kompletnie nie rozumiem i być może Wy rozjaśnicie mi w głowie.
Moi rodzice mają sąsiadów. W sumie wszyscy mają jakichś sąsiadów (:P), ale tamci są dość specyficzną rodziną. Przede wszystkim są bardzo, bardzo, BARDZO religijni, ale nie w tym rzecz, choć może ma to zasadniczy wpływ na to, o czym chcę napisać. Normalna rodzina, żadna patologia. Oboje mają lat 48. Przez wiele lat mieli tylko jedną córkę, która dziś ma 21 lat. Jakieś 6-7 lat temu urodziło im się drugie dziecko i chyba wtedy wszystko się zaczęło. Zaznaczam, że oboje byli wtedy już po 40stce, ale wiadomo, zdarza się i tak. Żadna sensacja. Po niecałych dwóch latach urodziło się kolejne dziecko. Niecały rok później kobieta znowu była w ciąży, ale nie donosiła jej i dziecko zmarło. Po kolejnym roku urodził się chłopczyk z zespołem Downa i dość poważną wadą serca. Kobieta miała wtedy już lat 45. Dziś ten chłopczyk ma około 3 lat. W zeszłym roku mając lat 47 nie donosiła kolejnego dziecka (już szóstego w kolejności). W tamtym tygodniu rozmawiałam z jej mamą. Okazało się, że najstarsza córka tych ludzi miesiąc temu urodziła dziecko, więc oni zostali dziadkami. Spoko, taka kolej rzeczy. A kobieta, mając teraz lat 48, znowu jest w ciąży...
Żeby nie było - ja broń Boże nie mam nic przeciwko rodzinom wielodzietnym. Wręcz przeciwnie - jeśli ktoś chce, ma ku temu odpowiednie warunki i środki, żeby zapewnić dzieciom godziwy byt, to proszę bardzo. Niech mają tyle dzieci ile chcą. ALE... w pewnym momencie, jak ten, o którym pisałam do głosu powinien dojść zdrowy rozsądek. Prawie 50 lat na karku to moim zdaniem nie jest już odpowiedni wiek na rodzenie dzieci, tym bardziej jeśli natura daje znać, że hola hola, nie tędy droga. Jeśli dzieci rodzą się chore, albo jeśli nie jest się w stanie ciąży donosić, to chyba najwyższa pora powiedzieć dość. Nie mam pojęcia i nie potrafię zrozumieć czym Ci ludzie się kierują. Wiara wiarą, nawet najbardziej zagorzała, ale czasem trzeba spojrzeć na życie trzeźwym okiem.
Przynajmniej tak uważam. A może się mylę? Co myślicie?
Moi rodzice mają sąsiadów. W sumie wszyscy mają jakichś sąsiadów (:P), ale tamci są dość specyficzną rodziną. Przede wszystkim są bardzo, bardzo, BARDZO religijni, ale nie w tym rzecz, choć może ma to zasadniczy wpływ na to, o czym chcę napisać. Normalna rodzina, żadna patologia. Oboje mają lat 48. Przez wiele lat mieli tylko jedną córkę, która dziś ma 21 lat. Jakieś 6-7 lat temu urodziło im się drugie dziecko i chyba wtedy wszystko się zaczęło. Zaznaczam, że oboje byli wtedy już po 40stce, ale wiadomo, zdarza się i tak. Żadna sensacja. Po niecałych dwóch latach urodziło się kolejne dziecko. Niecały rok później kobieta znowu była w ciąży, ale nie donosiła jej i dziecko zmarło. Po kolejnym roku urodził się chłopczyk z zespołem Downa i dość poważną wadą serca. Kobieta miała wtedy już lat 45. Dziś ten chłopczyk ma około 3 lat. W zeszłym roku mając lat 47 nie donosiła kolejnego dziecka (już szóstego w kolejności). W tamtym tygodniu rozmawiałam z jej mamą. Okazało się, że najstarsza córka tych ludzi miesiąc temu urodziła dziecko, więc oni zostali dziadkami. Spoko, taka kolej rzeczy. A kobieta, mając teraz lat 48, znowu jest w ciąży...
Żeby nie było - ja broń Boże nie mam nic przeciwko rodzinom wielodzietnym. Wręcz przeciwnie - jeśli ktoś chce, ma ku temu odpowiednie warunki i środki, żeby zapewnić dzieciom godziwy byt, to proszę bardzo. Niech mają tyle dzieci ile chcą. ALE... w pewnym momencie, jak ten, o którym pisałam do głosu powinien dojść zdrowy rozsądek. Prawie 50 lat na karku to moim zdaniem nie jest już odpowiedni wiek na rodzenie dzieci, tym bardziej jeśli natura daje znać, że hola hola, nie tędy droga. Jeśli dzieci rodzą się chore, albo jeśli nie jest się w stanie ciąży donosić, to chyba najwyższa pora powiedzieć dość. Nie mam pojęcia i nie potrafię zrozumieć czym Ci ludzie się kierują. Wiara wiarą, nawet najbardziej zagorzała, ale czasem trzeba spojrzeć na życie trzeźwym okiem.
Przynajmniej tak uważam. A może się mylę? Co myślicie?
poniedziałek, 12 marca 2018
Ufff...
Jak w tytule... ufff... wreszcie udało mi się jako tako ogarnąć. Nie mogłam zebrać się do pisania, nie miałam natchnienia, a jak już miałam natchnienie, to nie miałam siły. Wyprawiliśmy z Juniorem Męża i Tatę w daleki świat na wyjazd służbowy i urzędujemy w domu sami. Przez ten czas kiedy mnie tu nie było, a w zasadzie byłam tylko z doskoku, starałam się ogarnąć rzeczywistość, w której wszystko jest tylko na mojej głowie. Wszystko, czyli to co zwykle plus piec, kompleksowa obsługa Juniora nierozłożona na dwie osoby, zawożenie, przywożenie, pies i wiele, wiele innych. Wieczorami generalnie padam na twarz i nie mam siły ruszyć ręką. Jeszcze 10 dni takiego kołowrotka, a później Mężu wraca na łono rodziny. Rok temu też mieliśmy taki czas, że był w dłuższej delegacji, ale wtedy było zdecydowanie łatwiej, bo nie byłam w 7 miesiącu ciąży :P i nawet za bardzo nie odczuwałam jakiegokolwiek zmęczenia. No ale co, my nie damy rady??? Jasne, że damy :P
A co u nas nowego? Hmm... mniejsza rośnie, fika w brzuchu bardzo śmiało. Jest już całkiem spora, tydzień temu ważyła już ponad kilogram, a ja od początku ciąży mam tylko 5 kg na plusie. Całkiem nieźle jak na 7. miesiąc ciąży. Ostatnio mam problem z jedzeniem. Jem bo muszę, ale tak naprawdę wcale mi się nie chce, więc moja waga ma z tym związek. Nie pamiętam ile przytyłam na tym etapie z Juniorem, ale na finiszu miałam +15 kg, ciekawe jak będzie tym razem. Przed nami ostatnia prosta. Doktorek kazał mi już zacząć liczyć ruchy, a mi powoli zaczyna włączać się syndrom wicia gniazda. Jak Mężu wróci mam zamiar zacząć ogarniać przestrzeń. Musimy porządnie posprzątać jedno pomieszczenie po drugim, umyć okna i wyprać firanki. Łatwo dostępne okna mam zamiar umyć sama, ale z resztą będzie musiał sobie poradzić Mężu, bo nie jestem na tyle zgrabna, by skakać po meblach :P Zresztą nawet nie mam nawet takiego zamiaru :P Jak by nie patrzeć niedługo święta, więc tak czy siak trzeba zrobić porządne wiosenne porządki. Za jakiś miesiąc chcę zamówić wózek, żeby mieć go w domu na początku maja. Biorąc pod uwagę czas oczekiwania akurat się wyrobimy. Po świętach chciałabym też wybrać się na zakupy dla Mniejszej, żeby mieć już wszystko to, czego nam brakuje i nie biegać po sklepach na ostatnią chwilę.
Junior póki co bardzo, bardzo, bardzo cieszy się na pojawienie się siostry. Nie jest jeszcze świadomy tego, jak wiele rzeczy się zmieni. Staramy się go maksymalnie na to przygotować, opowiadamy jak to będzie mniej więcej wyglądać w praktyce, włączamy go maksymalnie we wszystko co jest związane z Mniejszą, żeby poczuł się jak ważny Starszy Brat. Sam wybrał dla niej kolor wózka (na szczęście ma taki sam gust jak Mamusia :P), przegląda ze mną rzeczy, które musimy kupić dla Mniejszej, mówi co Mu się podoba. Ostatnio jak byłam z nim na zakupach to sam z własnej inicjatywy przyniósł mi skarpetki dla Niej, "bo one są takie słodkie". Swoją drogą wybrał naprawdę śliczne ;) Bardzo chciałabym, żeby mu tak zostało, ale psychicznie przygotowuję się na to, że kryzys nadejdzie i trzeba będzie jakoś sobie z nim poradzić. Póki co doszkalam się teoretycznie w tym temacie, a jakie metody zadziałają w praktyce to się dopiero okaże. Jeśli macie jakieś sprawdzone sposoby dajcie znać, będę robić notatki ;)
Tiaaa... miałam skończyć pisać posta i iść na spacer, ale nic z tego. Właśnie zaczęło padać... super. Wczorajsza piękna pogoda trochę nas rozpieściła i liczyłam na to, że już tak zostanie, ale jak widać nic z tego. A jak rano usłyszałam, że w weekend ma padać śnieg, to myślałam, że się rozpłaczę. Tak mi się już chce ciepełka i słońca. Chcę wskoczyć już w lekkie balerinki i sweterki, bo ostatnio wiązanie butów sprawia, że sapie jak stary parowóz i zanim ubiorę się do wyjścia mam dość ;P
Ok, pora kończyć. Muszę się zaraz zbierać na zakupy, a później po Juniora do przedszkola.
Miłego poniedziałku.
A co u nas nowego? Hmm... mniejsza rośnie, fika w brzuchu bardzo śmiało. Jest już całkiem spora, tydzień temu ważyła już ponad kilogram, a ja od początku ciąży mam tylko 5 kg na plusie. Całkiem nieźle jak na 7. miesiąc ciąży. Ostatnio mam problem z jedzeniem. Jem bo muszę, ale tak naprawdę wcale mi się nie chce, więc moja waga ma z tym związek. Nie pamiętam ile przytyłam na tym etapie z Juniorem, ale na finiszu miałam +15 kg, ciekawe jak będzie tym razem. Przed nami ostatnia prosta. Doktorek kazał mi już zacząć liczyć ruchy, a mi powoli zaczyna włączać się syndrom wicia gniazda. Jak Mężu wróci mam zamiar zacząć ogarniać przestrzeń. Musimy porządnie posprzątać jedno pomieszczenie po drugim, umyć okna i wyprać firanki. Łatwo dostępne okna mam zamiar umyć sama, ale z resztą będzie musiał sobie poradzić Mężu, bo nie jestem na tyle zgrabna, by skakać po meblach :P Zresztą nawet nie mam nawet takiego zamiaru :P Jak by nie patrzeć niedługo święta, więc tak czy siak trzeba zrobić porządne wiosenne porządki. Za jakiś miesiąc chcę zamówić wózek, żeby mieć go w domu na początku maja. Biorąc pod uwagę czas oczekiwania akurat się wyrobimy. Po świętach chciałabym też wybrać się na zakupy dla Mniejszej, żeby mieć już wszystko to, czego nam brakuje i nie biegać po sklepach na ostatnią chwilę.
Junior póki co bardzo, bardzo, bardzo cieszy się na pojawienie się siostry. Nie jest jeszcze świadomy tego, jak wiele rzeczy się zmieni. Staramy się go maksymalnie na to przygotować, opowiadamy jak to będzie mniej więcej wyglądać w praktyce, włączamy go maksymalnie we wszystko co jest związane z Mniejszą, żeby poczuł się jak ważny Starszy Brat. Sam wybrał dla niej kolor wózka (na szczęście ma taki sam gust jak Mamusia :P), przegląda ze mną rzeczy, które musimy kupić dla Mniejszej, mówi co Mu się podoba. Ostatnio jak byłam z nim na zakupach to sam z własnej inicjatywy przyniósł mi skarpetki dla Niej, "bo one są takie słodkie". Swoją drogą wybrał naprawdę śliczne ;) Bardzo chciałabym, żeby mu tak zostało, ale psychicznie przygotowuję się na to, że kryzys nadejdzie i trzeba będzie jakoś sobie z nim poradzić. Póki co doszkalam się teoretycznie w tym temacie, a jakie metody zadziałają w praktyce to się dopiero okaże. Jeśli macie jakieś sprawdzone sposoby dajcie znać, będę robić notatki ;)
Tiaaa... miałam skończyć pisać posta i iść na spacer, ale nic z tego. Właśnie zaczęło padać... super. Wczorajsza piękna pogoda trochę nas rozpieściła i liczyłam na to, że już tak zostanie, ale jak widać nic z tego. A jak rano usłyszałam, że w weekend ma padać śnieg, to myślałam, że się rozpłaczę. Tak mi się już chce ciepełka i słońca. Chcę wskoczyć już w lekkie balerinki i sweterki, bo ostatnio wiązanie butów sprawia, że sapie jak stary parowóz i zanim ubiorę się do wyjścia mam dość ;P
Ok, pora kończyć. Muszę się zaraz zbierać na zakupy, a później po Juniora do przedszkola.
Miłego poniedziałku.
wtorek, 27 lutego 2018
Hu hu ha...
Łoooo ale przymroziło, co? W sumie to nic dziwnego, przecież zima jest, to musi być zimno. Jeszcze parę lat temu takie temperatury to przecież była norma, a teraz jak się posłucha wiadomości, to człowiek ma wrażenie, że armageddon nadchodzi. Pamiętam jak chodziłam do liceum i co rano czekało się na autobus na takim mrozie, że włoski w nosie zamarzały przy każdym oddechu 😁 śmiesznie wtedy było. W każdym razie póki jest tak zimno wychodzę z domu tylko na chwilę, na przykład do sklepu albo przytransportowac Juniora z przedszkola. I grzejemy się z Mniejszą w domu. Ostatnio miałam nawet twórcze zajęcie, bo w firmie potrzebowali pomocy w pewnej kwestii i pracowałam zdalnie z domu. W ramach rozrywki 😁
Poza tym jakoś się kulamy, choć przyznaję bez bicia, że hormony dalej świrują. Wszystko mnie denerwuje, wystarczy mała iskra, żebym wybuchła żałosnym płaczem... rzeźnia normalnie. Mężu ewakuuje się do innego pokoju albo do garażu jak tylko widzi co się święci i czeka aż mi przejdzie 😜 za tydzień wybywa na zagraniczne służbowe tournee, więc oboje odpoczniemy i zatęsknimy.
Dałam sobie jeszcze dwa tygodnie i zaczynam wielkie zakupy dla Mniejszej. To znaczy nie będą znowu takie wielkie, bo większość rzeczy mamy. Zrobiłam listę i oprocz butelek, smoczka, kosmetyków i typowo dziewczęcych rzeczy większym wydatkiem będzie tylko wózek i fotelik, bo te po Juniorze sprzedaliśmy dawno temu. Także załatwimy temat na luzie. Wózek wybrany, fotelik prawie wybrany, pozostaje tylko zamówić, ale to już w drugiej połowie kwietnia. No i czekamy. Już 27 tc, więc coraz bliżej. Naprawdę czas chyba ostatnio przyspieszył.
No, a tak na koniec powiem wam, że ostatnio (w sumie już jakiś czas temu, ale zawsze zapominałam napisać) dowiedziałam się, że jestem rasistką, homofobką, osobą dyskryminującą otyłe osoby itp. A czemuż to? Bo oglądam "Przyjaciół". Ba! Nie dość że oglądam, to jeszcze kocham ten serial miłością dozgonną. Obejrzałam ze sto razy wszystkie odcinki i obejrzę jeszcze ze trzysta razy. Bo lubię. Czytałam ostatnio kilka artykułów, że tzw. Milenialsi przeżyli szok po obejrzeniu kilku odcinków i według nich ten serial jest właśnie rasistowski, homofobiczny, dyskryminujacy osoby otyłe, narusza ich strefę komfortu i wiele wiele innych. Hmm świat schodzi na psy, serio... bez obrazy dla psów oczywiście. No trudno, muszę pogodzić się z tym, że jestem degeneratką i będę oglądać dalej, a co!
Miłego dnia, idę wstawić wodę na herbatkę. Paaa
Poza tym jakoś się kulamy, choć przyznaję bez bicia, że hormony dalej świrują. Wszystko mnie denerwuje, wystarczy mała iskra, żebym wybuchła żałosnym płaczem... rzeźnia normalnie. Mężu ewakuuje się do innego pokoju albo do garażu jak tylko widzi co się święci i czeka aż mi przejdzie 😜 za tydzień wybywa na zagraniczne służbowe tournee, więc oboje odpoczniemy i zatęsknimy.
Dałam sobie jeszcze dwa tygodnie i zaczynam wielkie zakupy dla Mniejszej. To znaczy nie będą znowu takie wielkie, bo większość rzeczy mamy. Zrobiłam listę i oprocz butelek, smoczka, kosmetyków i typowo dziewczęcych rzeczy większym wydatkiem będzie tylko wózek i fotelik, bo te po Juniorze sprzedaliśmy dawno temu. Także załatwimy temat na luzie. Wózek wybrany, fotelik prawie wybrany, pozostaje tylko zamówić, ale to już w drugiej połowie kwietnia. No i czekamy. Już 27 tc, więc coraz bliżej. Naprawdę czas chyba ostatnio przyspieszył.
No, a tak na koniec powiem wam, że ostatnio (w sumie już jakiś czas temu, ale zawsze zapominałam napisać) dowiedziałam się, że jestem rasistką, homofobką, osobą dyskryminującą otyłe osoby itp. A czemuż to? Bo oglądam "Przyjaciół". Ba! Nie dość że oglądam, to jeszcze kocham ten serial miłością dozgonną. Obejrzałam ze sto razy wszystkie odcinki i obejrzę jeszcze ze trzysta razy. Bo lubię. Czytałam ostatnio kilka artykułów, że tzw. Milenialsi przeżyli szok po obejrzeniu kilku odcinków i według nich ten serial jest właśnie rasistowski, homofobiczny, dyskryminujacy osoby otyłe, narusza ich strefę komfortu i wiele wiele innych. Hmm świat schodzi na psy, serio... bez obrazy dla psów oczywiście. No trudno, muszę pogodzić się z tym, że jestem degeneratką i będę oglądać dalej, a co!
Miłego dnia, idę wstawić wodę na herbatkę. Paaa
czwartek, 22 lutego 2018
Coś mnie łupie w kręgosłupie
Ależ nowość odkryłam normalnie... (to ironiczne było jakby coś). Wstałam dziś rano i jak mnie nie zacznie kręgosłup łupać, masakra. Ostatnio pogoda sprzyja, to duuuuużo spacerujemy po świeżym powietrzu. Myślę sobie dzisiaj idę na chwilę z psem. Pochodziłam trochę - nic, położyłam się... nic. Zaczęłam już marzyć o masażu (i nadal marzę), ale wtedy przypomniało mi się hasło "joga dla ciężarnych". Szybki rzut oka na ćwiczenia dozwolone w 3 trymestrze (tak tak, w poniedziałek wskakujemy w 3 trymestr!!), muzyka relaksacyjna na yt i heja. 15 minut ćwiczeń na dobry początek i... EUREKA. Jak nowonarodzona, serio. Trochę w plecach pochrupało, wszystko wskoczyło na swoje miejsce i odżyłam. Bosko 😁 postanowiłam sobie, że teraz będę tak codziennie. Ostatnio znalazłam też zdjęcia z wycieczki do zoo jak Junior miał 10 miesięcy i jak zobaczyłam siebie na tych zdjęciach to obiecałam sobie, że jak urodzę to powieszę sobie takie zdjęcie na lodówce i MUSZĘ do takiego stanu wrócić. Daję sobie czas do Bożego Narodzenia, o! Plan ambitny, ale jak najbardziej realny. I tego się trzymajmy.
A tak a propos zdrowia to chce mi się warzyw. Ale takich prawdziwych, co to smak mają i kolor, i zapach... ach... slinotoku zaraz dostanę. Ostatnio kupiłam pomidory, bo nawet pachniały mi w sklepie. Błąd, duży błąd. Smaku to to w ogóle nie miało, a zapach jakimś dziwnym sposobem się ulotnił. Czary normalnie. Póki co ratuję się twarożkiem ze szczypiorkiem i marzę dalej. Zastanawiam się nad tym jak rozszerzać dietę Mniejszej jak już przyjdzie na to czas, bo przypadnie to akurat zimą, kiedy jadalnych warzyw brak. Trzeba będzie kombinować i czasem ratować się słoiczkiem. Albo zrobić zapasy mrożonek latem.
P.s. kto może polecić dobry krem do rąk na mega suchą skórę?
A tak a propos zdrowia to chce mi się warzyw. Ale takich prawdziwych, co to smak mają i kolor, i zapach... ach... slinotoku zaraz dostanę. Ostatnio kupiłam pomidory, bo nawet pachniały mi w sklepie. Błąd, duży błąd. Smaku to to w ogóle nie miało, a zapach jakimś dziwnym sposobem się ulotnił. Czary normalnie. Póki co ratuję się twarożkiem ze szczypiorkiem i marzę dalej. Zastanawiam się nad tym jak rozszerzać dietę Mniejszej jak już przyjdzie na to czas, bo przypadnie to akurat zimą, kiedy jadalnych warzyw brak. Trzeba będzie kombinować i czasem ratować się słoiczkiem. Albo zrobić zapasy mrożonek latem.
P.s. kto może polecić dobry krem do rąk na mega suchą skórę?
poniedziałek, 19 lutego 2018
Hormony rządzą
Wczoraj miałam taki dzień, że bez kija nie podchodź. Serio. Chłopaki oberwali obaj na tyle, że później sami z własnej woli schodzili mi z drogi. Mi to było na rękę, bo mnie nie denerwowali, a oni byli bezpieczni z daleka od linii ognia. Przeszło mi dopiero po południu po długim spacerze w lesie. Zebraliśmy się całą trójką, wzięliśmy psa i dopiero jak porządnie się zmęczyłam i przewietrzyłam hormony mi odpuściły. Wykończą mnie dziady w tej ciąży. W ciąży z Juniorem też się wkurzałam, ale wtedy mieliśmy na głowie budowę i obrywało się raczej naszemu wykonawcy 😜 jeszcze jakieś 15 tygodni i wrócę do normalności (mam nadzieję).
W piątek byłam w Firmie zawieźć zwolnienie i odebrać PIT. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem o tej porze jeszcze normalnie chodziłabym do pracy, ale że wyszło jak wyszło już prawie 3 miesiące jestem w domu. I powiem Wam, że trochę mi brakuje tego firmowego zamieszania. Wiadomo, siła wyższa, nie siedzę w domu dlatego, że taki miałam kaprys, ale po to, żeby Mniejsza była bezpieczna i żebyśmy szczęśliwie dotarły do porodu. Moi szefowie naprawdę to rozumieją i czuć od nich psychiczne wsparcie. Jest jedynie jedna koleżanka, która mam wrażenie uważa, że "zagrażające poronienie" to takie nowoczesne wytłumaczenie tego, że specjalnie poszłam na zwolnienie. Rzeczywiście, o niczym innym nie marzyłam niż on krwotoku i przymusowym areszcie domowym. Ostatnio usłyszałam stwierdzenie "kobieta kobiecie kobietą" i chyba coś w tym jest. Faceci doskonale rozumieją tą sytuację, a dziewczyna mniej więcej w moim wieku (ciut młodsza), która w dodatku sama jest mamą doszukuje się drugiego dna. Standard. Ale co ja się będę denerwować. Szkoda myślenia na coś takiego.
A poza tym dni płyną nam coraz szybciej. Niedługo muszę wziąć się powoli za zakupy dla Mniejszej, bo ani się nie obejrzymy, a nadejdzie godzina zero, a my będziemy w proszku. No i koniecznie musimy zdecydować się wreszcie na imię, bo póki co Mniejsza ciągle jest bezimienna. Z Juniorem było dużo łatwiej, bo imię mieliśmy jeszcze na długo przed ciążą, a teraz jest zdecydowanie bardziej pod górkę.
W piątek byłam w Firmie zawieźć zwolnienie i odebrać PIT. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem o tej porze jeszcze normalnie chodziłabym do pracy, ale że wyszło jak wyszło już prawie 3 miesiące jestem w domu. I powiem Wam, że trochę mi brakuje tego firmowego zamieszania. Wiadomo, siła wyższa, nie siedzę w domu dlatego, że taki miałam kaprys, ale po to, żeby Mniejsza była bezpieczna i żebyśmy szczęśliwie dotarły do porodu. Moi szefowie naprawdę to rozumieją i czuć od nich psychiczne wsparcie. Jest jedynie jedna koleżanka, która mam wrażenie uważa, że "zagrażające poronienie" to takie nowoczesne wytłumaczenie tego, że specjalnie poszłam na zwolnienie. Rzeczywiście, o niczym innym nie marzyłam niż on krwotoku i przymusowym areszcie domowym. Ostatnio usłyszałam stwierdzenie "kobieta kobiecie kobietą" i chyba coś w tym jest. Faceci doskonale rozumieją tą sytuację, a dziewczyna mniej więcej w moim wieku (ciut młodsza), która w dodatku sama jest mamą doszukuje się drugiego dna. Standard. Ale co ja się będę denerwować. Szkoda myślenia na coś takiego.
A poza tym dni płyną nam coraz szybciej. Niedługo muszę wziąć się powoli za zakupy dla Mniejszej, bo ani się nie obejrzymy, a nadejdzie godzina zero, a my będziemy w proszku. No i koniecznie musimy zdecydować się wreszcie na imię, bo póki co Mniejsza ciągle jest bezimienna. Z Juniorem było dużo łatwiej, bo imię mieliśmy jeszcze na długo przed ciążą, a teraz jest zdecydowanie bardziej pod górkę.
wtorek, 13 lutego 2018
Jestem stara...
Jak w tytule - jestem stara. Podejrzewałam to już od jakiegoś czasu, ale czas spojrzeć prawdzie w oczy. Jestem stara. Dlaczego tak nagle mnie olsnilo? Ano dlatego, że wczoraj byłam w kilku sklepach i tak się złożyło, że spotkałam kilka osób z mojej klasy z podstawówki. I właśnie wtedy mnie oswiecilo. Wspominam tą klasę naprawdę bardzo fajnie i mogę śmiało powiedzieć, że 6-8 klasa to był należy czas w mojej szkolnej karierze pod względem atmosfery. Szczególnie 8 klasa. Co tam się działo... ach fajnie powspominac... 😜 no ale do rzeczy. Byłam sobie na tych zakupach i spotkałam właśnie kilkoro szkolnych znajomych. Najpierw koleżankę z czteromiesiecznymi bliźniakami. Później drugą koleżankę z córką lat 14 (!) - urodziła ja miesiąc przed maturą, a na koniec spotkałam jeszcze dwóch kolegów. Jeden miał brodę, a drugi ogólnie jakoś tak zmężniał. No i co mnie tak dziwi? W końcu wszyscy w tym roku kończymy 33 lata. Tylko, że ja ich wszystkich zapamiętałam właśnie z czasów 8 klasy. Mimo, że dość często ich spotykam. Mimo, że wiem jak teraz wyglądają. Mimo, że jestem świadoma upływu czasu. Zawsze kiedy rozmawiamy o kimś z nich np. Z mężem mam przed oczami ludzi w wieku powiedzmy 15-16 lat. No góra 18. I naprawdę wiem, że mamy dwa razy tyle lat, to jednak jakoś to do mnie nie dociera. Nawet jak patrzę w lustro widzę dorosła osobę i nie mogę uwierzyć, że to ja. Kiedy moi rodzice byli w tym wieku albo jak kończyli czterdziestkę myślałam, że są w wieku mocno średnim, a teraz sama jestem na tym etapie i kompletnie tego nie czuję. To chyba dobrze, bo najważniejsze to czuć się młodo duchem, ale nie mogę uwierzyć jak czas szybko leci. Teraz doskonale rozumiem co miał na myśli mój dziadek. Nawet w wieku 70 lat mówił, że czuje się jakby miał 18 lat. I naprawdę teraz wiem jakie to uczucie.
A poza rozkminami nad upływem czasu wreszcie dochodzimy do siebie. Ja jeszcze trochę kaszlę, ale leczę się herbatkami. Junior wreszcie poszedł do przedszkola, bo już kota w domu dostawał, a ja, razem z nim 😜 zabrałam się wreszcie za przeglądanie neta w poszukiwaniu brakujących rzeczy dla Mniejszej. Chce sobie wszystko wybrać na spokojnie, a w okolicach kwietnia zamówię co będzie trzeba. Największy problem mam z wózkiem, bo nic konkretnego nie wpadło mi jeszcze w oko. Jutro chcę podskoczyc do sklepu i spokojnie pooglądać, może coś mi się spodoba. Idę się ogarnąć, bo zaraz muszę odebrać Juniora z przedszkola. Miłego popołudnia 😉
A poza rozkminami nad upływem czasu wreszcie dochodzimy do siebie. Ja jeszcze trochę kaszlę, ale leczę się herbatkami. Junior wreszcie poszedł do przedszkola, bo już kota w domu dostawał, a ja, razem z nim 😜 zabrałam się wreszcie za przeglądanie neta w poszukiwaniu brakujących rzeczy dla Mniejszej. Chce sobie wszystko wybrać na spokojnie, a w okolicach kwietnia zamówię co będzie trzeba. Największy problem mam z wózkiem, bo nic konkretnego nie wpadło mi jeszcze w oko. Jutro chcę podskoczyc do sklepu i spokojnie pooglądać, może coś mi się spodoba. Idę się ogarnąć, bo zaraz muszę odebrać Juniora z przedszkola. Miłego popołudnia 😉
Subskrybuj:
Posty (Atom)